Tagi

Znajomi, bliżsi i dalsi, pytają mnie czasem o to moje nowe hobby.
O tę szaloną, dziką, nieokiełznaną pasję, która odmieniła mnie i mój świat, zupełnie i absolutnie – pytają, żeby zrozumieć.
Pytają więc – jak ja TO sprzątam   😛
Gdzie TO WSZYSTKO trzymam i czy muszę uprawiać w domu slalom między witrynami.
Na te pytania zdążyłam już odpowiedzieć we wcześniejszych blogowych wpisach, ale często pojawia się jeszcze jedno – czy ja tego wszystkiego używam.
A jak nie używam – to po co, po co mi to w takim razie. Przecież wystarczyłoby kupić sobie filiżankę ze spodkiem, do tego 2 obiadowe, dla osoby mieszkającej w pojedynkę wystarczy.
Rozumieją, że z Ikeą niekoniecznie mi po drodze – ale tyle znanych wytwórni ma swoje sklepy firmowe gdzieś w centrum albo w Galeriach… więc po co mi tyle tych staroci.
Przyznaję, że po takiej konkluzji lekko mi opadają witki, bo to trochę tak, jakby ktoś pytał kolekcjonera starych telefonów, po c**j mu to, przeca ma komórkę. ( te ** speszyl for You, Viola ❤ )
Więc dla wyjaśnienia – jasne, paru przedmiotów używam, ale kawa najbardziej smakuje mi z mojej ogromniastej filiżany Royal Worcester Palissy Avon Scenes z przysposobionym spodeczkiem z trochę innej bajki 🙂

 

 

Nie ma we mnie nic z elegantki, która sączy sobie popołudniową kawkę z malusiego Tepeema czy Limosza, w mojej mieści się 0,4 litra i to jest OK i najsuper.

 

Moja ma z 80 lat, niewiele w porównaniu z pozostałymi egzemplarzami moich zbiorów, ale do codziennego użytku to w sam raz.

 

Strasznie się cieszę, że udało mi się ją wyszperać wśród ofert zamieszczonych na porcelanowych grupach, byłam bowiem na etapie odrzucenia wszystkich, niektórych naprawdę ślicznych kubków i filiżanek w domu. Uroczych, pięknych, wspaniale zdobionych – ale współczesnych, naprawdę zgrabnych i cudnych, choćby z Bolesławca, jednak wyprodukowanych niedawno.
Wiem, że to brzmi osobliwie, ale odkąd zaczęłam kolekcjonować wiekową porcelanę to uroda tych współczesnych przedmiotów jakoś zupełnie mi wyblakła, zszarzała.

Oczywiście – zdarza mi się zajrzeć do krakowskich sklepów firmowych z porcelaną, Ćmielowa i Chodzieży najczęściej, ale taka nowa porcelana, pachnąca jeszcze świeżością i sklepem jakoś zupełnie na mnie nie działa. Zdarzyło mi się ulec raz czy dwa i kupiłam wtedy jakąś filiżankę w reliefy i kubek z wzorem cebulowym, przyniosłam do domu, postawiłam obok swoich półek i regałów z 19wiecznym Tielschem i Schumannem, z Bohemią i Starym Paryżem, popatrzyłam na Miśnię, starszą o kolejne sto lat i kubeczki jak mi się podobały w sklepie – tak tu podobać się zupełnie przestały 🙂  Szybko dałam je w prezencie komuś ze znajomych spoza porcelanowego towarzystwa i byli zachwyceni  🙂  No i za nic nie kupiłabym współczesnej Miśni, wolę milion razy tę 300letnią, bo w niej, prócz niewątpliwej urody, czuję upływ czasu, czarodziejski dotyk minionych lat, wydarzeń, wojen, rewolucji, śmierci i narodzin, niemal słyszę śmiech i płacz ludzi, którzy ją brali do rąk.
Może była świadkiem wielkiego szczęścia, może brała udział w jakiejś tragedii, patrzę na te malutkie ryski, obicia i zadrapania, na miejsca, gdzie wytarło się złocenie i mam poczucie, że biorę do ręki wielki skarb, dziesiątki, setki ludzkich losów, ludzkich historii. Wyraźnie czuję, że to wszystko tam jest, pulsuje pod szkliwem i spływa na mnie, kiedy biorę ją do ręki. Czuję też trud ceramika, który ją tworzył, delikatny dotyk pędzla, każde precyzyjne muśnięcie farbą, każdą kroplę złocenia, wyobrażam sobie i czuję jego wzrok, pełen szczęścia i dumy, kiedy spogląda na skończone dzieło, na miniaturowe dzieło sztuki, doskonałe, idealne, niepowtarzalne, jedyne takie na świecie. I mój wzrok spotyka się z jego spojrzeniem, ze spojrzeniami wszystkich ludzi, którzy tego klejnotu, ostrożnie i z czcią dotykali, którzy, jak ja, się nim zachwycali.

Więc to o to chodzi, moi Drodzy Przyjaciele 🙂
O to właśnie chodzi z tą porcelaną.