Tagi

Piątek, piąteczek, piątunio ❤
Mój ukochany dzień tygodnia.
I to nie dlatego, że przed sobotą i niedzielą, czyli dniami tradycyjnie wolnymi od pracy, bo dla mnie – nie, dla mnie to najnormalniejsze dni lekcyjnego zapieprzu.
Natomiast właśnie w piątek wypoczywam.
Zero zajęć, choćby się waliło i paliło, piątek należy do mnie.
Jeśli trza iść do lekarza, coś załatwić na mieście, jakiś urząd, większy zakup, jakieś badania czy coś – staram się ustawić je na piątek. Nie zawsze się udaje, ale jeśli tylko jest szansa – to tak to organizuję.
Jednak najważniejsze to to, że w piątki mogę zobaczyć dzieci i wnuka, mogę powłóczyć się po mieście, zajrzeć w swoje ukochane podgórskie i krakowskie zakamarki, odwiedzić swoje ulubione sklepy, podwórka, parki… porobić jakieś foty, pooddychać krakowskim powietrzem, pooddychać Krakowem.
Na dzisiejszy piątek czekałam szczególnie mocno, poprzedni weekend był po uszy wypchany wydarzeniami towarzyskimi i koncertowymi, a ja potrzebowałam mojego miasta.
Ulic, placów, ciszy zaułków i ulicznych hałasów… kiedy przez pozostałe dni tygodnia nie wyściubia się praktycznie nosa z domu, albo tak jak w zeszły weekend oddaje się zupełnie innym uciechom, to zaczyna doskwierać tęsknota za wielojęzycznym gwarem na Kazku, za sklepami z antykami, nawet za najbliższym skwerem z narożną kapliczką.
Dlatego dziś założyłam ulubione trampki na platformie, te z czaszkami malowanymi przez Lukra, los muertos, jeśli wiecie ocokaman… niebieskie, szerokie sznurówki w nich to pozostałość po jakiejś stylizacji sprzed miesięcy, ale wciąż nie mam czasu wymienić ich na inne… folkowa bluzka z falbanami chyba tylko po to, żeby kolejny raz przekonać się, że mam na sobie o level mniej ciuchów, niż mijani przechodnie i że oni wszyscy jacyś tacy smętni i jesienni w szarościach i beżach, a ja, z nieodłącznym plecakiem w kolorowe motylki – jakby piorun walnął w malarską paletę 😛
I nic nie było w stanie zepsuć mi nastroju – ani deszcz, co z mżawki przerodził się w zakurwistą ulewę i do spodu przemoczył i bluzkę i trampki i plecak …
Ani to, że w żadnym ze sklepów nie wypatrzyłam ani pół wymarzonego bidermajera, bo co się naoglądałam i namacałam – to moje 🙂
Ani ścisk i duchota w ledwo toczącej się po szynach trzynastce – plecak postawiłam na walizce jakiejś miłej babeczki, śmiała się wysiadając, że niestety, ale tę poręczną półkę także ze sobą zabiera.
Plecak był wypchany i ciężki, bo już na wstępie piątkowej wycieczki zapełniłam go pierogami, kotlecikami wege i innymi smakołykami, które zapachniały mi z wystawy jakiejś żarełkowni i nie mogłam się im oprzeć – więc tak łaziłam, z plecakiem na full, chyba ze 3 godziny 🙂
A gdy zaczęło się oberwanie chmury – postałam chwilę pod jakimś balkonem, po czym stwierdziłam, że spoko i chuuuj tam, z cukru nie jestem, przetestuję więc trampki w kwestii przemakalności.
Teraz zabieram się do mycia porcelany z ogromniastej paki od Reni, ulice schną powoli po ulewie a przez otwarte na oścież  okna wpadają do mojego mieszkania wszystkie zapachy jesieni.
To był naprawdę fajny piątek, i jeszcze się nie skończył  🙂
A trampki test przeszły śpiewająco, jakby kto pytał.

 

Reklamy