Tagi

 

 

3 kobitki – moja siostra, jej „malutka” sunia Tuśka i pisząca te słowa   😀

 

Wyżej – z Najlepszym ze Szwagrów   ❤

 

2 poważne, starsze panie   😛   😛   😛

 

Młodszy siostrzeniec, kochany chłopak i najlepszy kierowca na świecie  

 

A więc – przeżyłam   😛
Udało mi się odważnie przetrwać moją wielkanocną wyprawę w dziewicze, górskie ostępy.
😛
Ci, co mnie znają, wiedzą w czym rzecz – jestem zwierzęciem miejskim, co to raczej gotyckie tiule i koronki, a noc na koncercie czy dansflorze przy Rammsteinie, Siostrzyczkach i Lacrimosie.
Więc choć tyle dzikiej przyrody na raz – to dla mnie szok, to jednak spacer po polach i lasach nazwałabym udanym.   😀

 

 

to wyżej to jeszcze nie jest buniorek, jakby kto pytał  :PPPPP

 

Kto dojrzy psa w galopie? Nie, ten z prawej to mój siostrzeniec   😀

 

 

 

 

16 stopni, miejscami ciężkie chmury, a miejscami słońce, tylko na mniej zalesionych pagórkach zwalający z nóg wicher.

 

 

 

 

bazie, czyli kotki  ❤

 

 

Zaraz, napisałam – spacer?
Raczej 2godzinna survivalowa wyprawa, ciężka, szalona wyrypa, od której do dziś mam zakwasy   😛

 

 

 

❤  ❤  ❤

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Martuuuś, jaka to góra, bo zapomniałam  😛

 

Na szczęście żadne robale mnie nie atakowały – poza psami, które upatrzyły sobie na mnie skakać i to najchętniej wtedy, gdy na maxa skupiałam się na tym, coby się nie pośliznąć na mokrych kamieniach i żeby mi się nie nalało do ekskluzywnych niebieskich gumiaczków, łaskawie użyczonych przez moją kochaną siostrę…. gdy z przerażonym „nieeee no, bez jaj… ja mam tędy przejść?” pokonywałam jakiś strumyk, nazywany przez Najlepszego Ze Szwagrów „buniorkiem” , kompletnie nie wiem czemu… 😀
Albo wtedy, gdy oba zwierzaki ubłociły się po same uszy  😀

 

 

Za moment nastąpi atak, z bronią w pysku   😀

 

 

 

 

 

a oto buniorek, w całej swej doskonałości    🙂

 

nieeeeeee no, bez jaj… JA mam tędy przejść?    😛

 

 

 

 

 

wiosna, wiosna, znalazłam wiosnę !!!!!   😀

 

a moja siostrzyczka znalazła „zajęczą kapustę”  🙂

 

 

i wszyscy w komplecie 😀

 

 

kolejny buniorek, chyba…   🙂

 

to drzewo projektował jakiś zdolny plastyk 😉

 

 

Padać na dobre zaczęło dopiero wtedy, gdy zebrałyśmy się obejrzeć najbliższą okolicę, ten deszcz dodał nostalgii i melancholii spostrzeżeniu, że wszystkie miejsca, które pamiętałam, strasznie się zmieniły…  wiem, że przedwiośnie, zieloność jeszcze mizerna plus ten deszcz, że przecież fajne sklepy, dużo nowej infrastruktury – ale kamienne brzegi rzeki Raby wydały mi się jakiś takie bezosobowe i smutne…

 

 

i gdzie uroczy, gibający się drewniany mostek, z którego w dzieciństwie, z liczną reprezentacją kuzynostwa w podobnym wieku łowiliśmy ryby metodą „na słoik”?

Cyknęłam trochę fotek w biegu, bo deszcz przybierał na sile…

 

 

Łukasz, to niżej to speszyl for ju, dowód, że byłam w Rabie   😛

 

 

Wieczorem odbyła się zwyczajowa świąteczna rundka pokera, tradycja tego domu i tu wszystkich zaskoczyłam, bo okazało się, że można wysoko licytować nie mając w karcie dosłownie nic   😛
Tym się różnię od siostry – jej syn bezbłędnie odgadywał po każdym rozdaniu, co miała w karcie, wnioskując z jej licytacji i obstawiania, ja byłam kompletnie nieprzewidywalna   P
Zapowiadam się więc na super-pokerzystę   😀

 

Na odjezdnym szwagier wsunął mi do plecaka butelkę Dębowego, na drogę, hehe, a siostra słoik domowej sałatki, dopytując się, czy aby na pewno mam pełną lodówkę na Święta, bo jakby coś, to ona zaraz natychmiast i że to nie problem ❤
A droga z powrotem to jaja (nie wielkanocne) i hardkor, ponieważ uległam namowom troskliwego szwagra, żeby na wszelki wypadek spróbować z wcześniejszym busem, no bo jakby ostatni nie pojechał, to jestem w czarnej dupie, oczywiście mam zapewniony nocleg itakietam, ale bez leków i choćby majtek na zmianę to jak dla mnie dosyć słabo.

No i ten wcześniejszy nie przyjechał, wcale, spędziliśmy upojne 3 kwadranse moknąc na przystanku, czekając na kolejny, ten ostatni…. kochane szwagrzysko dzielnie trwało obok i optymistycznie zapowiadało, że na bank nie przyjedzie, zobaczysz – nie przyjedzie, ja próbowałam łapać stopa w tej ulewie, ale chyba wszystkich dobrych ludzi gdzieś wywiało tego wieczora. Zastanawiałam się nawet nad wzięciem jakiejś szemranej ukraińskiej taksówki, o której opowiadał wcześniej mój siostrzeniec, jedyne 8 dych i jestem w domu, ale mój ulubiony szwagier uświadomił mi, że musiałabym zapłacić za jej przyjazd z Krk na ten cholerny wiadukt w Chabówce, co podwoiłoby koszty no i trza czekać z godzinę, jeśli w ogóle… wśród tych optymistycznych rozważań podjechał autobus nomen-omen Szwagropolu, witany naszymi łzami ulgi i wzruszenia..
Dziś mam zakwasy w każdym centymetrze mojego boskiego ciała, bolą mnie nawet mięśnie płatków usznych – ale fruwam ze szczęścia.

Trochę fotek „podwórka” i przyrody, budzącej się z zimowego snu… jeszcze chwila, a bramka zarośnie bluszczem i będzie wyglądać jak wejście do zaczarowanego ogrodu….

 

nie, to nie bramka, to mój siostrzeniec i jest zarośnięty całkiem wystarczająco  😀

 

 

 

 

 

O, o tej bramce pisałam   🙂

 

 

I jeszcze wspomnienie naszego wielkosobotniego obiadu   🙂

 

 

ta panienka tylko zagląda tęsknie na stół…   😀

 

a na jutro Pani Domu upiekła kaczkę 🙂

 

Martuś – dzięki ogromniaste!!!! Za ten wspólny dzień, za wszystko ❤  ❤  ❤

 

 

Reklamy