Tagi

Kiedy kupuję od kogoś porcelanę po raz pierwszy – staram się pamiętać, żeby włączyć sobie opcję „ostrożnie”  🙂
Muszę się wyraźnie postarać, ponieważ ostrożność i rozwaga nie leżą w mojej spontanicznej i szalonej naturze, więc gdybym postępowała zgodnie z nią – to każdej nowo poznanej osobie rzucałabym się na szyję z piskiem radości  😛
Życie mnie jednak nauczyło, że rzucanie się ludziom na szyję, z pełnią zaufania, w pierwszej minucie znajomości, jest urocze i zapewne cieszy obie strony – ale bywa kosztowne  😉
Czasem w odpowiedzi dostajemy po dupie finansowo, czasem odzewem na sympatię i ciepło jest kop lub plaskacz mentalny.
Doświadczyłam już chyba wszystkich wariantów tych ciosów i dziękuję, już wolę NIE.
Z tego więc powodu dokładam wszelkich starań, coby jednak pamiętać o tej początkowej ostrożności, potem, jak sytuacja rozwinie się pozytywnie, można przejść do kolejnych etapów znajomości, wypełnionych rozmowami po świt, dzieleniem się ostatnią kromką chleba i ostatnim łykiem piwa.
Podobnie jest z zakupami, czy na allegro czy w porcelanowych grupach na fb, niezależnie od opinii innych kupujących, które są sporą wskazówką, ale co do tego, jak bardzo moja własna transakcja będzie udana – muszę przekonać się na własnej skórze. Przecież każdy z nas ma trochę inne oczekiwania i to, co zadowoliło innych, dla mnie może okazać się niewystarczające.
Ostatnio jednak spotkała mnie niespodzianka, mega miła, taka z gatunku „najsuper”, jak powtarzam za Arkiem O.  😀
W zasadzie to było najsuper już od samego początku, gdy tę swoją wymarzoną Indię na zdjęciach wypatrzyłam.

 

 

O tym, jak straaaasznie mocno o niej marzyłam i straaaasznie chciałam kupić dzbanek, a najlepiej tzw środek stołu, czyli garnitur – wiedzieli chyba wszyscy, od Arktyki po Azję i nawet kosmonauci na promach kosmicznych, tak głośno i często o tym trąbiłam.

https://drzoanna.wordpress.com/2018/11/13/india-mon-amour/  choćby i tutaj  🙂

Całej więc tej transakcji towarzyszyła moja niesamowita adrenalina, wewnętrzny pisk radości i skakanie pod sufit.
I weź tu teraz, babo, zachowaj rozsądek i pilnuj, co kupujesz, jak i za ile …
No i piszę właśnie o tym, że po prostu jestem zbudowana, absolutnie dopieszczona, jako klient i osoba kupująca.
Kiedy tylko zaklepałam sobie to moje marzenie – Pani Kasia od razu się do mnie odezwała. Wysłała dodatkowe zdjęcia, uczciwie i dokładnie poinformowała o wszelkich mankamentach, wadach fabrycznych, krakelurze, nawet maciupusich rysach i ryskach… i żeby wszystko ustalić w najdrobniejszych szczegółach i bez niedomówień – zadzwoniła nawet, na własny koszt i zreferowała sprawy jasno, dokładnie i drobiazgowo. No i pozostała otwarta na moje propozycje cenowe, a ja kocham się targować   😀
Ale to nie wszystko.
Dostałam info – kiedy paczka będzie wysłana, numer, śledzenie – normalka.
Ale najlepsze było w środę.
O 6 rano, jeszcze zanim poszłam spać, sprawdziłam link do monitoringu i wyszło, że przesyłka już dotarła do Krakowa.
Aha, znaczy – dziś ją przyniosą, super.
No to dźwięk domofonu na full, komórka na nakastliczek tuż obok podusi, bo pewnie kurier z paczusią się pojawi tak na oko po 3-4 godzinach mojego snu, kiedy można kanonadę katiusz zapodać mi nad głową, a ja nawet nie mruknę.
No i trzynasta, budzik do czerwoności rozgrzał się od wycia, więc wstaję, z trudem i bólem, jedna noga, druga, nie ma, że boli, trza być twardym, bo zaraz lekcje.
Na komórce żadnych nieodebranych połączeń czy smsów, więc śniadanie, włączam kompa… a tu wiadomość od Pani Kasi, że kurier był, ale mnie „nie zastał”, ale już tam dzwoniła, ustalała i umawiała się… więc tłumaczę rozespanymi palcami na klawiaturze, że zastał, zastał, nie można mnie „nie zastać” w środku mojej nocy, tylko za słabo tym domofonem chyba, no a komórkę to olał kompletnie.
No i co robi Pani Kasia?
Kontaktuje się z centralą InPostu, raz, potem drugi, potem z kurierem i nie wiem jakich używa argumentów, że Pan Kurier z InPostu przychodzi do mnie jeszcze raz, tego samego dnia, tylko o 14tej, jak człowiek, a nie w środku nocy.
InPost?  Jeszcze raz tego samego dnia?
Bez fochów i narzekania?
Janiemoge, to mi się chyba śni!!!!
I też nie mogę i chyba mi się śni, żeby jakakolwiek osoba, sprzedająca porcelanę, monitorowała jej drogę tak długo, aż trafi faktycznie w łapki klienta.
Żeby wydzwaniała do InPostu, załatwiała dostarczenie przesyłki jeszcze raz, dogadywała szczegóły, pilnowała do samego końca.
I na moje wyrazy radosnego zaskoczenia spokojnie i skromnie informowała – że ma to w zwyczaju, robi tak zawsze.
Po prostu.

Jejuniu  ❤

 

 

Że moje spełnienie porcelanowych marzeń zostało spakowane w 2 pudełka, jedno w drugim i jeszcze trylion folii bąbelkowej – nawet nie wspomnę 🙂

 

 

I że jako wypełniaczy i podkładki użyto m. in. nierozpieczętowanych babskich kolorowych czasopism, z próbkami kremów i balsamów wewnątrz…
Nojaniemoge.

 

 

Pani Kasiu – pełen szacunek!
Dzięki ❤

 

Dla porzadku:  Villeroy & Boch, wzór India, połowa 19 wieku.