Tagi

Filiżanka, którą chcę Wam dziś pokazać nie ma żadnej specjalnej historii.
Ot – wypatrzyłam na allegro, popodniecałam się i postresowałam podczas licytacji, ale na koniec udało mi się pokonać przeciwników.
Walka była ostra, stawka poszła wysoko w górę, no bo wiadomo – stary, berliński Schumann z oznakowaniem literami SPM i, jak dla mnie, kokoszącą się kurą na grzędzie, czyli 1844-64.

 

 

 

Ale znacie mnie, jeśli mi się coś podoba na pół gwizdka – to i licytuję na pół gwizdka 😉 ale jak się czymś zachwycę, jak się na coś uprę – to nie ma, że boli, że dużo kasy… rozsądek się wyłącza i nie ma mowy o żadnej kalkulacji i „górnej granicy” czy coś.
Tak też było i w tym przypadku.

 

 

 

O urodzie tego duetu nie będę wiele pisać – bo kurna kto ma oczy, to widzi, a jak nie widzi, to żadne przymiotniki, przenośnie i metafory nie pomogą.

 

Mnie urzekł ten delikatniutki róż opleciony wypukłymi gałązkami zielonego bluszczu… grzebieniaste złocenia na brzegach filiżanki i spodeczka z niesamowitym efektem zawinięcia warstwy porcelany w kilku miejscach – jak rulonu, także mocno wypukłego. Plus wieniec drobniusich złoconych listków, tyle.

 

 

Ach, nie, nie, zapomniałabym o uszku, posplatanym, pozawijanym, z malusimi gałązkami złoceń na pałączku i floralnym wykończeniem obu końców.

 

 

 

Jak na swój wiek jest w naprawdę dobrym stanie, żadnych ubytków czy rys, przetarcia złota niewielkie.
W każdym razie wydaje mi się, że to najcudniejszy duet w moich zbiorach, rozglądam się właśnie wokoło i mam wrażenie, że to miejsce na podium nie jest zagrożone.

 

 

Reklamy