Tagi

Do tego talerzyka przymierzałam się już od jakiegoś czasu, opierając się pożądaniu.
Racjonalizowałam.
Bo priorytety.
Bo przecież wolę bardziej pokręcone formy, nie talerzyk, co płaski i se leży  😉
Bo mierzę wysoko – trzystuletnia Miśnia i te sprawy.  😉
I żadnych mi tu fajansów, żadnych Villeroy&Bochów, bo mam już w tym tałatajstwie calutki pokój.

No aleeeeeee…. znacie mnie, więc wiecie, jak mam z flow blue, jak działa na mnie ten rozlewający się kobalt, a taki z połowy 19 wieku to już w ogóle 😉
I chwilę temu skakałam z radości z powodu środka stołu V&B India, czyli spełnienia jednego z moich pierwszych porcelanowych marzeń.
No dobra, fajansowych, niech będzie.
Tak czy inaczej pozostał mi sentyment do moich kolekcjonerskich początków, przybrawszy nieco bardziej wyrafinowaną formę. Więc już nie kilkudziesięcioletni Burgenland czy Fasan, ale starsze o wiek Fausta czy Brombeere.

https://drzoanna.wordpress.com/2018/11/13/india-mon-amour/

https://drzoanna.wordpress.com/2019/07/08/spelnione-marzenie-czyli-pierwszy-raz/

I uwierzcie, codziennie staczam bój sama ze sobą, aby temu sentymentowi nie ulec i nie zapełnić nowymi nabytkami – no chyba już sufit 😛
Dlatego opierałam się talerzykowej pokusie.
Lecz podłe allegro co jakiś czas atakowało mnie jego urodą, a ja za każdym razem wgapiałam się w fotki zamieszczone w ofercie.
Nie było ich wiele, ale wystarczyły te 2, by przyspieszyć rytm mojego serca:

Tylko tyle i aż tyle.

 

I sygnatura z nazwą fasonu: Jardiniere, różne źródła datują ją różnie, najwcześniej od 1840, tak czy inaczej 150 lat staruszkowi już pykło raczej.
Ale jak dla mnie najistotniejszy jest wzór.
Te kwiatuszki, te różyczki, ogrodowe i dzikie, powój i piwonia, wszystko w koronach mchu czy innego poszycia, o matko ❤
Najpiękniejsze bukieciki na świecie.
I rant w kobaltowe romby.

To, że walkę z pokusą przegram, było jedynie kwestią czasu 🙂
No i poddałam się, gdy cena tego kobaltowego skarbu spadła do 25 złotych.
Zapłaciłam więc tę zawrotną sumę, plus kw – i czekałam.
O tym, jak to się stało, że drogocenną przesyłkę odnalazłam po godzinnych poszukiwaniach na klatce schodowej, w samym kącie starej szafki na buty, która służy sąsiadom jako podręczna półka – opowiem przy innej okazji, bo nie o tym chciałam 😛
W każdym razie – odnalazłam, uff 🙂
Z drżeniem serca więc odpakowuję, bo wiecie, najbardziej narażone na stłuczkę są właśnie przedmioty płaskie, trudno je skutecznie zabezpieczyć.
Jeśli podczas podróży coś ulega uszkodzeniu – to przeróżne „wystajączki”: uszka filiżanek, trzymadełka dekielków, końce dzbankowych wylewów, a płaski talerzyk jest cały w zasadzie jednym sporym „wystajączkiem”. No i starczy, że dotyka rantem brzegu opakowania – i po zupie.
Podczas rozpakowywania TEGO talerzyka oczy robiły mi się większe i wciąż większe, żałuję, że nie przygotowałam zawczasu aparatu, aby proces odwijania kolejnych warstw folii bąbelkowej uwiecznić, musicie mi więc uwierzyć na słowo: talerzyk był zabezpieczony IDEALNIE.
Użyto 2 pudełek, jedno w drugim, a między nimi ta folia. I papier.
Jak w instrukcji w Porcelanowym Raju albo na podobnych grupach.
Rewelka.
Ale to nie wszystko.
Bo to nie były takie zwykłe, tekturowe pudełka, jakie można kupić na poczcie.
To były super twarde, wytrzymałe opakowania z bardzo solidnego kartonu.
I jeszcze wyglądały!!!!
Ach, jak one wyglądały 🙂
Już przy rozpakowywaniu pierwszego mnie zatkało:

A przy drugim normalnie wymiękłam, tam jeszcze była śliczna kokardka, ale ją niechcący oderwałam i spsułam efekt, buu…

I dopiero w środku, w kolejnej warstwie zabezpieczaczy, znajdowało się moje cudo flow blue:

Zdjęcia z aukcji tego nie oddawały, szkliwienie jest baaaardzo grube i talerzyk przecudnie się błyszczy 🙂

Tak wygląda środek:

Tak piwonia:

 

A z tyłu dodatkowo wytłoczona sygnatura, mam problem z rozczytaniem, ale chyba po prostu: Villeroy&Boch.

 

 

Ale ja wciąż myślę o czymś innym.
O tym, jacy super muszą być ludzie, którzy przesyłkę za grosze zabezpieczają w taki sposób: niezwykle staranny, solidny i zarazem elegancki.
I cudny.
Że im się chciało.
Że dołożyli starań.
Tyle fatygi.
W kontekście moich licznych porcelanowych doświadczeń to jest po prostu budujące i wzruszające  ❤
Więc robię foty a do sprzedającego mailuję:

 

I przychodzi odpowiedź, z której przebija życzliwość i skromność  🙂
I podziękowanie za docenienie troski o bezpieczny transport talerzyka.
Padają słowa, na które każdy kolekcjoner jest szczególnie czuły: o obowiązku szczególnego traktowania przedmiotów pięknych, nad perfekcyjnym wykonaniem których ktoś trudził się dawno temu. I o szukaniu dla takich przedmiotów nowego domu, gdy we własnym nie ma już miejsca. I domowych zwierzakach, które „zatroszczyły się” o porcelanę, haha!  😀
I jeszcze, o matko, zaproszenie, gdybym zahaczyła o stolicę, na kawę lub herbatę – niestety, w duraleksie  😀
Matko, alem się naśmiała czytając tego pogodnego maila  😀
W jakiej fajnej opozycji stawia to jego autorów do tych wszystkich zupełnie niefajnych wydarzeń, porcelanowych katastrof, o których wciąż czytam „na grupach„.
Do opowieści o ludziach, którzy odwalają manianę, pakują byle jak, opisują przedmioty nieuczciwie a w razie wpadki wymigują się od odpowiedzialności.
Tu zwrócono uwagę nawet na minimalne uszkodzenie szkliwa na rancie talerzyka i dokładnie je opisano.
No i to pudełkowe szaleństwo …. ❤
W każdym razie – najszczerzej i najgoręcej polecam Wam zakupy na allegro od rosa_sa , możecie być pewni uczciwego i rzetelnego opisu aukcji, solidności i staranności w pakowaniu przesyłki.
Ja sama także będę zaglądać na ofertę tego użytkownika, bankowo.
A swoją półkę ze starym V&B będę musiała przemeblować, bo prócz talerzyka Jardiniere pojawi się u mnie jeszcze jedno cudeńko, „idzie” do mnie kolejna przesyłka, z czymś ciut większym…. 😀

PS.
Może świat schodzi na psy i pora umierać – ale jednak nie całkiem  😉
Dzięki takim fajnym ludziom, jak rosa_sa – nie całkiem.
Takie spotkania są jak jasne, kolorowe światełka w naszej przygnębiającej, szaroburej rzeczywistości.
I są warte znacznie, znacznie więcej, niż te 25 + kw.
Są najprawdziwszym, drogocennym skarbem.