Tagi

Wczoraj, na parę godzin przed świtem i tuż przed pójściem spać, otworzyłam fejsa, żeby podzielić się z Wami niezwykle istotną wiadomością.
Ale jak zaczęłam ją pisać, to dygresji przybywało i przybywało, wyszła więc z tego blogowa notka.
Zacznę od tej niezwykle istotnej wiadomości: otóż Pavel Nedved przestał być moim ideałem męskiej urody. Jego miejsce zajął Joaquin Phoenix, a stało się to po obejrzeniu przeze mnie świeżutkiej produkcji „Nigdy Cię tu nie było”. O matko, on tam jest taki męski i sexy i rozprawia się ze złem i w ogóle. I chodzi takim zmęczonym krokiem i spojrzenie ma takie, łomatko, przebija Cię nim na wylot… I czasami wygląda jak taki duży, powolny i ciepły misio, do którego chcesz się przytulić, a czasami ten misio zamienia się w groźnego grizzly, bezwzględnego i okrutnego. Do tego ostatniego też bym się zresztą przytulała 😛 I chyba muszę obejrzeć film jeszcze raz, z palcem na spacji, podczas zbliżeń, może nawet zrobię to zaraz teraz … i to wszystko, co piszę, świadczy dobitnie o tym, że wracam do żywych.
Wyglądam jak potwór, ciągle, ale trochę mniej.
Patrząc w dół już nie widzę swojego policzka, który jeszcze wczoraj tworzył malowniczą bułę tuż pod oczodołem.
Oznacza to, że opuchlizna nieco się zmniejszyła.
Piękny pandowy ciemno-bordowy pierścień wokół oka niemal zniknął, jednak pod dolną powieką, na brzegu oczodołu, w miejscu pokaźnego, krwawego bąbla utworzył się strup czy coś. I to najbardziej rzuca się w oczy, prócz tęczy na policzku: na górze czerwień przechodzi w żółć, niżej niebieski powoli zielenieje. Przy tych wyraźnych, kolorowych wzorach szrama pod skronią mniej rzuca się w oczy.
Za radą Kasi Darkness krwiaka smaruję żelem z arniką, opuchliznę – altacetem.
I staram się zachować spokój, bo jak wiecie – do cierpliwych nie należę.
Najbardziej wkurza mnie – że ominęły mnie 2 imprezy, a w sobotę pewnie ominie mnie i trzecia, bo jak z taką twarzą iść na panieński? Jasne, do soboty jeszcze parę dni, ale cudów bym się nie spodziewała. Najgorsze, że nie mogę ukryć lewej połowy twarzy pod fluidem – raz, że przy dotyku boli, nawet mycie czy nakładanie żelów jest bolesne, dwa, że puder w płynie może mocno przywrzeć do delikatnej błonki strupka i zmywając … aaaaaa nie chcę nawet myśleć  😀
Ciemne okulary też odpadają – pozbawiona okularów z trudem radzę sobie na schodach czy ulicy, po założeniu ciemnych szkieł nie zrobię kroku i tyle.
Rozważam więc hardkorową wyprawę na sushi – jedyny do ogarnięcia punkt programu panieńskiego wieczoru, podczas którego każdy będzie patrzył na surową rybę, nie na moją porozbijaną facjatę.
Tańce i hulanki w Dżezie raczej odpadają.
Poza tym nabrałam sporo lekcji, skoro już muszę siedzieć w domu – to niech będzie z tego jakiś pożytek.
I sukcesywnie, po kawałku, regał po regale i półka po półce, myję porcelanę – z tego samego powodu.
Oglądam filmy jak dzika, ale dziś mam ochotę na coś z Meg Ryan, czyli sięgam do puli filmów „ratunek przed mega-dołem”.
Ale nie, w końcu decyduję się na inne koło ratunkowe: „I kowbojki mogą marzyć” z 1993 z cudowną Umą Thurman.
Pomyśleć, że kiedyś utożsamiałam się z tą postacią, jeju… strasznie dużo się zmieniło, ja się zmieniłam, ale piszę to z nostalgią, nie żalem. I generalnie staram się trzymać głowę do góry, nawet patrząc w lustro.

Reklamy