Tagi

Niniejsza porcelanowa foto-opowieść tyczyć będzie krajobrazów – miejskich i wiejskich, uwiecznianych na porcelanowych przedmiotach. Jak łatwo się domyślić – jakość ich wykonania bywa przeróżna, stopień dokładności odwzorowania rzeczywistości – podobnie. Czasem zachwycają idealnie wykonanymi szczegółami, czasem przypominają impresjonistyczny kolaż plam i plamek… czasem sprawiają wrażenie, jakby sfotografowano okolicę z lotu ptaka, czasem kojarzą się bardziej z melancholijnym, zamglonym, i nieco zamazanym pejzażem.
Tak właśnie było w pierwszym przypadku, o którym chcę wam opowiedzieć.

 

Kiedy zobaczyłam tę ofertę sprzedażową to pomyślałam – no, kurwa, pora umierać, wiosna nigdy nie nadejdzie.

Trochę ściemniam, ale bankowo były to chyba najbrzydsze dueciki na świecie.
Najsmutniejsze, najbardziej ponure… żadnych różyczek czy bukiecików, żadnych złoconych girland, żadnego przepychu.
Na filiżankach króluje smętny, późno-zimowy krajobraz, topniejący śnieg, ogólnie bida z nędzą.
Jeden z obrazków jest szczególnie melancholijny – na pierwszym planie 2 postacie, jedna, z workiem na plecach (?) wspiera się na lasce, druga pcha taczki (?), strój obu bardziej przypomina łachmany niż strojne szaty, a na drugim planie jakieś fabryczne zabudowania, żaden pałac – raczej kopalnia czy tartak.

 

Krzaczory, chylący się płot, a na spodku dodatkowo coś na kształt młyna, parę ptaków w locie – wszędzie szarość, błoto, przednówek.

Na drugiej filiżance mamy co prawda jakiś budyneczek z wieżyczkami, a na spodku udane zbliżenie ptaszka w locie – ale jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby w zameczku kwitło radosne i beztroskie życie.

 

 

Samotna postać w kapeluszu, z kijem zamiast laski, wygląda jakby poruszała się z trudem – może wlecze się, słaba i chora, by prosić wierzycieli o kolejne przesunięcie terminu spłaty długu? Może błagać o ratunek dla umierającego dziecka?

Krajobraz tonie w brudnej mgle, drzewa pozbawione liści wyciągają ku szaremu niebu dramatycznie poskręcane konary…

Kolory na swoich fotach nieco podkręciłam dla podkreślenia szczegółów, ale uwierzcie, te filiżanki są szarobure, jakby je malowano błotem.
Ale są cieniusie jak pergamin – no i spójrzcie na uszka – widzieliście takie kiedykolwiek?

Ja nie.
A w połączeniu z tą melancholijną lichotą na obrazkach – jakiż ciekawy kontrast.

Kupiłam więc oba dueciki – dla ich brzydoty i dla tych przedziwnych uszek.

A co do sygnatury…. zawsze byłam przeciwna nazywaniu „sygnowaniem” każdego niewyraźnego bohomaza/zygzaka/zadrapania na dnie przedmiotu, szczególnie buntuję się przeciwko nadawaniu nazwy „wycisku” – kiedy widać wyraźnie, że to nie odcisk żadnej „pieczęci” czy stempla – a ręczne machnięcie jakimś rylcem czy czymś. W leksykonach sygnatur takie znakowanie bywa nazywane „wyrytym” i to jest całkiem spoko, określenie jest adekwatne do stanu faktycznego.
To, na moich duecikach, nazwałabym właśnie wyrytym – obie filiżanki mają na dnie wyryte drukowane „A„.

 

 

No i tu zaczynają się schody.
Każdy dostępny katalog podsuwa mi info, że takim wyrytym, drukowanym dużym A, znaczyły swoje wyroby jakieś tam manufaktury – ale w 18 wieku. No i dupa, bo to na bank się nie zgadza.
I na bank to nie jest wycisk A jak Aich/Doubi z Czech, ani żadna z rosyjskich sygnatur.
No i się poddałam.
Może ktoś, coś? ❤

Druga część mojej opowieści tyczy talerzy, czyli przedmiotów, które kupuję rzadko, w zasadzie na palcach można policzyć sytuacje, w których dałam się uwieść ich urodzie. No bo wiecie – takie to płaskie, żadnych liściastych czy różanych wystajączków, fantazyjnych uszek, smoczych dzióbków, jedynie reliefy i malatura.
W tym jednak przypadku i reliefy i malatura, szczególnie malatura – można nazwać niezwykłymi i spektakularnymi, jak zresztą wszystkie posiadane przez tę sprzedającą cudeńka, wystawiane na allegro. Miałyśmy okazję poznać się osobiście, podczas licznych podróży Pani Aliny, przekonałam się też, że nie tylko oferta sprzedażowa – ale i prywatny zbiór domowy zawiera skarby nieprzeciętnej urody i wartości. Dzięki rozmowom, mailowym i face to face, zyskałam pewność, że także i około-porcelanowa wiedza Pani Aliny do przeciętnych nie należy. To Jej zawdzięczam wiedzę o manufakturach, o których istnieniu nie miałam dotąd bladego pojęcia.

http://www.porcelainzone.com/pl/factories/porzellanfabrik-robert-persch

A więc – posłuchajmy  🙂
Oto Lužec pod Smrkem/Mildeneichen, obecnie u styku granic czeskiej, niemieckiej i polskiej.
Manufakturę założoną przez Adolfa Perscha w 1850 roku, w 1869 przejął jego syn Robert i to on rozwinął tam malarstwo na porcelanie – portrety, krajobrazy, weduty.
Paterki i talerze ozdabiano widokami alpejskimi: malowano więc górskie schroniska, kościoły, zamki, inne budynki, o różnych porach roku, na widokach zimowych śnieg imituje biała, wypukła emalia. Zawsze jakaś postać, piesek, sarenka, często w tle Matterhorn. Niezwykle precyzyjna i pełna szczegółów malatura, wykonywana pod lupą, technika stosowana tam, gdzie porcelanę jeszcze teraz maluje się ręcznie (przykładowo Miśnia, węgierski Herend.)
W Mildeneichen sygnowano wyciskiem w masie, także z napisem Persch lub Rob Persch. Generalnie wyroby te są dość rzadko spotykane, znacznie bardziej popularne poza granicami Polski, posiada je i wysoko ceni wielu kolekcjonerów w Czechach i w Austrii.

 

 

widzicie myśliwego, ukrytego w zaroślach?    🙂

Na tej z sarenką nie ma sygnatury Mildeneichen, a tylko numer malarza, ale kolejna ją posiada (i podpisał się ten sam malarz, identycznym numerem) więc mam pewność co do identyfikacji.

 

 

Kolejne cudeńko z obrazkiem to maciupunia filiżaneczka do mokki, albo bardziej chyba na solidną banię, jakby sobie ktoś miał ochotę bimberka walnąć czy coś 🙂

 

Obrazek jak obrazek, żadne tam precyzyjne cudo – ale na nim góra Luboń, czyli widok, jaki Moja Siostra ma na co dzień podczas spacerów z psem po rabiańskich pagórkach, polach i lasach.

Kupiłam z sentymentu, jako uroczą pamiątkę i kawałek naszego życia.
Manufaktura, datowanie na fotkach 🙂

 

 

I na koniec – niesygnowana, empirowska forma, z obrazkiem, przedstawiającym miejsce, które także łatwo jest zidentyfikować   🙂

 

 

Zamek Marksburg w Braubach, Niemcy, zaś u podnóża góry – szerokie zakole Renu, nad nim miasteczko z wieżyczkami kościołów.

 

 

 

 

Malowniczy widok często uwieczniany na zdjęciach, obrazach dawnych malarzy – a także na pocztówkach:

 

Nieco inna perspektywa i widok bardziej z prawej strony – ale widać, że to to samo miejsce   🙂