Tagi

Od końca podstawówki aż do matury jeździłam na wakacje na wieś, do babci i wraz z siostrą zajmowałyśmy słoneczny pokój od strony ogrodu.

Nieduże okienko bielonej, góralskiej chałupy krytej gontem wychodziło na mały warzywnik, otoczony malwami, a za nim, w bujnej, nigdy nie przycinanej trawie uginały się pod ciężarem owoców jabłonki, czereśnie i kilka grusz. Po obu stronach, przy ogrodzeniu, rosły krzewy porzeczek – z lewej czerwonych i białych, z prawej czarnych.
Obie z siostrą wolałyśmy te czarne, choć babcia żartowała, że śmierdzą myszami… godzinami skubałyśmy owoce, szukając najdorodniejszych, a zaraz za krzewami, za płotem, w lewo i prawo rozciągała się wąska asfaltowa droga, z nielicznymi zabudowaniami obok i starą kapliczką, rozwidlająca się tuż przed cmentarzem.
Może więc zobaczyłam Cię pierwszy raz cała upaprana sokiem z czarnych porzeczek, gdy z rykiem silnika przejechałeś tamtędy na swoim motocyklu?
To rozbijanie się motorem po wiejskich drogach i dróżkach było chyba jedną z Twoich ulubionych rozrywek, szybko więc nauczyłam się rozpoznawać ten charakterystyczny warkot, Twój bordowy, masywny kask, a także, nawet z daleka, sylwetkę rumaka i jeźdźca.
Potem, gdy zaczęliśmy się już spotykać, przewiozłeś mnie w te i wewte parę razy, założywszy mi wcześniej ten kask mimo moich protestów. Droczyłam się, że nie, nie chcę, jest wielki i ciężki i uklepie mi włosy, a Ty śmiejąc się zapinałeś mi pod brodą rzemyk na najciaśniejszą klamerkę.
Ale tak naprawdę pół dnia czekałam na chwilę, gdy zdejmiesz kask ze swej głowy i nasadzisz na moją, próbując udawać surowość i rozkazujący ton… wnętrze kasku było jeszcze ciepłe ciepłotą Twojego ciała i pełne zapachu Twoich włosów.
A może pierwszy raz natknęliśmy się na siebie w okolicy kina, wiejskiego przybytku kultury, miejsca spotkań młodzieży, tubylczej i przyjezdnej.
Już wtedy kochałam filmy i oglądałam tam wszystko, jak leci, ganiałam do tego kina niemal co dzień, wyczekując jedynie zmiany repertuaru. Prócz korzyści oczywistych wyjście do kina miało jeszcze bonus innego rodzaju – zawsze pachniało przygodą, intrygującymi spotkaniami i pogaduchami przed i po seansie. Czasem to były dziecinne wygłupy, ale zdarzały się spojrzenia rzucane ukradkiem, niby przypadkowe dotknięcie włosów skutkujące przyśpieszonym biciem serca.
Zawsze przychodziłam na seans znacznie przed czasem.
Kupowałam bilet i z rozkoszą wyciągałam się na ławeczce, wepchniętej między grube pnie dwóch, starych lip. Tych lip było jeszcze więcej naprzeciw, po drugiej stronie szosy, za niewysokim, ozdobnym murkiem, na trawiastym placu przed kościołem, wokół więc roznosił się ich słodki, mdlący zapach a ja bacznie obserwowałam, czy w okolicę mojej ławeczki nie zawędrowała jakaś zabłąkana pszczoła.
Kiedy już zaczęliśmy się spotykać, Ty także starałeś się przychodzić wcześniej, droczyliśmy się wtedy, udając kłótnię o każdy centymetr ławeczki i najczęściej kończyło się to tak, że kładłeś się na niej na wznak z głową na moich udach. Żartowałeś, że taka pozycja gwarantuje doskonały punkt obserwacyjny i System Wczesnego Ostrzegania przed Pszczołami. Jeśli udało Ci się jakąś dostrzec to snułeś rozważania, co jej kazało przelecieć na drugą stronę szosy, skoro przy kościele rośnie tych lip znacznie więcej i upierałeś się, że to na pewno moja słodycz ją zwabiła.
Ledwo na sali kinowej zgasły światła, Twoja ręka wędrowała na moje ramię… jej czuły dotyk, delikatne muśnięcia włosów i Twój oddech na moim policzku, gdy w ciemności zbliżałeś swoją twarz do mojej – wszystko to sprawiało, że czułam się najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Potem odprowadzałeś mnie do domu, cały czas trzymając za rękę, powolutku, krok za krokiem, żeby choć o sekundę przedłużyć tę magiczną chwilę.
W zasadzie nigdy nie umawialiśmy się konkretnie, nie wyznaczaliśmy miejsca czy godziny spotkania, rzadko padało „to jutro pod kinem, tak?”, bo najczęściej wychodziłam po prostu przed dom, słysząc, jak znajomy odgłos silnika kolejny raz go okrąża… albo po prostu pod wieczór szłam w kierunku kina, pewna w ciemno, że tam będziesz czekał i gdy mnie zobaczysz, to podejdziesz – zwyczajnie, ot tak, jakbyśmy się umówili, jakby to było ustalone, jakby obowiązywała nas jakaś niepisana umowa, tak pewna, tak oczywista, że nigdy jej nie nazwaliśmy, nie określiliśmy jej warunków, bo tego nie potrzebowaliśmy i nie trzeba było żadnych słów.
Dokładnie też pamiętam dzień, gdy pod koniec wakacji wspomniałam o Tobie w tajemnicy, zwierzyłam się kuzynce, rówieśniczce, która, jak się okazało, chodzi do jednej klasy z Twoją dziewczyną, Jaśką.
Siedziałam przy prostokątnym, kuchennym stole, pokrytym wytartą ceratą w kratkę i bałam się od tego wzoru oderwać oczu, żeby moja kuzynka nie zobaczyła w nich łez.
Połykałam więc je ukradkiem, wraz ze słowami jej beznamiętnej opowieści.
Że tej Jaśki to w zasadzie nikt nie lubi, bo strasznie harda jest i pyskata, niby ładna, ale strasznie mocno się maluje i przychodzi tak do szkoły: w kolorowych, przykrótkich, wyzywających sukienkach, z krwisto-czerwoną szminką na pulchnych ustach.
Ale chłopakom się podoba, wiadomo.
I że to w zasadzie jest regułą: co rok, kiedy w czasie wakacji roi się na wsi od atrakcyjnych „letniczek”, wielu miejscowych chłopaków odstawia na bok swoje aktualne panny i za ich cichym przyzwoleniem próbuje szczęścia, dla przygody i zabawy. Ich dziewczyny znoszą to spokojnie i cierpliwie, bo wiedzą, że z nadejściem jesieni, gdy „letniczki” wyjadą do swoich miast – chłopcy/partnerzy/kochankowie wrócą do nich, jak gdyby nigdy nic.
I żebym sobie nie robiła nadziei – Ty zrobisz tak samo, spotykasz się z Jaśką już któryś rok i pewnie się to skończy ślubem.
Wkrótce po tej rozmowie wyjechałam, a następnego roku poznałam w babcinej wsi kolejną, wakacyjną miłość.
Ale Ty byłeś pierwszy.

Mijały lata, zaczęłam spędzać lato gdzie indziej, babcia zmarła a ja straciłam kontakt z jej rodzinną wsią, kuzynostwem i innymi jej mieszkańcami.
Czasem tylko dochodziły jakieś pojedyncze sygnały, bo kogoś z krewnych dopadła nostalgia i zapuścił się w te podgórskie strony.
Nawet udało mu się odnaleźć Twój dom i Ciebie, a gdy go później wypytywałam – znowu w mej pamięci odżył obraz pobliskiego tartaku, zapach świeżo przyciętych desek i wszędobylskich trocin, które porwane przez wiatr pokrywały okolicę szeleszczącym dywanem aż po mostek na niewielkim strumyczku, mostek, po którego drugiej stronie stała Twoja stylowa, drewniana, rodzinna willa.
Później moja siostra przebudowała babciną chałupę, ogród także został zupełnie odmieniony, a ona podzieliła swoje życie na dwie części, dwa miejsca, połowę spędzając właśnie tam. Ale trzymała się z dala od tamtejszej rodziny i większości dawnych znajomych, układów, niesnasek…. zamiast przesiadywać przy kawie i ploteczkach wolała długie spacery, kilkugodzinne wyprawy i szwendanie się po okolicznych lasach i pagórkach z psami, skąd wszyscy wracali często ubłoceni po kokardkę – ale totalnie szczęśliwi.
I tyle, aż do ostatniej niedzieli.

Bo ostatniej niedzieli przechodziła obok naszej ulubionej ławeczki i na grubym, lipowym pniu zauważyła klepsydrę… zwolniła kroku i podeszła bliżej, bo rozpoznała Twoje nazwisko.
Tego samego dnia, po południu, asfaltową drogą obok ogrodu, gdzie wciąż rosną krzewy czarnych porzeczek, przeszedł żałobny kondukt.
Pokonałeś ostatni raz tę swoją ulubioną trasę, w ciszy, bez zwyczajowego warkotu silnika.

Wciąż o tym myślę.
I o tym, czego nie miałam okazji, nie zdążyłam Ci powiedzieć.
Bo nie powiedziałam Ci, że wybaczam Ci tę Jaśkę o wyszminkowanych ustach, wybaczam, że nie wspomniałeś o niej ani słowem, że Twój jedyny list był taki enigmatyczny i to, że na mój, kolejny – już nie odpisałeś.
Nic się nie stało.
Jest OK.
Byliśmy parą dzieciaków.
A to była tylko wakacyjna miłość, nic więcej.
I minęło prawie 50 lat.

Żałuję tylko, że nie zdążyłam opowiedzieć Ci o swoim życiu, o tym wszystkim, co u mnie wydarzyło się w tym czasie.
O tym, jak mi się poukładało i co zdołałam wywalczyć.
Jak wygląda moja rzeczywistość, co mnie cieszy i co jest ważne.
Mam nadzieję, że i Ty miałeś dobre życie, z Jaśką.
Mam nadzieję, że i Ty byłeś szczęśliwy.
Że na tej ławeczce między lipami siadywały Twoje dzieci, może wnuki, a Ty, sadowiąc się obok, uśmiechałeś się łagodnie do swoich wspomnień.