Tagi

Spotkałam ją przypadkiem parę dni temu, na dziale mięsnym w osiedlowym Lewku.
Robiła spore zakupy – z namysłem wybierała wędliny i prosiła o pokrojenie – tego 20 a tego 30 deko, a to następne w kawałku.
Ale nie miałam jej tego za złe, nigdzie mi się nie śpieszyło no i poza tym, między kolejnymi „i co jeszcze?” ekspedientki, miałyśmy okazję poplotkować, opowiedzieć sobie nawzajem, co się u której z nas wydarzyło w ciągu ostatnich paru lat.
Znałyśmy się bowiem, nie jakoś super dobrze, ale tak, jak się zna kogoś, kto pół życia spędził na sąsiedniej ulicy, zaraz za rogiem.
Kiedy się wprowadzałam na Ludwinów pod koniec lat 70tych była zapewne małą dziewczynką, ale zwróciłam na nią uwagę niedługo później, gdzieś w okolicy początków jej podstawówki. Wysoka i szczupła, o bardzo długich, idealnie prostych włosach koloru pszenicy – wyróżniała się mocno w grupie okolicznych dzieciaków. Nie wiem, czy sprawiała to jej drobna buzia o wyrazistych, szlachetnych rysach, jakoś zupełnie nie pasujących do slumsów Ludwinowa, czy jej śmiałe spojrzenie. Miałam wrażenie, że trzyma się nieco na uboczu, zawsze z przyjaciółką z sąsiedniej kamienicy, rudą i pucułowatą.
Wspomniałam jednak o slumsach…. w owych czasach uliczkę, przy której mieszkały, wypełniał rząd parterowych lub jednopiętrowych kamieniczek, mniej lub bardziej zrujnowanych, z zapadniętymi dachami z papy i drewnianymi bramami w totalnej rozsypce, klatkami schodowymi o chwiejących się barierkach i skrzypiących, wychodzonych stopniach. Wypełniał je przenikliwy zapach starej kapusty i piwnicznej stęchlizny – zapach biedy. No i bimbru, bo wszędzie można było kupić alko o każdej porze dnia i nocy, co było szczególnie cenne w kartkowych czasach.
Trochę minęło, zanim zorientowałam się, że rezolutna jasnowłosa jest córką szefowej jednej z takich met. Nigdy nie widziałam ich razem, dziewczynka – zawsze grzeczna, czysta i schludna zupełnie się z meliną nie kojarzyła. Natomiast jej matkę często można było spotkać, jak pijana, w rozchełstanych ciuchach, szwenda się po okolicy, zataczając się i coś wykrzykując. Później widywałam ją, jak mamrocząc do siebie grzebie w śmietnikach i wyławia z nich przy pomocy wymyślnych urządzeń skarby w postaci butelek czy metalowych puszek. Jasne, czasem bywała trzeźwa czy taka się wydawała, zdarzało się nam zamienić na ulicy parę słów a to o zagrożeniu powodzią, a to o zmieniającym się krajobrazie Ludwinowa czy zmarłych sąsiadach, ale były to rzadkie sytuacje. Najczęściej mijała mnie chwiejnym krokiem, nie odpowiadając na moje „dzień dobry”, chyba mnie nawet nie zauważając.
I to się nie zmieniło – postać teraz już zupełnie siwej, niechlujnej kobiety, wysokiej jak córka, ale mocno przygarbionej i o rysach zniekształconych przez lata picia stała się stałym elementem ludwinowskiej rzeczywistości.
Zupełnie inaczej potoczyły się losy jej pięknej córki.
Obserwowałam ją ukradkiem, ale ze stałą, ciepłą ciekawością.
Wszystko zaczęło się od dość zabawnego wydarzenia pewnej zimy, ponad 30 lat temu.
Nosiłam wtedy czarną kurtkę dziwnego kroju, dosyć obcisłą poniżej bioder. Ten ciasny ściągacz, przy każdym, szczególnie szybkim kroku, zahaczał o spódnicę i ją podnosił tak, że na trasie parudziesięciu metrów był w stanie, centymetr po centymetrze, obnażyć nie tylko moje uda, ale, ekhem, koniec pleców, że się tak wyrażę.  Z przodu wszystko wydawało się ok, więc bywało, że paradowałam przez pół osiedla z odsłoniętym tyłkiem.
Tak było i tego dnia, śpieszyłam się gdzieś, niemal biegłam i to przyśpieszyło katastrofę.
Kątem oka zauważyłam, że przechodnie jakoś dziwnie na mnie patrzą, ale nie domyśliłam się, w czym rzecz, a żaden z nich się nie odezwał.
Dopiero od mijanej Jasnowłosej usłyszałam „Spódnica się pani zawinęła”, szybko więc sięgnęłam i poprawiłam co trza. Do tej pory uśmiecham się na myśl, że trzeba było tej rezolutnej dziewczynki, aby uratować mnie przed totalnym ośmieszeniem, bo małymi osiedlowymi uliczkami zmierzałam wprost na taką z dużym ruchem, z mnóstwem przechodniów i wtedy, znacznie mniej śmiała niż dziś, pewnie umarłabym ze wstydu.
Chyba od tego dnia zaczęłyśmy z Jasnowłosą witać się dobrosąsiedzkim „dzień dobry” a ja bacznie, choć ukradkiem, przyglądałam się jej życiu i jej samej.
Można powiedzieć, że z daleka, ale serdecznie, kibicowałam zmianom, jakie przyniosły kolejne lata, czy raczej – jakie sama sobie wypracowała. Bo z pewnością nie było łatwo, jestem pewna, że musiała włożyć sporo wysiłku, by wyrwać się z domu, w którym wyrosła, z tej zapyziałej kamienicy i ostatecznie – z Ludwinowa.
Nie wiem, jaką szkołę udało jej się ukończyć, ale obstawałabym przy średnim wykształceniu, widywałam ją za ladą kilku spożywczaków, potem gdzieś przy okazji wspomniała o pracy w biurze.
Jej pyzata, ruda koleżanka zaraz po podstawówce urodziła dziecko i przestałam już widywać je razem, natomiast Jasnowłosą coraz częściej odprowadzał do domu jakiś napakowany przystojniak.
Przez pewien czas spotykałam tę sympatyczną parę, wymienialiśmy uśmiechy i pozdrowienia. Ich rodzina powiększyła się o dziewczynkę, która z biegiem lat coraz bardziej wydawała się być wierną kopią swojej mamy.
Zanim parę lat temu mąż Jasnowłosej zniknął z horyzontu, zauważyłam i dałabym za to głowę, że w tym związku to Jasnowłosa właśnie gra pierwsze skrzypce. Nie raz widziałam, jak spokojnie i grzecznie, ale stanowczo dyryguje mężem, a on nie protestuje. Jednak, jak widać, nie wszystko musiało być tak idealnie, jak się wydawało i przyznaję, że podziwiałam Jasnowłosą za decyzję o rozstaniu, bo tego, że to ona podjęła tę decyzję byłam po prostu pewna.
Przez jakiś czas widywałam je obie, często razem, córka Jasnowłosej, niemal identyczna, jak matka w jej wieku, miała nawet ten sam, zdecydowany, wręcz bezceremonialny sposób patrzenia na ludzi.
Potem obie zniknęły z Ludwinowa.
Parę lat temu niespodziewanie natknęłam się na Jasnowłosą po drugiej stronie lady w niedalekich Delikatesach.
W zasadzie to ona mnie rozpoznała, zagadała i spędziłyśmy później ładny kwadrans na wymianie ploteczek, głównie o zmianach w naszym życiu.
Z jej opowieści wynikało, że intuicja mnie nie zawiodła: po nieudanych próbach ratowania trudnego związku Jasnowłosa zdecydowała się na rozwód i razem z córką wyprowadziła się „na bloki”.
Spokojnie tłumaczyła, że po swoich doświadczeniach jest szczególnie wyczulona na problem alkoholowy.
Wie Pani, ja dorastałam w „takim” domu, wiem, jak to potrafi dać w kość i chciałam tego oszczędzić moje córce.
Zwierzyła się, że wychowanie nastolatki do łatwych nie należy i robi wszystko, żeby tego procesu jeszcze bardziej nie utrudniać.
Kiedy spotkałyśmy się w sobotę nasza rozmowa wyglądała podobnie.
Córka szczęśliwie zdała maturę i „mamy już za sobą burzliwy okres młodzieńczego buntu” jak to z uśmiechem określiła Jasnowłosa.
Mieszkają na jednym z nowych osiedli, ale co sobotę przyjeżdżają na Ludwinów.
„Ja wiem, że Mamy już nie zmienię, a wóda tak przerobiła jej mózg, że nie idzie się z nią dogadać. Ale wie Pani, to moja Matka. Mieszka tu sama. Więc co sobotę przyjeżdżam, trochę jej posprzątam, ogarnę mieszkanie, zrobię pranie. No i zakupy na cały tydzień, bo ona to nawet o tym nie pomyśli. Te wędliny to właśnie dla niej.”
Patrzyłam na Jasnowłosą, na wypełniony po brzegi koszyk, na jej wciąż piękną twarz i blond włosy, spięte teraz w kucyk, sięgający talii.
Myślałam o jej dzieciństwie, o domu, który nocami przestawał być bezpieczny i o jej matce, której daleko było nie tylko do tytułu matki idealnej, ale i pewnie takiej zupełnie przeciętnej.
I myślałam o mojej Matce, której się wyrzekłam, którą w podobnej sytuacji opuściłam, zostawiłam samą sobie.
I było mi wstyd – przed Jasnowłosą i przed sobą, bo gdybym zachowała się jak Jasnowłosa, gdybym się na to zdobyła, gdybym była tak dobrym człowiekiem – to może moja Mama… może miałaby lepszą starość, może nie zginęłaby tak tragicznie tuż przed Świętami 89 roku.
Ale nie zwierzyłam się Jasnowłosej ze swoich myśli, mówiłam o synu, synowej i wnuku, gdzie mieszkają i jak im się żyje.
Nie opowiedziałam jej o swojej Matce ani o swoim wstydzie i żalu, nie powiedziałam Jasnowłosej, jak bardzo ją podziwiam.
I jak zazdroszczę.
A swoje myśli, swój żal i wstyd zabrałam ze sobą, na długie, puste i samotne noce.