Tagi

Piątek to mój dzień bez uczniów.
Staram się ten jeden jedyny dzień w tygodniu przeznaczyć na maksymalne opieprzanie się, czyli robić to, co kocham – cały dzień smęcić się po domu w szlafroku albo powłóczyć się po Krakowie, nadrobić zaległości w pisaniu, bo zazwyczaj na taki piątek czekają 2-3 teksty do skończenia i opublikowania, poopisywać i uporządkować porcelanę…
Niestety proza życia czai się przez cały tydzień, coby mi dowalić z grubej rury tak zwanymi „sprawami do zalatwienia”.
Bo piątek to jedyny dzień w tygodniu, kiedy mogę je odhaczyć.
Wczoraj więc odhaczałam dwóch lekarzy, jedno badanie i trzy apteki, każde w zupełnie innym zakątku Krakowa.
Wszystko oczywiście w biegu, w pośpiechu – czego chronicznie nienawidzę.
Kiedy więc koło 17 byłam już po i w okolicach Rynku – zrobiłam sobie „święto lasu”.
Pooglądałam kiermasze świąteczne, jakiś tam drobiazg kupiłam – ale na luzie, bez napinki… pożarłam porcję ruskich pierogów z małym kefirem, jak lubię – w barze mlecznym na Grodzkiej.
Pełna po brzegi toczyłam się powolutku Grodzką w stronę Wawelu, ostrożnie manewrując wśród tłumu turystów, gdy na wysokości kościoła Piotra i Pawła usłyszałam tę melodię.
Minęłam akordeonistę, ale po chwili zawróciłam i przystanęłam.
Kurde, znałam to.
Znałam ten utwór, na bank, ale w jakimś kompletnie innym wykonaniu, kojarzył mi się z muzyką filmową, może gostek gra jakiś soundtrack czy coś?
Facet grał nieźle, jak na te okoliczności całkiem spoko, ale z pewnością nie po mistrzowsku, parę razy rytm mu się trochę pogubił, raz melodia nie chciała się zapętlić i wymyślił jakieś karkołomne przejście, ale i tak stałam i słuchałam, zafascynowana.
Bo to była piękna melodia, przecudna muzyka o niezwykłym, jakby hiszpańskim tempie, z lekko połamanym metrum… zrytmizowane pasaże powtarzały się, na różnych wysokościach, schodziły w dół – by za chwilę wskoczyć na szczyt.
Nie byłam w stanie odejść, słyszałam te wszystkie małe fałsze i niedoróbki – ale i tak muzyczna opowieść trzymała mnie w garści, nie pozwalała przestać słuchać ani na sekundę, nie pozwalała zrobić choćby kroku w kierunku domu.
Akordeonista grał tylko dla mnie.  Byłam jedyną osobą, która tu przystanęła.
Ludzie przechodzili obok, hałas ich rozmów zbliżał się i gasł, kiedy nas mijali. Paręnaście osób robiło sobie grupowe selfie metr dalej – nikt nawet nie spojrzał.
Natomiast grający zerknął na mnie raz czy dwa, zanim skończył efektownym akordem.
Ośmielona podeszłam i zapytałam, co to za utwór.
Jego odpowiedź niewiele wyjaśniła – to „Libertango”, autor to argentyński kompozytor i muzyk A.Piazzola, powtórzył parę razy, bo biorąc pod uwagę jego jego silny wschodni akcent i uliczny hałas nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam.
Zasypałam go pytaniami, a on szczęśliwie chętnie na nie odpowiadał.
Utwór zna z YT, jest mnóstwo wykonań, orkiestrowych, także takie na akordeon i na jego odmianę argentyńską, czyli bandoneon, jak wpiszę tytuł – z pewnością w wyszukiwarce wyskoczy od razu.
I ze skromnym uśmiechem dodał, że jego gra to jest taka se, na YT można posłuchać dużo lepszych wykonań.
Jednak nie potrafił dać odpowiedzi na to moje skojarzenie filmowe.
Wrzuciłam mu więc coś niecoś do ogromniastego etui na instrument, które pełniło rolę zwyczajowego kapelusza – i popędziłam do domu.
Faktycznie, wszystko się zgadzało, wyszukiwarka wyrzuciła mi mnóstwo wykonań, przesłuchałam te orkiestrowe i akordeonowe i to wciąż było nie to.
Niektóre były przesuper, naprawdę – ale nie tego szukałam.

Wreszcie trafiłam na ten artykuł i przeczytałam go od deski do deski:

http://tangonuestro.pl/2013/01/25/libertango-dzieje-jednego-utworu/

Nie tylko przeczytałam – zaczęłam, po kolei, cierpliwie przesłuchiwać zalinkowane utwory i wam też radzę, bo wykonania są niesamowite i bardzo, bardzo różnią się między sobą.
W ogóle autor opracowania wykonał kawał solidnej roboty, niemal jak ja kiedyś z tym adaggiem, wiecie…

Jednak po poniższym linku nie spodziewałam się niczego specjalnego, no bo gdzie ja, metalówa i gotka – i jakaś tam Grace Jones, błeeee 😉

Już pierwsze dźwięki sprawiły, że podskoczyłam.
Tak, kurna, tak, to było TO.
Muzyka z najbardziej zmysłowej, ociekającej wprost seksem sceny z filmu Polańskiego „Frantic”, który uwielbiam, a scenę ubóstwiam do posiusiania.
Ja pierdolę, tak tańczyć, tak tańczyć… i to zderzenie zmysłów i niewinności, ta walka, bo i w taki sposób ją odbieram – miodzio.

Uff, muszę złapać powietrze 😀

A z linkowanego artykułu gorąco polecam wykonanie, nazwane „dziwnym”:

I chyba od absolutnie klasycznego:

wolę takie niedoskonałe, ale z ogniem, podobne do gry tego akordeonisty z Grodzkiej:

a to, tak na koniec – chyba jest nieco szalone, mnie jednak zachwyca    😀

i wisienka na torcie – scena z „Frantica”:

 

i nie napiszę już ani słowa.