Tagi

To, że od dziecka zachwycam się pracami Artura Grottgera to nie przypadek.
Fakt ten zawdzięczam zawartości licznych, przepastnych szaf moich dziadków, a dokładniej przechowywanym w nich rodzinnym pamiątkom.
Wtedy, pół wieku temu i dawniej, mogłam je oglądać wyłącznie pod uważnym, najczęściej babcinym nadzorem i nawet wówczas rzadko było mi wolno brać je do rąk.
To babcia ostrożnie i z czcią rozpakowywała zawiniątka, to ona powoli przewracała karty książek czy albumów. Musiało minąć sporo czasu, a ja musiałam się stać zaawansowaną wiekiem nastolatką, bym wreszcie dostąpiła tego zaszczytu. Nawet i wtedy babcia zaglądała mi przez ramię, snując swoje opowieści, dopowiadając coś i wyjaśniając.
Bardzo żałuję, że nie wypytałam jej do końca.
Że byłam na tyle głupia, by wierzyć, że jeszcze z tym zdążę, że będzie lepsza okazja, że może kiedy indziej…
Dzisiaj, gdy sama mam tyle lat, ile moja babcia wtedy – już wiem, jak to z tym jest.
Nie ma żadnego ‚kiedy indziej” a lepsza okazja się nie nadarza.
Kiedy to zrozumiesz – zazwyczaj jest już za późno, żeby dopytać, bo osoby, której chcesz zadać pytania – nie ma już na tym świecie.
Wtedy jednak tego nie wiedziałam.
Dlatego nigdy się nie dowiem, w jaki sposób w moim tarnowskim domu znalazły się albumy Grottgera, o których chcę wam napisać.

 

Może wędrowały razem z dziadkiem, przenosząc się wraz z nim do kolejnych leśniczówek na południu kraju, gdzie obejmował posady?
Może odwiedziły Budę Tuszowską w Bieszczadach, gdzie przyszedł na świat mój ojciec… może później zatrzymały się też w Złoczowie
Co było później, mniej więcej wiem – przywędrowały z okolic Lwowa do Tarnowa, gdzie rodzina dziadków przeniosła się w 1939 w obawie przed wkroczeniem Armii Czerwonej (te szczegóły i fakty zdążę kiedyś uściślić, mam nadzieję, dzięki pamiętnikom dziadka, prowadzonym od pierwszych lat XX wieku, czyli kilku książkom formatu A3, wypełnionych jego kaligraficznym pismem)
Ale wcześniej? Czy to pamiątka po przodkach babci, z domu Michalskiej, czy dziadka, Józefa Pałasiewicza? Bo przecież wydano ją wiele lat przed ich narodzinami…
Nie sądzę, żeby albumy po prostu kupili, nigdy nie widziałam ani nie słyszałam, żeby kupowali cokolwiek, co można by nazwać „sztuką” i przypuszczam, że wszystkie meble, obrazy, porcelana i szkło przyjechało razem z nimi ze Złoczowa. Także rozpadająca się „Historia literatury”, pożółkłe, czy wręcz brązowe ze starości, opasłe tomiszcze, z którego nie raz korzystałam pisząc wypracowania z polskiego. I książka kucharska Ćwierciakiewiczowej z tymi słynnymi „weź funt mąki, mleka ile zabierze, kopę jaj…” Wśród tych antykwarycznych egzemplarzy o równie antykwarycznym zapachu były też albumy Grottgera. Część, którą zaprezentuję – to słynna „Polonia”. Do albumu włożono także pojedyncze, dość zniszczone karty, pochodzące z „Lituanii”. Pamiętam, że jedną z nich, zatytułowaną „Znak” własnoręcznie przycinałam, aby rozdarcie „nie poszło” dalej.
Stan „Polonii” także pozostawiał wiele do życzenia. Mam wrażenie, że już w czasach mojego dzieciństwa okładka była powycierana, mocno zabrudzona i ledwo trzymała się reszty, karty wewnątrz podobnie.

Może to skutek złego przechowywania i licznych przeprowadzek dziadków? A może już w momencie, gdy weszli w posiadanie albumu, jego wygląd i forma była bliska opłakanej? Pamiętam, że sporo książek w moim domu oddawano do introligatora, choćby „Marię” Malczewskiego, w podobnym zresztą wieku, o której już kiedyś pisałam. Dlaczego nie próbowano uratować Grottgera? Koszt był zbyt wielki? Na to pytanie również nie znajdę nigdy odpowiedzi.
Pokazuję więc wam „Polonię” w stanie obecnym, chyba nie różniącym się od tego, w jakim opuszczał mój rodzinny, tarnowski dom.

 

 

To, że udało mu się go opuścić, że nie podzielił losu innych, zagrabionych rzeczy, że go wypatrzyłam – zawdzięcza jedynie swoim rozmiarom i mojemu ogarnięciu.
No i odwadze, trochę, bo jednak zdobyłam się na zdecydowane „ej, przepraszam, ale co tu leży u Pani na szafie? Przecież to albumy Grottgera, moje własne, rodzinne… jak Pani mogła je tak po prostu zabrać… to ja przyszłam Pani podziękować za pomoc i opiekę nad Mamą – a Pani ją po prostu okradła? Proszę to oddać, zanim zrobię z tego aferę!”
I tak je odzyskałam 🙂
Z innymi rzeczami nie było tak łatwo.
Swój własny egzemplarz „Marii” po ponad 20 latach znalazłam przypadkiem na allegro i odkupiłam.
Identyczną figurkę „Amor i Psyche” także kupiłam na allegro, jak wiecie, bo historię tego zakupu opisałam na blogu.
Może uda się podobnie z jeszcze jedną, prześliczną figurką… a na razie cieszę się Grottgerem.

 

 

 

 

 

 

Zbliżenia na zapisy wydawcy:

 

Dusacq & Co. 66 rue de la Victoire, Paris  – paryski adres spółki redaktorów druków z lat 1860tych

 

 

mit Vorbehalt des gesetzlichen Schutzes gegen Nachdruck = z zastrzeżeniem ochrony prawnej przed przedrukiem, czy jakoś tak mniej więcej, z pomocą translatora  😉

 

Verlag und Eigenthum der Kunsthandlung Miethke & Wawra = wydawnictwo i własność sprzedawcy dzieł sztuki, a Miethke & Wawra to firma fotograficzno-wydawnicza z Wiednia.

PODOBNE WYDANIA:

https://antykwariatwaw.pl/polonia-1863-grottger-arthur-teka-komplet-9-plansz-1867

http://www.derubeis.pl/meta/promocje/product/2761/artur-grottger-polonia-1863

Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda mi się znaleźć czas i pokazać wam także i te pojedyncze karty „Lituanii.”