Tagi

Do napisania niniejszego felietoniku natchnęła mnie wczorajsza rozmowa z Beatą w jej klimatycznym Starym Kufrze.
Plotkowałyśmy o moim zbieractwie i o pasji kolekcjonerskiej w ogóle.
Zażartowałam wtedy, że może do tego potrzebny jest jakiś specjalny gen, jakiś nawyk wyssany z mlekiem matki, ona zaś opisywała malowniczo brak tego genu u siebie.
I zaczęłam się zastanawiać – jak to jest, czemu jej na widok jakiegoś przedmiotu nie zaczyna walić serce, oczy nie wyłażą z orbit a żaden głos w głowie nie podnosi alarmu „Musisz to mieć!”.
Dlaczego to właśnie ja dostaję w związku z tym małpiego rozumu i potrafię 35 razy na dobę wchodzić na allegro, żeby ponapawać się widokiem jakiegoś dzbanka, a potem, kiedy stoi już sobie na półce, w środku nocy wstawać tylko po to, żeby go dotknąć, pogładzić malaturę, przejechać czubkiem palca po reliefach… i czemu to mnie zdarzyło się płakać po przegranej licytacji, kiedy pewna sukcesu pościągałam już sobie na kompa foty trofeum i zaczęłam zwyczajowo je opisywać – a potem trzeba było wywalić je do kosza na pulpicie… i właśnie teraz, pisząc te słowa, uzmysłowiłam sobie, że w tym napulpitowym pliku o nazwie „kosz” leżą od paru dni takie właśnie foty i muszę go opróżnić, bez zaglądania do środka, bo to kosztowałoby mnie znowu sporo łez.
I jeszcze raz cofnęłam się pamięcią do dzieciństwa. Zaczęłam przegrzebywać wspomnienia, zastanawiając się, jak to było z tym moim „mam” i „moje” dawno temu.
I może to ma znaczenie, a może nie, może to tylko przypadek, bo moja bliźniaczka jest pod tym względem zupełnie ode mnie inna, a przecież przeżyła to samo… ale im dalej sięgam pamięcią – tym bardziej nie miałam nic własnego. Czy też prawie nic… bo niby były zabawki, kilka lalek, które mogłabym wyliczyć nawet po imieniu, to żaden wyczyn, ponieważ było ich tak niewiele…. Ja miałam szarego misia, siostra brunatnego, ale poza tym wszystkie, wszyściutkie zabawki były wspólne, jedne drewniane klocki ze zwierzątkami, jeden wiklinowy wózek dla wspólnej lalki z nylonowymi włosami i zamykanymi, szklanymi oczami.
Nawet rower miałyśmy 1, wspólny, zupełny kosmos, bo jak tu wybrać się gdzieś razem na przejażdżkę…
Identyczne dla mnie i siostry ciuchy, buty, teczki do szkoły też nie dawały mi poczucia własności, poczucia – że to jest moje i tylko moje.
Nigdy nie miałam własnego pokoju – dzieliłam go z siostrą i babcią… nawet własnego kąta, stołu do odrabiania lekcji, pisałam już o tym w felietonach:

https://drzoanna.wordpress.com/2013/11/17/wnetrza/

https://drzoanna.wordpress.com/2016/04/15/moj-dom/

ale myślę, że nie dotarłam tam do sedna, bo teksty powstały jeszcze przed rozkwitem mojego porcelanowego wariactwa. Jestem pewna, że ono także jest konsekwencją opisanych tam faktów.
Jest konsekwencją potrzeby, która się wtedy urodziła.
Sądzę bowiem, że jeśli ktoś całe lata nie posiada niczego tak naprawdę własnego, to taka potrzeba jest tego naturalnym następstwem. Albo inaczej – potrzeba posiadania czegoś na własność jest jedną z cech, z którą większość z nas przychodzi na świat, a niezaspokojona rodzi poczucie braku, pustki i buntu.
A żem z natury buntownicza i uparta – to i mój protest jest spektakularny 😛
Moje porcelanowe szaleństwo jest wynikiem szczerego zachwytu pięknem – ale to także mój sprzeciw, moja walka i moja wolność.
Jest jeszcze coś.
Wychowywano mnie w jakiejś takiej, nie do końca dla mnie dziś zrozumiałej ascezie. I to nie tyczyło wyłącznie mnie – w moim domu nikt nikomu nie dawał prezentów, żadnych drobiazgów ani nic większego.
Oczywiście – imieniny rodziców to była okazja do zapraszania gości, zawsze tej samej grupy – wujostwo z ciocią solo, zaprzyjaźnione doktorostwo, tyle. Plus okazyjny brydżyk. Ale żadnych podarunków – kwiaty i wsio. Urodziny, kogokolwiek by nie tyczyły, przechodziły bez echa. A pod choinkę, obie z siostrą, niezmiennie, dostawałyśmy nowe ciuchy. Nowe bluzki, sweterki czy spodnie. Żadna rewelacja, całkiem zwyczajne, z pedetu, lecz i tak było to dla mnie takie wydarzenie, że pamiętam dokładnie niemal każde z nich. Pamiętam żółty elastyczny golfik o dziwnej fakturze, z którego natychmiast zaczęły wysnuwać się nitki, co dodawało tej fakturze kolejne 100% dziwności. I granatowe, prążkowane spodnie z metalową klamrą na pasku, tak wielką, że boleśnie wbijała się w ciało, nie tylko podczas wiązania butów.
Pamiętam bluzkę „w śrubki” – która po rozpakowaniu wydała mi się szczytem lansu i niekwestionowanym powodem powszechnej zazdrości, co do tego trochę się pomyliłam 😉

Ale w rzeczywistości nigdy nie był to artykuł luksusowy czy nawet trochę do niego zbliżony… zawsze coś, czego akurat potrzebowałyśmy, nigdy zabawka czy jakiś gadżet.
Co najwyżej książka, choć wydaje mi się, że książki dostawałyśmy właśnie od wymienionych wcześniej bliskich krewnych.
Ach, nie, nie – był jeden wyjątek.
Jeden.
Jakoś chwilę przed osiemnastką dostałyśmy od mamy po wisiorku z Jablonexu – oczywiście dla obu nas identyczne koraliki zakończone dwiema sporymi kulkami.
Jedno jedyne „szaleństwo” na całe moje tarnowskie życie i to chyba z przeznaczeniem na studniówkę.
Może więc moja porcelanowa pasja to również bunt przeciw i tej ascezie?
Moje „nie” dla tak oszczędnego i praktycznego podejścia do życia.
„Tak” dla odrobiny fantazji i rozpusty.
Dla ulegania kaprysom, choćby niewielkim, od czasu do czasu.
„Tak” dla radości życia.