Tagi

, , , ,

https://www.facebook.com/events/462961054118452/

Kiedy się ma tyle lat, co ja, to coraz częściej zadaje się sobie pytanie – czy to już aby nie ostatni raz, może więcej już się to nie wydarzy.
Może to już ostatnia miłość, ostatni pocałunek, ostatni seks… może to już ostatnia wiosna… może to już ostatni taki koncert.
Z koncertami metalowymi, a szczególnie black metalowymi jest jeszcze słabiej, bo może się on stać ostatnim nie tylko z powodu pewnej zakapturzonej Pani, co zdecydowanym ruchem kosy uciacha mi łeb razem z życiem i możliwość koncertowych uciech zabierze bezpowrotnie – ale i z powodu niezrozumiałych i totalnie popierdolonych akcji, nazwijmy je skrótowo „moherowych”, utrudniających organizowanie tychże. Oczywiście, naiwnie wierzę, że to, co stało się w innych miastach – w Krakowie nie będzie mieć miejsca nigdy, ale to jedynie moja nadzieja, pewności brak. Wspominam o tym dlatego, że gdyby jednak niedzielny koncert Marduka (wybaczcie, dla mnie to był przede wszystkim koncert Szwedów, to dla nich tu przyszłam, a resztę obejrzałam „przy okazji” ) więc gdyby ten koncert miał się jednak stać ostatnim w moim życiu – to zdecydowanie miałabym co wspominać, tę wiekopomną rolę odegrałby godnie i koncertowa historia mojego życia zakończyła by się z pompą i hukiem. Co do huku to wręcz dosłownie – kolumna basowa z lewej, przy której zazwyczaj się lokuję, tym razem dała mi popalić jakoś bardziej i nie tylko prawie nic nie słyszę, co zdarzało się często i mijało góra po 4 dniach, ale dźwięki, które do mnie teraz docierają są solidnie zniekształcone, nieprzyjemnie przesterowane i skrzeczące. Można by rzec, że wszystko, cała otaczająca mnie rzeczywistość screamuje i growluje, co wydaje się zabawne, póki nie próbujesz kupić piwa na stacji benzynowej i słyszysz, jak przemiła drobna blondyneczka skrzeczy do ciebie „10,50 proszę”. Twój własny głos także cię zadziwia.
Rozmowa z panem taksówkarzem w drodze powrotnej, skrzeczycie oboje, on dodatkowo się wydziera, bo przeca słuch ci szwankuje, kurwa, śmiech na sali 😛 Ale bardzo chcesz z nim pogadać, bo od słowa do słowa i już wspominacie koncerty w Klubie Studio, kiedy jeszcze nazywał się 38 i opowiadasz tę słynną historię, kiedy zainteresowanie jakimś koncertem przerosło oczekiwania organizatorów, nadrukowali tych biletów ile wlezie i okazało się, że publika do środka wleźć już nie może, bo się kurna nie mieści, więc próbuje oglądać scenę z tego przedsionka, z szatnią i kibelkami.
A w ogóle to z otwarciem bram jakoś się wtedy zagapili, więc ludzie stali jak barany w kolejce, część do wejścia, część już do szatni – a support już grał w najlepsze. Tę szatnię to mogli sobie darować, bidoki, bo tu też chujnia, numerków zabrakło gdzieś tak w połowie wpuszczania. Mnie wtedy chyba olśniło, jakieś satori czy co, i z zimowym płaszczem od razu sru pod scenę, przewiesiłam go przez barierki i git.
W niedzielę o żadnym płaszczu nie było mowy, na dworze piękna polska jesień, a temperatura wewnątrz dobijała chyba do temperatury spustu surówki z pieca hutniczego.
Ogień ze sceny rozszerzył się na cały klub, Kwadrat płonął z hukiem, a ognista fala atakowała z każdym uderzeniem gitar, chlastała i smagała płomieniami wraz z młócką perkusji.
W tej burzy ognia, wśród eksplozji przesterów, wśród dzikiego krzyku i złowieszczego zawodzenia tonęła moja dusza, powoli, powoli pogrążając się w dźwiękach, kołysana i chłostana na zmianę.
Więc krzyczałam, śpiewałam, śmiałam się i płakałam, kołysałam się i skakałam, machałam i kręciłam włosami, wyciągając dłonie ku scenie, z palcami złożonymi w najbardziej oczywisty sposób… i choć dziś nadal nic nie słyszę i boli mnie chyba wszystko, to po prostu jestem szczęśliwa.
Bo choć umęczona po uszy – to wiem, że to kocham, ten klimat i to misterium, w którym wzięłam udział.

INSIDIUS.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ARKONA.

 

 

 

 

 

 

 

 

MARDUK.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

VADER.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na koniec ogromne, ogromniaste pozdro dla przemiłych dwóch dziewczyn z mojej prawej, których imion nie znam, bo mnie przyćmiło i nie przedstawiłam się zwyczajowo. Dzielnie popilnowały mi miejsca, kiedy poszłam wsadzić łeb pod kran (Klub Kwadrat znany jest z najsuper wentylacji i ogólnej dbałości, żeby nikt kurna aby nie zmarzł, nie zapomnę, jak w jakiś wyjątkowo gorący październikowy weekend klub przywitał nas kaloryferami na full)
Po Marduku, kiedy szłam pofocić na tę galeryjkę na piętrze, milusio się wyściskałyśmy, no i że strasznie fajnie było koło siebie szaleć i skakać, ja – że foty zalinkuję w wydarzeniu, a one, że super i że śliczna sukienka, no kurna, jak kobieta kobiecie mówi takie rzeczy – to musi być szczera prawda i w ogóle 🙂  I kiedy już stałam tam wysoko na galeryjce – zauważyły mnie i radośnie sobie pomachałyśmy. 🙂
Radosne machanie odchodziło też w poprzek całej sali, z mojej lewej na prietiwpałożnom, prawą, bo tam stał Kamil i jego prześliczna żona, więc sobie podiabełkowaliśmy do siebie, pomachaliśmy fryzurami i odprawiliśmy różne inne thr00metalowe rytuały 😛

No a zobaczyć młyn z góry, to jest kurna TO, dla takiego widoku i emocji warto było tam wyleźć. Zazwyczaj obserwowałam takie akcje z tego samego poziomu i z bezpiecznej odległości, zza paru osób, ale ogarnąć to z góry, kiedy masz to jak na dłoni, czujesz rozmach, siłę i ogień, cała ta energia uderza w Ciebie, czujesz zapach parujących ciał, ich pęd i bezwiednie robisz uniki przed uderzeniem, choć dzieli was odległość jednego piętra.
Zdjęcia wyszły słabo, bo mój aparacik dla przedszkolaka nie radzi sobie z dymem no i pod koniec to mi już łapy latały – ze zmęczenia, ale bardziej z emocji 🙂
I jeszcze udało mi się wygrzebać taką oto pamiątkę sprzed 13 lat:

 

 

 

 

Reklamy