Tagi

Kolekcjonowanie porcelany to pasja pełna niespodzianek i przygód, w większości radosnych.
Zdarza się jednak, że przy okazji tej przygody ujawnia się mój prawdziwy charakter, pokazuję swoją prawdziwą twarz, mianowicie twarz zimnej, wyrachowanej suki.

😛
Dokładnie to ujawniła jedna z ostatnich moich transakcji na allegro.
Otóż – było tak:
Podczas codziennego skrollowania stron w dziale antycznej porcelany zatrzymałam wzrok na jednej z ofert.
Moje zainteresowanie, czy może czujność, wzbudziły dwie rzeczy: po pierwsze – zdjęcie.
Filiżanka na fotce miała ciekawą formę i wzór, ale najbardziej wstrząsnął mną jej kolor: misterne, złocone wzory i symetrycznie umieszczone złote kropki znajdowały się na pomarańczowym tle.
Albo może bardziej – jasno-czerwonym.
Prawdziwie oczojebnym.
Łooooo, powiedziało coś we mnie, ale zajebisty kolor, wow.
Ale jeśli ten kolor wraz z wzorem i formą mną wstrząsnął, to autorski opis sprzedającego sprawił, że oczy wypadły mi z szypułek.
Głosił on drukowanymi literami, że muzealny okaz, że unikat, że 19 wiek – i z tym wszystkim mogłam się zgodzić nawet nie oglądając zbliżeń.
Ale w sprawie manufaktury, pochodzenia tego cuda, przeczytałam, ni mniej ni więcej, że:

ŚLĄSK KPM FAS.

I to zdecydowanie najbardziej przyciągnęło moją uwagę, mówiąc delikatnie.
A dokładnie – to mało nie spadłam z fotela.
Śląsk KPM, no dobra. choć to dość dziwny jak dla mnie zlepek, ale co robi tam ten trzyliterowy skrót FAS?
Jak wiemy, albo jak podpowiada google/dowolna stronka z sygnaturami – skrót ten tyczy zupełnie innej manufaktury, nie mającej ze Śląskiem, ani z Polską nic wspólnego, raczej.
Więc ani Śląsk FAS, ani KPM FAS, boziu, o co tu chodzi?
Rzucam się więc oglądać galerię zdjęć w ofercie, tu znowu czytam, że śląski FAS i już wiem, moje przypuszczenia zostały potwierdzone.

Ja pierdolę, toż to stareńki Schumann, Berlin-Moabit, czyli lata 1852-64, rzadkość na allegro i nie tylko, no ja nie mogę!!!!!

 

Dodajmy, że cena była dopasowana raczej do tego błędnego opisu, tak więc za parędziesiąt złotych (z wysyłką!) rach ciach – i to cudeńko moje.
Kiedy dotarło, rozpakowywałam paczuszkę z większym niż zwykle drżeniem rąk i kolan – bo jakby co, nie daj Boże, tfu tfu, to może dostałabym zwrot kasy, ale pewnie nigdy nie kupiłabym już sobie filiżanki SPM, nie w takiej cenie.

 

 

 

 

 

 

Odniosłam wrażenie, że talerzyk jest dobrany, bo ciut ciemniejszy i ma wąski, czarny brzeg, ale co tam, bezczelnością byłoby wyrzucać to sprzedającemu, który sprzedał mi 170letnią śliczność w zupełnie dobrym stanie za pół ceny   🙂
Przyznam się też, z odrobiną wstydu, że odrzuciłam (po namyśle, przysięgam) opcję wyprowadzenia go z błędu.
Wiem, jestem podła, ale może jeszcze kiedyś wystawi Wiadomo-Jakiego-Karolka jako współczesne no-name albo coś – i znowu na tym skorzystam   😛

Reklamy