Tagi

To miała być recenzja filmu.
Jak zwykle – chciałam odmalować zarys historii i tła, na którym się dzieje, opowiedzieć Wam o bohaterach filmu i o wszystkich wrażeniach, uczuciach i emocjach, jaki we mnie film wywołał.
O obrazach z przeszłości, jakie przywołał, o skojarzeniach… o każdym uśmiechu i o każdej łzie.
Kiedy po niego sięgnęłam – nie wiedziałam, o czym traktuje, tytuł nic mi nie mówił, wybrałam go, bo spodobał mi się plakat ze zbliżeniem na profil zamyślonej dziewczyny. Tęczówki jej oczu miały niesamowity, porażający odcień błękitnej zieleni, dostrzegłam także info o nagrodach – na plakacie było sporo notek o nagrodach i wyróżnieniach, jakie film zebrał.

„Film nagradzany na festiwalach, coś mądrego i wartościowego, ok, to coś, na co dziś mam ochotę” pomyślałam i włączyłam player.
Ale im dłużej oglądałam, z każdą minutą i każdą sceną coraz mocniej do mnie docierało, że to jest jeden z tych filmów i że nie czeka mnie taki rodzaj rozrywki, jakiego się podziewałam, w zasadzie słowo „rozrywka” nie bardzo pasuje do tego, co czułam i przeżywałam, ale projekcji nie przerwałam.
Nie zrobiłam tego, choć wiedziałam, że kolejny raz rany zostaną rozdrapane, strupy zerwane, wiedziałam, jakie obrazy staną znowu przed moimi oczami, skojarzeń też byłam pewna.
Tak mam zawsze i tak już będzie zawsze, choć radzę sobie z tym coraz lepiej.
Już nie wybiegam z kina z twarzą zalaną łzami, jak na „Kalifornia”, nie naciskam co chwilę spacji, żeby uspokoić oddech, jak podczas oglądania „Oskarżonych”, ale ten ślad, to piętno, jest we mnie i zostanie na zawsze.
Kiedyś wydawało mi się, że to jak znak na czole, wyraźny i od razu zauważalny, teraz jestem pewna, że jest inaczej.
Ale ta zapomniana struna odzywa się zawsze, kiedy ktoś ją trąci, choćby najdelikatniej. Może dźwięk, jaki wydaje, jest coraz cichszy – ale nie zamilknie nigdy, wiem to.
Ten cichy ton towarzyszył mi do końca projekcji, a dziewczyna, o której losach opowiadał, choć kompletnie ode mnie różna, z każdą minutą filmu stawała mi się coraz bliższa.
Coraz bliższa stawała mi się jej siła, siła charakteru, siła woli – jej walka i jej zwycięstwo.
Angie wygrała w stylu, dla którego oceny brakuje słów, bo wygrała sama ze sobą, ze swoją przeszłością i z demonem tej przeszłości, demonem o ludzkich kształtach.
I choć jej siła była od mojej milion razy większa, wybór, jakiego dokonała- milion razy bardziej bohaterski, jej poświęcenie także, to miałam wrażenie, że obie czujemy to samo, że ona czuje to samo, co ja trzydzieści lat temu, że przyszło się nam zmierzyć z podobną próbą – i obie wyszłyśmy z niej zwycięsko.
Bardzo chciałabym móc powiedzieć bohaterce filmu – jak bardzo ją podziwiam, bo jej próba była znacznie trudniejsza od mojej. Wyzwanie – jakie postawiło przed nią życie, poprzeczka – milion razy wyżej, niż moja. Ja musiałam „tylko” żyć, tylko żyć „po”, ją życie postawiło pod ścianą i zmusiło do zrobienia czegoś więcej, znacznie więcej.
Oczywiście, pewnie znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że miała wybór.
Że nie musiała.
Tia, jasne.
Więc ja bardzo chciałabym powiedzieć Angie, jak ogromnie, ogromnie szanuję jej wybór.
Czyn, na który się zdobyła, priorytety i poświęcenie w ich imię.
Jak bardzo podziwiam jej męstwo, któremu trudno dorównać.
I nie napiszę już słowa więcej.
Jeszcze może tylko jedno – z ust matki głównej bohaterki słyszymy w pewnym momencie opowieść, która mogłaby służyć za wyjaśnienie tytułu filmu, ckliwą nieco historyjkę o Bogu, dzieciach i piegach. Ale nie dajcie się zwieść, ja bym tego piękna szukała gdzie indziej… przyjrzyjcie się dokładniej plakatowi.
I obejrzyjcie „Beauty mark” koniecznie.

 

https://zalukaj.com/zalukaj-film/39777/beauty-mark-2017.html

 

Reklamy