Tagi

Ostatnio fb coraz częściej przypomina mi boleśnie, jak bardzo jestem stara   😀
Często przy okazji dyskusji pod jakimś linkowanym artykułem, który moi znajomi komentują „tak tak, mojej babci też się to zdarzyło” albo „mój dziadek opowiadał podobne historie”.
Rzecz w tym – że takie sytuacje zdarzyły się mnie, mnie samej…
Weźmy chociaż:

http://wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,21232050,sluzace-dziewczyny-do-wszystkiego-jak-wygladala-ich-praca-w.html

Artykuł tyczy co prawda czasów przedwojennych, ale w moim rodzinnym domu, w Tarnowie, także zatrudniano służącą. W latach 50/60 była to po prostu niania, opiekującą się mną i siostrą, ale z czasem zakres jej obowiązków się zmieniał.

Najdziwniejsze jest to, że musiało minąć sporo lat, żebym zdała sobie sprawę, jak niezwykła to była sytuacja.
Nie mam pojęcia, w ilu domach w powojennej Polsce miała ona miejsce, ale dopiero rozmowy z rówieśnikami uświadomiły mi, jak bardzo mojemu domowi daleko do przeciętności.
Powiedzmy to wprost – moje opowieści, ba, nawet napomknięcie o „pomocy domowej” spotykały się z docinkami koleżanek czy kolegów, a przynajmniej niedowierzaniem.
Szybko nauczyłam się ten fakt przed nimi ukrywać, a obecność młodych dziewczyn w moim domu tłumaczyłam zawile jakimś skomplikowanym układem rodzinno-sąsiedzkim.
Nigdy jednak nie zapytałam rodziców, skąd i dlaczego, pewnie dlatego, że mnie samej obecność niani czy służącej wydawała się naturalna i przydatna.
Fakt, mój dom stanowił wyjątek a podobnych doświadczeń nie miał nikt z moich znajomych, ale wtedy mnie to nie zastanawiało, nie dociekałam przyczyn.
Dziś myślę, że w jakiś sposób w moim domu zatrzymał się czas.
W pierwszej chwili chciałam nazwać ten sposób zagadkowym, ale nie ma w nim niczego tajemniczego, jak sądzę.
Myślę, że wynikało to z braku akceptacji przez moją rodzinę, przez rodziców, dziadków, ciotki i wujostwo – tych nowych, powojennych czasów, z całą ich specyfiką, ze zmianą ustrojową na czele.
Mam wrażenie, iż wszyscy oni usilnie starali się żyć tak, jakby nic się nie zmieniło, dokładali wszelkich starań, żeby nasze rodzinne życie wyglądało, jak ich życie kiedyś.
Trudno im było pogodzić się ze stanem faktycznym, z uporem więc stwarzali iluzję przeszłości, przenosząc swoje dawne zwyczaje do czasów obecnych, po ewentualnych koniecznych korektach   😉
Myślę, że było to niezwykle ważne dla Taty, który spędził większość dzieciństwa i młodości w Złoczowie koło Lwowa, dla jego Mamy a mojej Babci, która wychowała się w domu z liczną służbą, a jej umiejętności skupiały się głównie na umiejętności gry na fortepianie, malowaniu akwarelowych kwiatów i perfekcyjnym władaniu językiem niemieckim. Oczywiście, potrafiła też doskonale gotować, także skomplikowane potrawy kuchni litewskiej czy ukraińskiej, ale nie zniżała się do mycia garów, zakupów czy prostackiego obieraniu kartofli.
Pamiętam więc doskonale jej wieczne utyskiwanie na kolejne służące, które nie chciały stosować się odpowiednio dokładnie do jej szczegółowych wytycznych.
Dziadek zresztą też nie miał litości – i opierniczał bogu ducha winne dziewczyny bez skrupułów.
Tu pamięć podsuwa zdarzenie z gatunku „nieporozumień na tle językowym”. Jedna z pomocy domowych skarżyła się, że „starszy pan” przezywa ją nieładnie i nie była w stanie zrozumieć, że określenie „dziewka”, wymawiane przez dziadka z lwowska bardziej jak „dziwka” nie oznacza pani wiadomej profesji a skrót od „panna/dziewka kuchenna”.
Skoro już jesteśmy przy nazewnictwie – służące tytułowały babcię „panią starszą” a mamę – „młodszą”, wszyscy domownicy zwracali się natomiast do nich po imieniu, niezależnie od ich wieku, nie zawsze nastoletniego.

Służące pochodziły zazwyczaj z okolicznych podtarnowskich wsi, z Bobowej, Jadownik, Zalasowej, Szynwałdu i tak jak w linkowanej opowieści sypiały w kuchni na „polówce” – na przedwojennym chyba, drewnianym łóżku polowym z wojskowego drelichu, rozkładanym późnym wieczorem i składanym wczesnym rankiem, kiedy dziewczyny wstawały, chyba nigdy nie widziałam go w stanie rozłożonym… tak naprawdę nie miały więc one swojego własnego kąta, a ich pomieszkiwanie w kuchni musiało być uciążliwe i krępujące jeszcze z jednego powodu: w moim mieszkaniu nie było łazienki, więc to kuchnia właśnie służyła domownikom do wszelkich, codziennych i bardziej dogłębnych ablucji.

Tę historię zresztą już opisałam: https://drzoanna.wordpress.com/2014/04/21/nostalgicznie-i-lazienkowo-czyli-mieszkalam-w-skansenie-fotoreportaz-ukradziony/#comments

Moje mieszkanie w Tarnowie było ogromne, kuchnia miała powierzchnię ponad 20 metrów kwadratowych, nie zmienia to jednak faktu, że wydzielenie dla „pomocy domowej” jakichś 2 metrów pod ogromnym stołem, gdzie przechowywała walizkę ze swoimi rzeczami i tę nieszczęsną polówkę – było co najmniej niewygodne i niezręczne.
Kłopotliwe i niezręczne, dodajmy, dla obu stron, ponieważ ona sama, bidula, mogła się umyć dopiero, kiedy wszyscy domownicy poszli spać lub jeszcze nie wstali, a ja, na przykład, musiałam w tym celu wybierać takie pory dnia, kiedy w kuchni nie odbywały się żadne kuchenne prace. W przeciwnym razie jedynym wyjściem było zawiadomienie wszystkich domowników, że chcę się umyć, „zajmuję kuchnię” i nie wchodzić mi tam pod groźbą rozstrzelania. Mimo to zdarzało się, że w całym domu rozbrzmiewał mój pisk „Nieeeeeee, nie wchodź, przecież mówiłam, że się myję!!!”
Ten ogromny stół, o którym wspomniałam wyżej, służył też pomocom domowym jako biurko do odrabiania lekcji – kiedy byłyśmy z siostrą starsze, zakres prac, które wykonywały, zmniejszył się w sposób naturalny i rodzice zaczęli zatrudniać uczennice z pobliskiej szkoły zawodowej. W końcu chodziło już tylko o zrobienie zakupów, pomoc w gotowaniu i zmywaniu, praniu i sprzątaniu.
Po paru latach, kiedy nasz wiek i wiek potencjalnych służących niemal się wyrównał, gdzieś w okolicach początków liceum – służące zniknęły z mojego domu na stałe.
Przestało się w nim gotować obiady – nosiłyśmy je wraz z siostrą w wojskowych menażkach z pobliskiej „zaprzyjaźnionej” knajpy, codziennie, wracając ze szkoły, pomagałyśmy też w innych pracach.

Chociaż minęło tyle lat – do dziś pamiętam imiona tych dziewczyn i kobiet: Józia, Gienia, Stasia, Halina, Hela, Wanda ….. pamiętam też związane z nimi historie.

Pierwszą była Józia, niania w stu procentach i na pełen etat, od naszych z siostrą narodzin do 4 mniej więcej roku życia, żadna późniejsza nie pobiła tego rekordu. Pamiętam ją bardzo mgliście, bardziej z opowieści rodziców – pełnych zachwytów tyczących jej rzetelności i profesjonalnej nad nami opieki.

Zapamiętałam jedynie, że była drobna, ciemnowłosa o semickiej nieco urodzie i starsza, niż jej następczynie.

 

Zapamiętałam jednak także i to – że była dobra, faktycznie była dobrą i uczciwą kobietą, nigdy nie straszyła, nie oszukiwała ani nie dokuczała 2 małym, naiwnym dziewczynkom, co zdarzało się niestety jej następczyniom. Nigdy też nie próbowała „podrywać” facetów, stosując nas jako wabik. No, wiecie, idzie się wtedy trzymając nas obie za łapki i w demonstracyjny sposób a to poucza, a to przytula, tak losowo. Jeśli się dodatkowo posiada miniówę, dekolt i zwyczaj niskiego pochylania się, aby którejś z nas poprawić zapięcie płaszczyka czy bucikową sznurówkę – to w minutę leci w naszym kierunku „oooo, jaka młoda mamusia” i znajomość nawiązana.
Do dziś zapamiętałam parę wydarzeń, parę historii, związanych z naszymi służącymi… wydarzeń różnych, w większości zabawnych czy groteskowych i chociaż nie bardzo potrafię dopasować do nich konkretnych imion, chętnie je Wam opowiem.

Zacznę jednak od takiej, której nie nazwałabym wesołą… tu pamiętam imię dokładnie i pozwolę sobie je przytoczyć w prawdziwym brzmieniu, ponieważ wszystko, co chcę opowiedzieć działo się tak dawno, że z pewnością tym „ujawnieniem danych” nikomu nie zaszkodzę.
Zosia zjawiła się w naszym domu, kiedy miałyśmy z siostrą po 12 – 13 lat, jak sądzę i szybko skradła nasze serca.
Dobra, szczera, staranna w pracy, wiecznie uśmiechnięta.
Jej radość manifestowała się w nieustannym śpiewaniu, to dzięki niej poznałam drugi, czy może raczej, ekhem, ostatni obieg polskiej kultury muzycznej, który nazywał się Mały Władzio i lepiej, żebyście nie wiedzieli nic więcej   🙂
Zosia śpiewała także smutne piosenki, do dziś pamiętam jej łzy, toczące się po różowych policzkach, jej wysoki, czysty głos i słowa:

„Rodziców w domu nie było
na polu gdzieś pracowali
a ich najdroższa Helunia
ginęła od zimnej stali” …

albo:

„Sędzia mnie za to karał nie będzie
ani na niebie najwyższy Bóg
bo on mi świadkiem, że jam cię kochał
tyś była dla mnie najgorszy wróg”.

Dziś już nie mam pewności, ale chyba równocześnie z pracą u nas kończyła jakąś zawodówkę, mam wrażenie że krawiecką – pamiętam jednak jej uśmiechniętą, nieco pulchną twarz, blond włosy i jasną skórę…  pamiętam też jedną z jej sukienek – spodobała się nam z siostrą tak bardzo, że tak długo męczyłyśmy mamę, aż nasza „zaprzyjaźniona” krawcowa uszyła nam podobne. Bardzo to Zosię bawiło i twierdziła, że wyglądamy w nich jak jej dwie młodsze siostrzyczki.
Gdybym miała jednak powiedzieć – dlaczego, z jakiego powodu stała się nam tak bliska…
Nawet teraz, dziś, mam problem, jakich użyć słów, by oddać w pełni charakter naszej przyjaźni, jak to ująć, by nikogo nie urazić – szczególnie Zosi, czy raczej… dobra, o tym za chwilę.
Spróbuję powiedzieć to wprost – Zosia nie błyszczała inteligencją, wręcz przeciwnie i choć była już pełnoletnia to jej umysł, sposób rozumowania i działania zatrzymały się na poziomie dziecka… nie użyję terminologii fachowej – bo jej nie znam, ale Zosia, mimo swoich ograniczeń, mimo problemów z rozumowaniem i myśleniem abstrakcyjnym – była najlepszą dziewczyną pod słońcem.
I od początku, mimo sporej różnicy wieku, traktowała nas obie jak rówieśniczki.
Nigdy nie traktowała nas jak dzieci, jak jakieś smarkule, powierzone jej opiece – co nam szalenie imponowało.
Ze wszystkiego się nam zwierzała, pytała o radę i zawsze bardzo uważnie tych rad słuchała.
Jak łatwo się domyślić – pytania tyczyły spraw damsko-męskich, trudnych życiowych, czy raczej kobiecych wyborów.
Bo jest ich dwóch i ona nie wie, którego wybrać – no jakoś tak, a my z powagą doradzałyśmy, jak tylko umiałyśmy najlepiej, z głębi naszych 13nastoletnich serduszek, z zerowym w tym sprawach doświadczeniem oczywiście.
I mimo tych oczywistych ograniczeń można było spokojnie na Zosi polegać, tak oto, w któreś wakacje, nasi rodzice zgodzili się, aby Zosia zabrała nas do swojego rodzinnego domu.
Niewiele pamiętam z tego dnia, czy dwóch – jakiś spacer wśród bezkresnej zieleni łąk, studnię przy drewnianym domku, strumień tuż obok, wieczór przy ognisku i tatę Zosi z harmonią.
Jeszcze zapach pościeli, wysuszonej na słońcu, siana w sienniku, wieczorne gwizdy jaskółek i noc, prawie po świt przeszeptaną z Zosią.
Kiedy już zaczęłyśmy naukę w liceum – Zosia skończyła ową szkołę i postanowiła nie wracać do rodziców na wieś, razem z koleżanką wynająć gdzieś pokój i poszukać sobie jakiegoś „prawdziwego zajęcia”.
Pamiętam, że mój tata polecał ją paru osobom i pomagał w szukaniu pracy.
Przy wyprowadzce Zosi było sporo łez i zapewnień, że o sobie nie zapomnimy.
Zosia znalazła pracę poza miastem, z widywaniem się był kłopot – pisywała jednak do nas dość regularnie a my obszernie na listy odpowiadałyśmy.
Po pewnym czasie jednak listy przestały przychodzić, a gdy tata po naszych naciskach zadzwonił do znajomego, który zatrudnił Zosię – okazało się, że już tam nie pracuje i nikt nie wie, gdzie mieszka i co się z nią dzieje.
Próbowałyśmy nieporadnie szukać o niej jakichś wiadomości – jednak na próżno.
To jednak nie koniec tej historii – ma ona tragiczne zakończenie.
Po kilku latach, kiedy już z siostrą studiowałyśmy w Krakowie i do domu w Tarnowie przyjeżdżałyśmy jedynie od czasu do czasu – poznałyśmy dramatyczny epilog.
Jakiś czas wcześniej w aptece, w której pracowali rodzice – zjawiła się Zosia.
Tata z trudem ją poznał – miała rozmazany, ostry makijaż, wyzywające ciuchy z ledwością okrywające jej krągłe kształty i chyba nie była trzeźwa, jednak Tata zaprosił ją do swojego gabinetu.
Tam Zosia rozryczała się na dobre i szlochała tak, że z trudem można było ją zrozumieć, sama zresztą też nie chciała podać szczegółów.
Sedno tkwiło w tym, że właśnie odkryła, że jest w ciąży, nie chce, nie może tego dziecka urodzić, i koleżanki jej powiedziały, że mój Tata przecież pracuje w aptece, więc na pewno wie, zna się, pewnie są jakieś środki czy sposoby…
Zosia nie potrafiła powiedzieć, w swojej nieporadności nie potrafiła uściślić, jak długo trwa jej stan, nie potrafiła określić, kiedy zaszła w ciążę… a ponieważ zawsze była pulchna, trudno było to ocenić nawet mniej więcej po wielkości jej brzuszka.
Tata próbował ją namówić na wizytę u zaprzyjaźnionego lekarza, zapewniał, że to tylko badanie, będzie darmowe, niech się więc nie martwi zapłatą – ale przynajmniej dowiemy się, jak sprawy stoją, jakie są możliwości.
Nie wiem, czy i ile z wyjaśnień Taty dotarło do Zosi… w pewnym momencie powodowana wstydem, a może poruszona wiedzą, która wreszcie do niej dotarła, wciąż płacząc wybiegła z gabinetu a Tacie niestety nie udało się jej zatrzymać.
Niedługo potem dotarła do niego wiadomość o śmierci Zosi – jakiś znajomy lekarz, pracujący w szpitalu, skojarzył jej personalia i opowiedział Tacie, co się stało.
Kilka dni po wizycie w aptece Zosia wyskoczyła przez okno swojego pokoju na 2 piętrze i choć pomoc zjawiła się szybko – nie udało się jej uratować.
Po tej opowieści Taty zszokowane sięgnęłyśmy do szafy, gdzie na dnie kuferka leżało jeszcze kilka listów od Zosi sprzed 3 czy 4 lat… patrzyłyśmy na jej równiutkie, dziecinne pismo i na nagłówki, nieodmiennie „Kochana Asiu i Martusiu!” i nie mogłyśmy uwierzyć, że życie ich autorki potoczyło się tak strasznie i bez sensu… listy te, niestety, zaginęły, razem z mnóstwem innych, wartościowych rzeczy, kiedy po śmierci Mamy rozgrabili je „uczynni” sąsiedzi….

Jednak nie wszystkie historie związane z „pannami służącymi” były aż tak dramatyczne
Pamiętam, jak jedna z dziewczyn zaczęła dziwnie się zachowywać. Jej codzienne zakupy przedłużały się do paru godzin, a domownikom zdarzało się zastać uchylone drzwi na korytarz, prowadzący na klatkę schodową – a dziewczyny nigdzie nie było.. pojawiała się później cała w rumieńcach tłumacząc swoją nieobecność wizytą w toalecie, choć tam przecież sprawdzaliśmy w pierwszym rzędzie. Nie przywiązywaliśmy do tych zdarzeń większej wagi, jedynie babcia narzekała, że panny nigdy nie ma, kiedy się jej potrzebuje a tata zrzędził na te otwarte drzwi, że zimno leci…
Kiedy jednak doszło do tego, że jakiegoś wieczora dziewczyna zniknęła na dobre 2 godziny i po powrocie nie chciała ani słowem zdradzić, gdzie była i po co – po solidnej przemowie na temat niebezpieczeństw, czyhających na młode dziewczyny nocą, rodzice przez parę dni z rzędu zamykali drzwi wejściowe na klucz, który zabierali ze sobą do sypialni.
Ale to jej nie przeszkodziło, bo niedługo potem, wczesnym rankiem, mama odkryła nieobecność dziewczyny i jej walizki.
Drzwi wejściowe nadal były zamknięte na klucz – więc zapewne spytacie, jak to możliwe.
Wytłumaczenie jest proste, jeśli się zna specyficzną koncepcję architektoniczną mojej kamienicy.
Wzdłuż dość długiej ściany, przylegającej do wewnętrznego podwórka, ciągnął się balkon. Wejście nań było jedno, z mieszkania na końcu tego długiego balkonu, jednak okno z naszej kuchni wychodziło na jego drugi koniec. Wystarczyło więc wspiąć się na mały zydelek, który właśnie po to się pod kuchennym oknem znajdował, hop przez parapet i już było się na tym balkonie.
Pamiętam, że mama często wykorzystywała tę drogę, żeby posiedzieć sobie na balkonie, powygrzewać się w popołudniowym słońcu i poplotkować z sąsiadką.
Ta panna wyszła tam w innym celu: wykorzystała fakt, że z balkonu wychodzą okna na klatkę schodową. Było tam naprawdę wysoko, w 19wiecznej kamienicy mieszkania miały po 4 metry i skok z tej wysokości musiał być naprawdę niebezpieczny, ale dziewczyna z pewnością wybrała tę właśnie drogę – tego ranka bowiem jedno z okien było otwarte.
Zadawaliśmy sobie jednak pytanie – po jaką cholerę dziewczyna zadała sobie tyle trudu, wyłaziła z kuchni przez okno po ciemku i naraziła się na następstwa upadku z poważnej wysokości, skoro mogła zupełnie spokojnie nie wrócić z zakupów? Więcej nawet – mogła najspokojniej w świecie zrezygnować z „posady”, pewnie jeszcze dostała by wypłatę za odpracowaną część miesiąca i jakiś mniej lub bardziej symboliczny podarunek na odchodne, bo tak było w naszym domu w zwyczaju.
Po co więc cała ta spektakularna ucieczka nocą, ta drama, ta oprawa jak ze starego kryminału?
Nigdy się tego nie dowiedzieliśmy.

Ostatnia ze służących miała na imię Beata, już to odróżniało ją zdecydowanie od wszystkich poprzednich i było świadectwem nieodwracalnych zmian, także w moim domu.
Różnica polegała także i na tym, że była w naszym i siostry wieku lub nawet młodsza i nie oznacza to oczywiście, że rodzice zatrudnili jakąś smarkulę, ale że z biegiem czasu nasz wiek i wiek kolejnych dziewczyn się wyrównał.
Co prawda także przyjechała z podtarnowskiej wsi, była uczennicą którejś z zawodówek i jak jej poprzedniczki nocowała na łóżku polowym w kuchni – ale tu kończyły się wszelkie podobieństwa do wcześniejszych służących/niań czy gospoś. Wystarczyło na nią popatrzeć – najczęściej nosiła tiszert i dżinsy i były to najprawdziwsze Rifle czy Wranglery a nie jakieś polskie, teksasowe podróbki.
Nam z siostrą udało się kupić takie cudo nieco później, chyba nawet z jej powodu (czytaj – z powodu naszej zazdrości), jej było łatwiej – jej wujek wyjechał „do Ameryki jak się wtedy zwykło mówić i często przysyłał jej różne prezenty, wywołujące zachwyt i zazdrość, także i naszą.
Pamiętam dokładnie te Rifle, na które rodzice w końcu wysupłali, o ile pamiętam, koło 11 dolarów, pamiętam też, jak duża była to wtedy kwota… dolary kupowało się nielegalnie od tzw koników, ryzykując zatrzymanie przez Milicję, z tymi dolcami szło się do Pewexu, a dżinsy należało potem wyprać kilka razy z rzędu, żeby straciły blaszaną sztywność i nabrały pożądanej „patyny” w postaci przetarć.
Matko, jak pomyślę o tych dzisiejszych gotowcach z przetarciami, gotowymi dziurami i postrzępieniami, ech… Beata śmiała się z tych naszych, świeżo ze sklepu, pokpiwała, czy to aby nie jakieś polskie fałszywki, ale chętnie udzielała rad i pomagała, trąc je pumeksem, oczywiście wszystko w głębokiej konspiracji przed „państwem”.
Pamiętam też, że „natychnięta” rozmowami ze mną i siostrą napisała do wujka list z prośbą o płytę wychwalanego przez nas Deep Purple i nie trzeba było długo czekać, żeby po którymś wyjeździe do domu zjawiła się z „Deep Purple in Rock” w ręce i z pytaniem, czy mamy adapter. I tak, na naszym „wypasionym” Bambino 2 we trójkę słuchałyśmy „Child in time” wyjąc niemiłosiernie to „aaa aaa aaaa” w refrenie.
Wszystko to było dosyć kosmiczne i wyraźnie zapowiadało koniec pewnej epoki, koniec epoki służących w naszym domu.

Z upływem lat coraz mocniej widzę, że w historiach tych dziewczyn i kobiet, w ich życiorysach, zapisał się kawał historii kraju, historii pewnych społecznych zjawisk, także nieuchronnych zmian. Widzę też jednak, że niektóre sprawy, mimo tego upływu czasu – pozostały takie same, problemy wciąż żywe, nierozwiązane.

Reklamy