Tagi

 

 

Notkę blogową o Zespole Sudecka, w zasadzie solidne, merytoryczne opracowanie tematu opublikowałam w 2013 roku, ponad rok po złamaniu, diagnozie i rehabilitacji stopy.

https://drzoanna.wordpress.com/2013/11/22/zespol-sudecka-czyli-zycie-z-bolem/

Od tamtego czasu, wciąż i wciąż nadchodzą sygnały, że art jest czytany, że stał się drogowskazem i ratunkiem dla osób dotkniętych ZS, że zrozpaczeni chorzy szukają pomocy wszędzie gdzie się da, także w necie – i tak trafiają do mnie. Powiem to wyraźnie – algodystrofia i ZS ciągle pozostają w Polsce słabo znane, zbyt późno diagnozowane i jeśli nawet trafi się szczęśliwie na chirurga, który ZS rozpozna, to rzadko potrafi on zaproponować sensowne, wielopłaszczyznowe, skuteczne leczenie i odpowiednią rehabilitację.
Wystarczy zauważyć, że przez te prawie 6 lat od publikacji odpowiedziałam i wciąż odpowiadam na wiele komentarzy na blogu i na dziesiątki maili z wciąż tymi samymi pytaniami, na prośby o wskazówki i rady, jakiekolwiek, bo np lekarz rozłożył bezradnie ręce.
Dzisiejsza poczta przyniosła kolejny.  W trakcie korespondencji, która się, jak zwykle zresztą, wywiązała, na prośbę o rady i namiary na „moich” lekarzy i rehabilitantów  – wymieniłam, jak zwykle, nazwisko dr Marchewczyka. I tak, dzięki przypadkowi, dowiedziałam się, że lekarz, dzięki któremu chodzę, lekarz, który mnie uratował – nie żyje.
Już wtedy, kiedy miałam z nim kontakt w Poradni Chirurgicznej na Batorego, już wtedy, w lutym 2012, wydawał mi się mocno starszym panem, babeczki z rejestracji traktowały go z olbrzymim szacunkiem i wspominały, że choć już dawno kwalifikuje się do przejścia na emeryturę – jednak ani myśli to uczynić.
Zresztą sama, podczas każdego kontaktu z dr Marchewczykiem, przekonywałam się na własnej skórze o tym, jak ważna jest dla niego Jego praca, ja poważnie traktuje swoje obowiązki i pacjentów.
Jak poważnie traktuje także i mój przypadek.
I powiedzmy to jeszcze raz – gdyby nie jego wiedza i doświadczenie, gdyby nie jego diagnoza i późniejsze zalecenia, jego zdecydowanie, można by nawet rzec – pełna humoru obcesowość, żartobliwe lekarskie grepsy, które szybko polubiłam i które pomagały mi znosić wizję czarnego scenariusza, który przecież jednak gdzieś tam majaczył na horyzoncie…

A teraz czasem wydaje mi się, że mój kontakt z Zespołem Sudecka to dawno prześniony nocny koszmar albo, jak to mówią, że było to dawno i nieprawda…
Całe te moje wielomiesięczne zmagania, ta półroczna ostra walka zakończona sukcesem gdzieś się rozmyła w przeszłości, wypełnionej po brzegi taką ilością mocnych i znaczących zdarzeń, że co tam jakiś ZS… wymazała mi się z pamięci tak skutecznie, że kompletnie zapominam wspomnieć o niej, gdy przy kolejnej rejestracji w klinice czy poradni wypytują mnie o przebyte choroby.
Ale o moim lekarzu, o cudownym i jedynym w swoim rodzaju doktorze Jacku Marchewczyku nie zapomnę nigdy.Bo to dzięki Niemu, jego wiedzy, jego doświadczeniu, jego zaleceniom i jego szorstkiej serdeczności wygrałam tę trudną walkę.
Tyle razy obiecywałam sobie w ciągu ostatnich miesięcy i lat, że zajrzę na Batorego choć na chwilę, żeby mu się pokazać… zaprezentować, jak chodzę, bez kul… jak skaczę i tańczę… opowiedzieć mu o koncertach i imprezach, przeskakanych do świtu i podziękować – bo to dzięki niemu.
I, ech, tyle razy odkładałam te wizytę na później, i odkładałam i … i teraz już nie pójdę, nie pokażę i nie opowiem.
Strasznie tego żałuję   😦
Także i tego, że o Jego śmierci dowiedziałam się z prawie 3letnim opóźnieniem.
Pocieszam się jedynie myślą, że podczas moich parogodzinnych włóczęg po Krakowie, kiedy pokonuję szybkim marszem ładnych parę kilometrów… gdy podczas metalowego koncertu skaczę jak opętana tuż przy barierkach albo gdy na gotyckiej imprezie gibię się zmysłowo na wysokich platformach moich butów – w każdym z takich momentów Mój Ukochany Lekarz kiwa głową z aprobatą i uśmiecha się do mnie z góry, zdejmując nieodłączny, staroświecki kapelusz z wiecznie rozczochranej, siwej czupryny.

PS.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy, zupełnie zaskakujący, ale dla mnie niezwykle ważny.
Dopiero dziś, po otrzymaniu tej smutnej wiadomości, przeczytałam kilka nekrologów tyczących dr Marchewczyka i dopiero dziś, po latach od naszego spotkania dowiedziałam się, kim był, poza byciem wspaniałym lekarzem.

M. in. z listu pożegnalnego, podpisanego Małopolska „Solidarność”, można się dowiedzieć, że był on członkiem Komisji Krajowej i Zarządu Regionu Małopolskiego NSZZ „Solidarność” w 1981 r.,
Delegatem na I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność” w Gdańsku w 1981 r.
Po 13 grudnia 1981, współpracował z licznymi strukturami i pismami podziemnymi, np. „Hutnik”, „Aktualności”, „Bez Dekretu”, „Kazik”, „Obserwator Wojenny Bis”. Niezwykle cenna była jego pomoc lekarska dla działaczy podziemia. Był członkiem grupy eksperckiej TKK oraz współtworzył (1984) Niezależny Ośrodek Badania Opinii Publicznej.
Był też współpracownikiem Radia „S”.
W latach 80tych kilkakrotnie przeszukiwany, zatrzymywany i aresztowany.
Dr. Marchewczyk był nie tylko autorem licznych publikacji naukowych z dziedziny ortopedii, ale także przetłumaczył książkę Aleksandra Zinowiewa „Rosja i Zachód” (Biblioteka Obserwatora Wojennego, 1984).
Gdzieś nazwano doktora „człowiekiem renesansu” – wcale się temu nie dziwię.
Wspaniałym lekarzem, patriotą, społecznikiem, niezrównanym erudytą i dobrym człowiekiem.
Osobą wielce oddaną pomocy drugiemu człowiekowi.
Pod każdym z tych określeń podpisuję się obiema rękami.
I jestem niesamowicie szczęśliwa i dumna, że to jemu właśnie zaufałam, że to w Jego ręce oddałam swoje zdrowie.
I że się nie zawiodłam.

http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1789