Tagi

Pewnie to objaw, typowy dla mojego starczego wieku, ale coraz częściej organizuję sobie wycieczki w przeszłość.
Nie obawiajcie się, nie oznacza to bynajmniej, że analizuję swoje miłości z nastoletnich lat i szlocham nad pamiętnikiem, gdzież, aż gdzież podziała się tamta dziewczyna   😛
Nic z tych rzeczy.
Wracam jedynie do książek, które zachwyciły mnie 40 lat temu, i do filmów, które wstrząsnęły mną nieco później.
Dlaczego wczoraj zdecydowałam się akurat na „Łowcę jeleni” (The Deer Hunter) z 1978 roku – nie potrafię wyjaśnić dokładnie, po prostu myśl o tym filmie wyświetliła mi się w głowie, wraz z pewnością, że nadszedł nań odpowiedni czas, i tyle.
Pamiętam doskonale okoliczności, w których oglądałam film po raz pierwszy.
Było to w połowie lat 80tych zeszłego wieku, czyli, o ile dobrze pamiętam w telewizji 2 programy, tam filmy radzieckie, czasem włoskie czy angielskie komedie, nie wdając się w szczegóły – ogrom filmów pozostawał dla polskiego widza kompletnie niedostępny. I mówimy tu o najważniejszych dziełach filmowych, o obrazach, kamieniach milowych w historii kina.
Krótko po przyjściu na świat mojego syna radośnie zakumplowałam się z grupą osób płci obojga, którzy spędzali czas ze swoimi pociechami w pobliskim parku.
Niemowlaki spały grzecznie w głębokich wózkach, a my, rodzice, zacieśnialiśmy więzy przyjaźni.
Za dnia, gdy pogoda nie sprzyjała spacerom – spotykaliśmy się w domach to jednych to drugich wraz z naszymi maluchami, a wieczorami – już bez nich.
Szybko bowiem okazało się, że znajomy znajomego posiada ustrojstwo, zwane magnetowidem, a dwoje z nas (w tym także i ja, co stwierdzam z dumą) telewizor do odbioru kolorowej wersji tv, o odpowiednich parametrach. Tak więc, raz u mnie w domu, raz u znajomych 2 przystanki dalej, odbywały się regularne, wieczorne seanse filmowe, za symboliczną opłatą, którą inkasował od każdego widza właściciel tego wypasionego sprzętu. Posiadał też listę spiraconych rzecz jasna filmów na kasetach video (jak nie wiecie, jak to wygląda i czym się je – to se wygooglujcie :P) i po każdym seansie w drodze demokratycznego głosowania wybieraliśmy pozycję na seans następny. Szybko się okazało, że trzeba zorganizować sprawę na sposób „raz wybierają dziewczyny, raz chłopaki” w przeciwnym razie mogłoby się okazać, że zobaczę wszystkie filmy z Brucem Lee i z Rambo, na zmianę z Terminatorami, Gwiezdnymi Wojnami itp. Znaczy – zobaczyłam je oczywiście, wszystkie, i nie żałuję absolutnie, ale na zmianę z „Przeminęło z wiatrem” i innymi rewelacyjnymi filmami, bardziej dla dziewczynek   😉
Tak więc co paręnaście dni pożyczałam krzesła od sąsiadów, albo rozkładałam na podłodze jednego z pokojów poduszki, i wraz z parunastoma innymi widzami, podniecona i wzruszona, celebrowałam spotkanie z kulturą wysoką. Z wrodzonej uprzejmości przemilczę fakt, że spotkanie owo ogromnie utrudniała fatalna jakość kaset, pamiętam, że kopia „Rambo”, zdaje się nr 2, była tak ciemna i zamazana, że mrożące krew sceny nocnego skradania się w dżungli okazały się kwadransami kompletnie czarnego ekranu telewizora, od czasu do czasu urozmaiconymi jakimiś okrzykami i strzałami.
Wyobrażacie sobie te emocje?   😛
Nikt nic nie widział i nie wiedział, co dokładnie się dzieje, ale gapiliśmy się w tę nieprzeniknioną czerń jak zahipnotyzowani.
Później w moim domu pojawił się już własny magnetowid, kasety zdobywało się i wymieniało na jednym z krakowskich bazarków, co też rodziło nieoczekiwane emocje, bo o sprawdzeniu towaru na miejscu nie było mowy i często film, opisany jako amerykański kryminał okazywał się amatorskim nagraniem jakiejś rodzinnej imprezy. Zawsze należało też dokładnie obczaić w domu, czy disneyowskie kreskówki dla dzieci nie będą poprzerywane wstawkami – zupełnie nie dla dzieci. Potem nastała epoka wypożyczalni kaset, postęp techniki dokonywał się na moich oczach – ale nie o tym chciałam.
„Łowca jeleni” był w programie jednej z pierwszych projekcji, nasz kumpel, Andrzej, człowiek bywały i filmowo zorientowany, polecał nam go bardzo gorąco, jemu też zresztą zawdzięczam swoją miłość do filmów o Terminatorze,  do sf i wojennych, i wielu, wielu innych…
Techniczna jakość kopii, z jaką przyszło się nam zmierzyć na naszym prywatnym seansie i tym razem daleka była od doskonałości, ale i tak film mnie zachwycił. Więcej – zwalił mnie z nóg. Antywojenny przekaz, tak czytelny i przekonujący, że bardziej po prostu się nie da… cudowna gra aktorska, z zachwycającą Meryl Streep i De Niro na czele… fantastycznie pokazane postacie i relacje między nimi w dramatycznej opowieści o przyjaźni… powalające krajobrazy… elementy prawosławnego obrządku i specyficznego folkloru w przecudnych początkowych scenach weselnych… genialna muzyka Stanleya Myersa z ponadczasowym tematem „Cavatina”

Plus wstrząsająca realność scen z Wietnamu, realność wręcz dokumentalna i jak dokument działająca na wyobraźnię.

I wczoraj, po trzydziestu ponad latach, już dużo lepsza technicznie wersja filmu przekonała mnie – że moja ocena i wrażenia nie zmieniły się ani trochę.
Dostrzegłam jedynie więcej szczegółów i niuansów – nie tylko dlatego, że jakość obrazu była lepsza   😉
Dziś pewnie wrócę do nowego sezonu „Sense8”, ale później znów zanurzę się w przeszłość.
Jeszcze nie wiem – może tym razem filmowy maraton z „Terminatorem?” A może z „Obcym”? A może coś z zupełnie innej beczki – „Stalowe magnolie”? „Piknik pod Wiszącą Skałą”?
Jeszcze nie wiem.

 

 

PS. Niniejszą opowieść dedykuję wszystkim współoglądającym sprzed 30 lat: Eli i Andrzejowi, Marysi i Jaśkowi, Ewie i Jurkowi, Ance i Piotrowi, Januszowi i Gośce, Tadkowi i wszystkim, których imion już nie pamiętam.

Reklamy