Tagi

https://www.facebook.com/events/379941942472104/

Jakoś tak zaraz po czterdziestce uroczyście zapowiedziałam znajomym, że jeśli po przyjściu na koncert zacznę rozglądać się za miejscem siedzącym i imprezę spędzę na krzesełku, podrygując na nim żałośnie, zamiast, jak normalny człowiek, tańczyć i szaleć pod sceną machając włosami – to mają prawo, wręcz obowiązek, skrócić moje cierpienia i komisyjnie mnie zeutanazjować. Po prostu, bez zbędnych pytań – w łeb i do piachu.
Pewnie znacie już historię o legendarnym koncercie Van der Graaf, podczas którego wykłócałam się z ochroną, że jak to tylko miejsca siedzące, jak to nie można pod sceną, co ja, jakiś emeryt jestem czy co?
I o Requiem” Mozarta, wykonywanym z wielką orkiestrowo-chóralną pompą w klasztorze w podkrakowskiej Mogile, na które zabrał mnie I. wymuszając przyrzeczenie, że będę się przyzwoicie zachowywać. Przez pół koncertu szczypał mnie i syczał do ucha „przestań, kurwa, podrygiwać”, do tej pory wyję ze śmiechu na to wspomnienie   😛
No bo co ja poradzę, że muzykę przeżywam wszystkim, i duszą i ciałem, a przeżywające ciało, czasem zupełnie niezależnie od mojej woli, gibie się do rytmu, wykonując jakieś zapewne śmieszkowe podrygi. Palce same naśladują fortepianowe pasaże, a cała obfita reszta gnie się i wypina, zasłaniając scenę zapewne połowie publiczności.
Ale jakoś nigdy nikt się nie skarżył, nikt mnie nie opierdolił, pewnie się mnie boją, i w sumie słusznie    😛
Tak czy owak – teraz, po 20 latach, obietnica wciąż obowiązuje, przypominam na wszelki niewypadek, choć, jak na razie, nie wydaje mi się, żeby musiała być zrealizowana.
Wszystko bowiem wskazuje na to, że nawet jako trzęsąca się staruszka, wspierając się na balkoniku, będę tuż pod sceną wykonywać swoje dzikie pląsy, z machaniem włosami włącznie.
Nie inaczej było w klubie Chicago Jazz, no, może z wyjątkiem tego balkonika  😛

 

I to, że zawartość brzmieniowa koncertu sięgała ekstremalnych odmian muzyki elektronicznej, jej najbardziej wyrafinowanych i pokręconych form – niczego zmienić nie mogło, wręcz przeciwnie.
Porwał mnie gęsty, ambientowy klimat Molocha, porwał i pociągnął za sobą, w mrok innego wymiaru…

 

 

 

 

 

 

 

pogrążona w wilgotnej mgle klawiszy czułam uderzenia basu, a ostrza riffów, jak tysiące kawałków potłuczonego lustra, cięły do krwi moją duszę, raz za razem, raz za razem…

 

 

 

czułam, że moje stopy przekroczyły linię horyzontu zdarzeń, stawiałam je ostrożnie i nie bez lęku, bo wiedziałam, że jestem już po drugiej stronie, gdzie nic nie jest tym, na co wygląda… ale szłam dalej i dalej … nikt i nic nie mogło mnie zatrzymać.

I coraz mniej się bałam, chociaż teraz prowadził mnie cybernetyczny demon o imieniu CYBERCORPSE

 

 

 

 

 

 

 

 

 

roztoczył przed moimi oczami wizję destrukcyjnej, zdehumanizowanej przyszłości opanowanej przez androidy.
One także nie budziły we mnie lęku.

 

Kiedy demon spojrzał na mnie pytająco – odpowiedziałam TAK.

 

I poddałam się muzycznemu rytuałowi…

 

 

 

 

 

 

kiedy otwarto przede mną wrota do kolejnego, alternatywnego wymiaru – przekroczyłam je ufnie, przygotowana na bezlitosną elektro-masakrę i audialny szok termiczny. I choć wiedziałam, że za chwilę retro koszmar stanie się rzeczywistością, otworzyłam się na dźwięki elektronicznej kakofonii, pogrążając się w odmętach szaleństwa.

 

 

 

 

 

 

 

 

Tonęłam.
Kołysały mną fale ekstatycznego obłędu, niezauważalnie, powoli wciągając coraz głębiej w ciemną toń, która dla niepoznaki tuliła mnie ciepłymi tonami synthwavu…. czułam jednak, że pod tą warstwą ciepła czają się najzimniejsze rejony techno, industrialu i ambientu…

 

—————————————————————————-

A wyżej – Korniczek w stosownym tiszerciku    🙂

Moloch na tiszercie i Moloch obok tiszertu   😀

 

 

mam płytkę, mam płytkę !!!!  🙂

a ja rękawiczki!!!!    🙂

 

Dla porządku: klub polecam jak najbardziej.
Fajne, przestronne wnętrze z klimatem, naprawdę spory wybór napojów wszelakich, ze wskazaniem na piwo (pinćset rodzajów Ciechana, jak ktoś lubi, a kto by nie lubił!!!!) duża wytrzymałość barmańskiej obsługi na marudzenia klientów w temacie wyboru tegoż piwa, miły chłodek w upalny wieczór i zachwycające kibelki. To mój stały temat i tym razem także nie odpuszczę: odpowiednia ilość kabinek, żadnych kolejek klientów, przestępujących z nogi na nogę, no i elegancja-francja, lustra, czyściusio, pachnąco, mydełko w płynie, niekończąca się srajtaśma, po prostu żyć nie umierać    😀

 

 

 

 

Reklamy