Tagi

Tytułowego sformułowania użyto niedawno na jednej z moich ukochanych porcelanowych grup i od razu wzbudziło ono mój zachwyt.
Tak mocno wbiło mi się w pamięć, że dokładnie pamiętam, kto, do kogo i w jakiej sytuacji to napisał i co ta druga osoba odpowiedziała.
No bo, kurde, słowa te kompletnie odmieniły moje życie i sens tego, co robię i co kocham.
Więc, gdybyście zachowali jeszcze cień wątpliwości – to słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać: ja nie wydaję kasy na głupoty.
Nie kupuję skorup.
Nie siedzę nocami na allegro, bo cierpię na nerwicę natręctw.
Nie kupuję dwusetnego dzbanka – bo jest śliczny czy coś.
Ja, kurna, inwestuję w sztukę.
No.
Jedni kupują dzieła Picassa czy któregoś z Kossaków – a ja te swoje FASy czy KPMy.
Albo Tielsche, w ostateczności.
Wszystko (no, prawie) z myślą o moich spadkobiercach, przyszłych dziedzicach mojej porcelanowej fortuny.
I żeby nikt mi tu nie urządzał podśmiechujek, że jasne, tak, fortuna, spadkobiercy i inwestycje, ale przeca mówimy o poobijanych fajansach bez dekielków – to tera cicho mi tu być, halo, uwaga, bo wjeżdża porcelanowa Madonna z Wielkim Cycem.

 

 

 

 

No.
Napatrzyli się?
Jeszcze nie?
Pewnie, że jeszcze nie, bo to, kurna, CT (nie zwodowany, całkiem prawdziwy, z pozdrowieniem dla kumatych) niebosiężny szczyt urody, no i przedmiot już kultowy.
Głodować to ja będę nie do tych Świąt, ale do Wielkiej Nocy, jak nie dłużej – ale czego się nie robi dla tych, no, spadkobierców moich kochanych.

A poważniej 🙂
O tej maselnicy marzę, odkąd ją ujrzałam wśród fotek nadesłanych przez pewnego starszego pana, o którym opowiadałam przy okazji zakupu dueciku V&B India.
Co prawda jego maselnica była mocno powycierana i bladoróżowa – ale jej forma sprawiła, że przestałam oddychać.
Widziałam też w necie taką w idealnym stanie, a jakże – ale za dwa.
2 tysiące polskich złotych.
No.
Potem spotkałam jeszcze kilka, taką oczojebnie pomarańczową także, ale jak poprzednie mocno powycieraną i za półtora tauzena, poważnie.
Kiedy ujrzałam tę, w o niebo lepszym stanie, na dodatek z bardzo oryginalnym żyłkowaniem liści (dokładnie takiego nie widziałam nigdy, wszystkie były takie jakby tarninowate) to musiałam się poddać.
Znaczy, tej żądzy inwestycji w sztukę poddałam się.
Cena w porównaniu z poprzednimi wydała mi się do łyknięcia, również wysoka, żeby nie było, ale o inwestycjach rozmawiamy, nie o zakupach w Biedrze, nie?
No.
Potem było trochę nerwówy, bo z okazji tego posranego czarnego weekendu i zakupowego szału, a co z tego wynika – parę razy większego ruchu paczek we wszystkie strony świata, z akcentem, jak sądzę, na ten do Polski – przesyłka przeleżała tydzień w Węźle Ekspedycyjno-Rozdzielczym w Zabrzu.
Zanim ją wreszcie przynieśli (nowy listonosz był tak nieogarnięty i tak słabo mówił po polsku, że wybaczyłam mu wyciągnięcie mnie z łóżka przed południem, w sobotę, bo rozśmieszył mnie do łez ) zasypywałam panią sprzedającą nerwowymi mailami, ona odpowiadała mi dystyngowanie i ze stoickim spokojem, co klasa to klasa.
Po wszystkim napisałam jej łapiący za serce komentarz na allegro, tylko tak mogłam się odwdzięczyć za pełnię profesjonalizmu, z jaką zniosła te wszystkie moje „ratunku, na pomoc, taka piękna maselnica i co teraz będzie!!!”
Potem myłam ją chyba z pół dnia albo więcej, ale delikatnie, taką specjalną szczoteczką, kiedyś do zębów, teraz do porcelany, żeby dotrzeć do tych wszystkich wystajączków i zagłębień.
A teraz to patrzę na nią około 12 godzin na dobę, tak ją sobie ustawiłam, tuż obok mojego miejsca pracy, w zasięgu wzroku.

Nawet paru uczniom, tym bardziej zaufanym, pozwoliłam jej dotknąć, delikatnie i pod moim czujnym nadzorem oczywiście.
No.