Tagi

Powyżej:  mamy z siostrą około roku, ja to ta z lewej, chyba  😛

 

i znowu z lewej, mamy po 5 i pół    😀

 

 

Kiedy byłam małą dziewczynką często myślałam o roku 2tysięcznym.
Zastanawiałam się na tym przełomem wieków, siedząc w cukierni pana Kudelskiego i chrupiąc kruche łódeczki z kawowym kremem… i na progu domu mojej babci w Rabie, gdy na chwilę przerywałam czytanie książki z gminnej biblioteki i wystawiałam twarz do słońca…
I gdy włóczyłam się po zaułkach i zakamarkach Tarnowa, odkrywając coraz to nowe… i już po zgaszeniu światła tuż przed zaśnięciem.
Od zawsze czułam presję końca wieku.
Czułam, że będzie to dla mnie jakaś granica, jakiś etap, jakiś ważny moment.
Wyobrażałam sobie wtedy siebie jako dorosłą kobietę, otoczoną wianuszkiem dzieci.
Moja wyobraźnia jednak nie sięgała ani głębiej ani dalej.
Widziałam kobietę w średnim wieku i w chustce na głowie, przy niej dzieci, może jakiś wózek – i nic poza tym. Kobieca postać ginęła w otaczającej ją szarości.
I choć wytężałam wszystkie zmysły, choć się wysilałam – nic nie przychodziło mi do głowy.
Tak, jasne, było jeszcze coś na kształt marzenia, by w moim domu było mnóstwo obrazów  🙂
Ale to wszystko, o czym myślałam, próbując wyobrazić sobie swoje życie.
Nie miałam pojęcia, jak będzie wyglądać moja praca, nie miałam też żadnej wymarzonej – zapytana, co będę robić, kiedy będę duża, odpowiadałam zazwyczaj, że pracować w aptece, jak moi rodzice   🙂
I tak na poważnie to mi ta farmacja faktycznie chodziła po głowie, jednak w podskokach opuściła moje myśli, kiedy zaczęłam się uczyć chemii   😛
BTW – kiedy moja Mama dowiedziała się, że chcę studiować matematykę, skrzywiła się nieco i zapytała „a nie chciałabyś ceramiki? to taki ładny zawód dla kobiety…”
Wtedy obruszyłam się straszliwie, dziś ten pomysł jedynie mnie śmieszy, bo ja, z moimi dwiema lewymi łapami – i ceramika    😛
Jednak w kontekście dzisiejszego mojego porcelanowego szaleństwa myślę, że Mamy pomysł nie był tak kompletnie z czapy i jeśli gdzieś tam, z góry, widzi mnie teraz wśród setek moich dzbanków, czajników, filiżanek i kabaretów – to pewnie uśmiecha się do siebie   🙂
Jednak zanim wybrałam matematykę (a było to w zasadzie tuż przed maturą, jeszcze chwilę wcześniej myślałam o polonistyce, ale chyba bóg mnie miał w opiece i słusznie mi podpowiedział. Bo coś tam sobie bazgrolić do szuflady czy na bloga mogę i bez polonistycznego wykształcenia, żadna jednak ze mnie Szymborska czy Wharton i z pisania się nie utrzymam, a z matematyki – jak najbardziej) tułała mi się po głowie inna myśl.
Od zawsze kochałam książki detektywistyczne, te o Sherlocku Holmesie i podobne. Uwielbiałam rozwiązywać ukryte tam rebusy i zagadki, szukając wskazówek z uporem i rozpalonymi policzkami .
Nie zapomnę jednej z ulubionych książek mojego dzieciństwa o tytule „Cień dłuższego ramienia” – zawarta w niej opowieść wciągnęła mnie bez reszty atmosferą zakurzonych antykwariatów, tajemnych zamkowych przejść, ukrytych za przesuwającymi się dzięki skomplikowanym mechanizmom kolumnami… i po cichu marzyłam, że tym będę się zajmować jako dorosła – ja i starodruki pokryte zaszyfrowanymi tekstami, napisanymi atramentem sympatycznym – tak wyobrażałam sobie swoją przyszłość.
Kiedy więc myślę o swoich porcelanowych śledztwach, prowadzonych co prawda w bezpiecznym domowym zaciszu, gdzie grzebanie w rozsypujących się pergaminach zastąpiłam grzebaniem w sieci, to przychodzi mi do głowy konkluzja, że jednak spełniam swoje marzenie z dzieciństwa  🙂
Co nie zmienia faktu, że reszta fantazji o mojej przyszłości była bardzo „grzeczna” i standardowa, żadnych szaleństw, ekstrawagancji czy przygód.
Gdyby ktoś zasugerował mi choćby, że będę szaleć na imprezach gotyckich czy machać włosami pod sceną na koncertach metalowych – pewnie byłabym przerażona.
Cicha, nieśmiała i szara myszka, jaką wtedy byłam, nie przyjęła by tego do wiadomości, na bank.
I chyba umarłabym ze wstydu i strachu, gdyby ktoś wtedy opowiedział mi o moich miłosnych przeżyciach z nadchodzącej przyszłości, o moich życiowych wyborach. Nie uwierzyłabym we własny upór i odwagę. W moje otwarcie na ludzi. Ani w moje szaleństwa  😀
Co do jednego miałam rację: przeczucie, że przełom wieków i lata wokoło przyniosą istotne zmiany w moim życiu – nie zawiodło mnie, tu się nie myliłam.
Jednak moje marzenia, plany czy imaginacje nie sięgały dalej w przyszłość, nie wyobrażałam sobie siebie jako kobiety 60 letniej czy starszej.
Moje wizje kończyły się na wieku 44 lat i tyle, spodziewałam się więc, że będę dorosła, ale, że stara – nigdy   😉
Oto więc moje 63 urodziny i, kurde, totalnie mnie to zaskakuje, a czasami przeraża.
Gdzieś na dnie duszy odczuwam niepokój, że nie zaplanowałam sobie siebie, ani swojego życia aż tak daleko „do przodu”.
I pewnie dlatego kompletnie nie umiem być stara   😉
Jako babcia absolutnie się nie sprawdzam, żaden też ze mnie emeryt, ramol czy stare babsko.
Co to, to kurwa NIE   😛
Ale jak się głębiej zastanowić, to stanowi to poważny problem, powód do zmartwienia, a nie heheszków.
Bo pięknie ładnie, ale latka lecą, za chwilę stuknie mi 70tka a ja wciąż będę dwudziestką opakowaną w pomarszczone i zwiotczałe ciało. I wciąż te imprezy, koncerty, tańce na barze i maślane oczy do długowłosiastych. Filmy do świtu. Lacrimosowe tiszerciki, glany albo trzewiki w kwiaty.
No i wiecie, czym to pachnie…
Będą mnie pokazywać palcami a może nawet w telewizji i wygram konkurs na Dziwadło Roku.
To słaba perspektywa, a mówiąc bez ogródek – czeka mnie kompletnie chujowa przyszłość.
Dlatego zwracam się do was, moi kochani Przyjaciele i Znajomi, czytelnicy mojego bloga: doradźcie mi, nieszczęśliwej… co mam począć, żeby zestarzeć się spokojnie i z godnością? Jak polubić bereciki z antenką, brązowe kostiumiki, popylanie o 5 rano po mąkę tudzież kartofle i spędzanie życia w kolejce do lekarzy…
Co prawda zaczęłam trenować wtrącanie do swoich wypowiedzi zwrotów typu „panie, tego…” zamiast zwyczajowego… ekhem, zupełnie czego innego… albo też przy każdej okazji próbuję wyjechać z „ech, za moich czasów …” ale niespecjalnie mi się to udaje no i w środku, i tak,  wciąż to samo.
Parę dni temu o mało nie zabiłam wzrokiem ekspedientki, która pytana o rozmiar upatrzonej przeze mnie bielizny odpowiedziała „to pani dla siebie chce? Półka z bielizną dla Pań oczko dalej, te to młodzieżowe są.”
Ale że co…?? że mój tyłek nie zmieści się w „takie młodzieżowe” XL? Czy może czerwone majtki w złote choinki i z napisem Marry Christmas nie przystoją 60latce?
Tak czy owak poczułam się dogłębnie urażona i majtasy oczywiście kupiłam. Na pewno spodobają się… ekhem, nic, nic  😛
Tak czy inaczej kolejny raz okazało się, że rola statecznej starszej pani kompletnie mi nie wychodzi.
Ech.
Pomocy!!!!!

😛