Tagi

Jak wiecie, ostatnio z konsekwencją i uporem realizuję  plan pt „wakacje w mieście”.
Czyli: siedzenie do rana przed kompem plus wypady na piwo w rytmie dark-cold-goth-metal – jak najbardziej, oczywiście, bo bez tego żyć się nie da… ale obowiązkowo przechadzki, spacery i włóczęgi, szlajanie się ulicami i zaułkami Krakowa.
Nadrzędny cel – wyjść z domu, czyli jak mawia Ancik: wypełznąć z nory, nawet w upał, choćby na godzinę… a jak już słoneczko napier… ekhem, świeci i dogrzewa ponad 30 w cieniu, to wypady przenosimy na godziny nocne, a z tego piwa/karaoke w PodZiemiu/tańców ze Schizo – wracamy zawsze nóżkami, piechotką znaczy.
Dla zdrowia i kondycji.
A najbardziej dlatego – że Kraków nocą jest jeszcze cudniejszy   ❤
A ja w ogóle to lubię łazić, tylko czasu mi brakuje, więc teraz, póki co, trza wykorzystać każdą chwilę.
W ostatni piątek zaplanowałam więc wypad „na wiewórki”.
W Parku Bednarskiego wręcz się od nich roi, ostatnio w dzikim zachwycie obserwowałam, jak większe i mniejsze, (chyba młode) rude i czarne jadły dzieciakom z ręki, a kiedy kucnęłam wyciągając łapę to bez strachu podbiegały i miziały mnie swoimi pyszczkami. Bałam się trochę, że mnie użrą ze złości, bo łapa była pusta, ale jakoś mi darowały.    😀
Postanowiłam więc tę przygodę powtórzyć, tylko tym razem – z aparatem fotograficznym.
Park jest rzut beretem od mojego domu, trochę się chmurzyło – ale zaopatrzona w parasol ruszyłam ku przygodzie.
I tu piątek trzynastego ujawnił się w całej swej okazałości – ale nie uprzedzajmy wypadków.

Zaczęło się całkiem spoko – pierwszą wypatrzyłam na drzewie, dość wysoko i pod światło, ale co tam, przecież mam aparat marki samsung, piękny i czerwony, a nie mikrofalę czy słoik, dam radę.

 

 

Kiedy zaczęłam powolutku i na paluszkach skradać się nieco bliżej drzewa, gdzie siedziała moja ruda modelka – na szczycie góry za nią pojawiło się jakichś 2 chłopaków.
A dokładnie to wybiegli zza krzaków, tupiąc, łamiąc gałęzie i wrzeszcząc jak porąbani… wiewiórka prawie sfrunęła z drzewa i sadząc susy jak kangur pomknęła przez park.
Żeby było śmiesznie, skierowała się wprost na mnie i minęła mnie gdzieś w odległości metra – ale z szybkością ponaddźwiękową, o ustawieniu ostrości w takich warunkach nie było mowy:

Jeden z chłopaków popatrzył na mnie, na znikające w oddali zwierzątko i zauważył inteligentnie „o, wystraszyliśmy Pani wiewiórkę”.
Ależ skąd, kurwa, w ogóle.

Czekałam jeszcze dobrą chwilę, mając nadzieję, że moje durnowate nawoływania „baś baś baś” jakoś ją przekonają, tudzież demonstracyjne przykuce z herbatnikiem w ręce, ale ruda piękność miała to głęboko.
Na pocieszenie skupiłam się więc na fotografowaniu obiektów, które nie spierdalają w podskokach:

 

 

 

 

 

 

Chodziłam sobie to tu, to tam i wtedy zauważyłam tę czarną. Przycupnęła sobie na ławce i coś chyba szamała, podobnie jak ta pierwsza.
I jak ta pierwsza, niestety, kompletnie nie miała ochoty mi pozować, no zobaczcie tylko:

 

 

 

Tego dnia chyba odbywały się w parku niezapowiedziane mistrzostwa sprinterskie wiewiórek i walka o tytuł była dla nich priorytetem.
Cóż, wróciłam więc do focenia przyrody niebiegającej…

 

 

 

 

 

 

 

Podumałam nad przekwitłymi kwiatami:

 

 

 

 

i nad podgórskim pejzażem z wiszącą parą butów…

 

 

 

 

 

widok tych ciemnych chmur jakoś mnie nie natchnął… i złapała mnie masakryczna ulewa. Przemokłam do majtek – bo zacinało tak, że parasol wyłapał tylko małą część tego wodospadu. I naturalnie – ledwo weszłam do domu, osuszyłam się i przebrałam – było już po pogodowym armagedonie.
I natychmiast dopadł mnie jakiś wirus – kicham, smarkam i w ogóle.
Dlatego zajęłam się tym, co wychodzi mi najlepiej, a mianowicie robieniem głupot.
Wylicytowałam na allegro Mroczny Irysowy Mlecznik, jak paczusia dojdzie to pokażę.
Dziś zajęcia kontynuuję, trzymajcie kciuki   😀

 

 

 

Reklamy