Tagi

Sobotni wyjazd z Ninką na giełdę w staroci w Bytomiu to przygoda mojego życia, wyczyn na skalę światową.
Jak wiecie – zazwyczaj kładę się spać koło 4-5 rano, a że wyjazd był planowany o 5:30 to po prostu nie opłacało mi się kłaść i na ten porcelanowy maraton pojechałam bez sekundy snu.
A jednak to nie senność czy zmęczenie tym spowodowane dawały mi w kość najbardziej, to nie to.
Zaskoczył nas i wykończył pogodowy armagedon. Oberwanie chmury, burza z błyskawicami jak 150, a potem straszna duchota i upał. Jak również to, że znaleźć w tym pięknym mieście jakikolwiek czynny bankomat graniczyło z cudem. Albo miejsce, gdzie można usiąść i napić się kawy.
A na taksówkarzy nielubianej firmy czeka się najmniej kwadrans, jakby jechali tu z Warszawy, i wciąż trafiasz na tego samego, który nie zna miasta, nie wie, gdzie jest wjazd do giełdy, gdzie wejście do Tesco czy innego marketu, gdzie bankomaty i o cokolwiek zapytasz – nie wie. A podłogę auta wyłożył linoleum prawie identycznym, jak moje w kuchni, sprzed 40 lat.
Ogólne wrażenia?
Niesamowita rozpiętość cen za to samo i przeróżni, oj przeróżni sprzedawcy.
Od przemiłych babeczek i facetów-żartownisiów, wrażliwych chyba na niektóre walory, ekhem, kobiecej urody – przefajnie się u nich kupowało   😀 po ponure babska i furiatów, którzy przyszli na giełdę po to chyba tylko, żeby powarczeć na klientów. Taki jeden trafił mi się podczas kupowania uroczego duetu Jaworzynki (opis niżej) no i baba, którą ochrzciłyśmy z Ninką „pani Bidermajer” 😛
Bo podchodzimy i pytamy o coś, o cenę, a ta tonem, jakim hrabina przemawia do stajennego „to jest, proszę pań, bidermajer”.
Obie z Ninką poczułyśmy chyba, że będzie śmiesznie, więc postanawiamy panią podpuścić i dopytujemy, jaka sygnatura – i w odpowiedzi pada, jak mantra: „przecież mówię, że bidermajer”.
Dusząc się ze śmiechu odwracamy się szybko i dopiero po kilku krokach zaczynamy obie wyć dziko i telepać się z uciechy.
Wygląda więc na to, że od dziś hasło „biedermaier”, w dowolnym kontekście, będzie wywoływać u mnie atak szalonych heheszków 😀
A Ninka to zdecydowanie najlepszy kompan do takich eskapad, zaradny, spostrzegawczy (jak ja nie wypatrzę czegoś – to zapewni to ona) niemarudny (nosem się podpierać ze zmęczenia – ale zawsze wesoło). I posiada jeszcze jedną, niezwykle cenną i dla mnie istotną cechę. Bo ja to z jednej strony nienawidzę nad sobą szefa, co to będzie poganiał i dyrygował, gdzie, co i jak, a z drugiej strony sama też nie lubię przewodzić i się rządzić. I z Ninką właśnie idealnie się w tej kwestii dogadywałyśmy.
No i podoba się nam zupełnie inna porcelana, więc krew nie polała się ni razu   😀 A cośmy się nagadały, naśmiały, nazwierzały, nawzruszały nawet – to nasze 🙂

OK, tera czas na opisywanie wojennych łupów.

Najpierw więc to duo z Jaworzyny Śląskiej, o którym wyżej wspominałam…. 1877-86, talerzyk z wyciskiem AR, takiego jeszcze nie widziałam, a filiżanka normalnie: orzeł, buławka i AR kobaltowe.

 

 

 

 

Taki ciekawy kształt, złamana beczułka jakby 🙂

I napis pięknym gotykiem po niemiecku.


I wysrebrzone koniczynki czy dzwoneczki, ciekawe uszko, prawie precelek 😛

 

 

I to tu mi chciał gość wpierdolić właśnie 😛
Bo tak se oglądam luźno, popatruję to tu, to tam, a ten już krzyczy, że Jaworzyna i leci całą genealogią.
Odpowiadam, że dziękuję, ale widzę, i pytam grzecznie o cenę.
A ten dalej, że 19 wiek i że musi być 40 najmniej.
Ja, że dziękuję, taka cena mnie nie interesuje, przepraszam… że wzór ascetyczny i w ogóle… (słowo „ascetyczny” to drugie nasze z Ninką ulubione hasło dnia 😛 )
A jak ten facio się wkurwił, jaki ascetyczny jaki ascetyczny, wrzeszczy na mnie…
Ja w duszy wyję, ale mówię „naprawdę bardzo uprzejmie dziękuję” i odchodzę.
Robię 2 kroki i ten woła za mną – że 35!
Odpowiadam, wciąż z odległości tych 2 kroków, że dzięki, ale wolałabym jakieś kolorowe kwiatuszki czy coś i idę dalej.
Jeszcze słyszę, jak ten się wydziera, że w życiu, że za tyle to nie, więc się elegancko i powoli oddalam, tym bardziej, że Ninka mnie woła z odległości 2 stoisk, że coś dla mnie wypatrzyła.
Ale nie uszłam 5 kroków – a tu biegnie za mną jego kolega, który cały czas stał obok i w milczeniu obserwował naszą „dyskusję”.
I mówi, że przeprasza za kolegę, ale on to ma dziś zły dzień…. i że sprzeda za 30.
Więc wracamy razem, kolega sprzedającego pakuje duo elegancko, inkasuje kasiorkę, a tamten siedzi odwrócony tyłem, demonstracyjnie i pali peta.
Nawet się nie odezwał.
A ja prawie się posikałam ze śmiechu 😀
No bo kurde – o co się tu denerwować?

Jak ma swoją cenę – to niech z niej nie schodzi, jeśli nie chce. Widziałyśmy niejednego sprzedającego, który nie spuścił z ceny ani złotóweczki.
No i spoko.
Nie musi.
Ja go nie trzymam pod pistoletem.

Ale jakieś nerwy, wrzaski to śmieszne, wręcz żałosne.
Czy obrażanie się, foch tysiąclecia, bo się klient na rarytasie nie poznał, a rarytas tak naprawdę to mocno dyskusyjny  😛

Kupiłam też leciuteńko dziabniętą filiżankę misienkę do herbaty, taką szerokuchną z ząbkowanym brzegiem, wzór cebulowy – za 30.

 

 

Muszę pokazać Mareczkowi, żeby wydatował   ❤  ❤  ❤

I przecudną wazę, bez pokrywki, ale Sarregueminess, wzór z gałązkami i owocami malin, zdaje się, ok 1900 roku.

 

 

 

 

 

 

Taki prawie mroczny Irys, pozdro dla kumatych   😀
I to właśnie mi Ninka wypatrzyła, gdy ja targowałam się o Jaworzynę   🙂

I jeszcze takiego uroczego rozbitka bez ucha – wielka filiżanka z czarnym transferem, fajans, Belgia ok 1880, rzadka sygnatura, seria Napoleońska.
A dokładnie: J.B.Cappellemans&Smith w Jemmapes, Walonia. 1870-94. Datowanie bardzo dokładne, bo we wcześniejszych latach w sygnaturze pojawiały się nazwiska założycieli, a później leżący lew (za Dictionnaire des motifs de la faïence fine imprimée en Belgique, autorzy Monique Verboomen, Roger Schoute)

 

 

 

 

 

Jak juz grzebałam w necie szukając info na temat tej filiżanki – to znalazłam identyczną:

https://produto.mercadolivre.com.br/MLB-892361823-antigo-xicara-de-chocolate-porcelana-belga-jemappes-napoleon-_JM

 

 

 

 

tu podobna: https://www.etsy.com/uk/listing/622153044/napoleon-cup-black-transferware-antique

 

Przecudna filiżanka Fürstenberg, taki ciemno-morski, prawie czarny, właśnie nie granatowy, nie szafirowy….

 

w palecie ral to blue green albo ocean blue, coś cudnego po prostu, niesamowity kolor, w świetle sztucznym wydaje się bardziej niebieski, w naturalnym – zielony, bajka ❤

 

 

bez spodka, ale F z kropką, więc chyba do 1918.

 

 

Z wysoki, uchem i kwiatami w takiej etykiecie, znowu zapomniałam, jak się to nazywa.

I na koniec chyba angielka, za grosze, podejrzewam koniec 19 wieku, jeszcze wciąż rozpoznaję sygnowanie, składak, ale przecudny z fioletowym wzorem, a ja kocham fiolet 🙂

 

 

 

Filiżanka porcelanowa, cieniuteńka i  bardzo delikatna, z prawie miśnieńskim uszkiem – wzór zarejestrowany w grudniu 1860.

 

 

Talerzyk masywniejszy, fajansowy – no i tu jest problem, przegrzebałam calutki internet i znalazłam kilka angielskich manufaktur, które znaczyły swoje wyroby literami J.B. ale prostym napisem, nie taką ładniutką sygnaturką.

 

 

Może ktoś pomoże, pliiiis?

 

 

 

 

 

Reklamy