Tagi

Ten jakże zajebisty dzień zaczął się u mnie już poprzedzającej go nocy, a dokładnie o piątej środowego poranka.
To pora, kiedy zazwyczaj kładę się spać i nie inaczej pragnęłam zrobić wtedy, no bo film obejrzany, piwko wyżłopane, komp wyłączony, podusia i kołderka kuszą…
ale wchodzę do łazienki – i tu zaczyna się armagedon, może nawet ARMAGEDON.
Już zbliżając się do drzwi usłyszałam szum i plusk, potem jeden rzut oka starczył, żeby ogarnąć, że z 80litrowego elektrycznego bojlera sika strumień wody, w zasadzie to z jego dna tryska coś na kształt Niagary i ta szalona ściana wody zdążyła już wypełnić podręczną fioletową miedniczkę umieszczoną na kafelkowej półce pod zbiornikiem.
Weszłam dosłownie w ostatnim momencie, za moment woda zaczęłaby z niej wypływać i zalała by sąsiadów z dołu.
Pierwsza myśl – lecieć do exa, budzić, ratuj chłopie, ale druga myśl studzi – taka pobudka o piątej rano raczej go nie uszczęśliwi.
Ok, myśl kobieto, myśl.
Myślę więc.
Wyjmuję wtyczkę z kontaktu, zakręcam kurek doprowadzający wodę do zbiornika, a odkręcam ten od gorącej wody w baterii, coby umożliwić opróżnianie zbiornika.
Błyskawicznie wymieniam pełną miedniczkę na pusty garnek, największy jaki mam w domu; jak się wypełni – zamieniam na miedniczkę… i taką wartę pełnię ponad godzinę, chyba.
Kiedy woda z bojlera już ledwo pokapuje postanawiam położyć się spać, ale i tak stres nie pozwala mi zasnąć, póki nie zrobi się jasno.
Po paru godzinach marnego snu zaczynam działać.
Szukam hydraulika, ale nie na ślepo, po moich doświadczeniach z fachowcami (którzy, przykładowo, rezerwuar do kibelka montowali przez tydzień, w 4 podejściach, z naprawą przeróżnych mniejszych lub większych usterek po drodze, włącznie z wymianą całego rezerwuaru na inny) wolę dmuchać na zimne.
Sprawdzam w necie ceny i rodzaje bojlerów elektrycznych, w międzyczasie normalnie prowadzę zajęcia z uczniami – i tu uśmiecha się do mnie los, okazuje się, że sąsiad mojej uczennicy jest hydraulikiem, podobno solidnym i niedrogim, więc dziewczyna sms-uje do mamy po namiary, ta odpisuje, mam… Dzwonię, umawiam się, pan będzie jutro, zaraz jak wstanę.
Karolinko, jeśli Pan okaże się tak solidny, jak wynikało z rozmowy – to chyba Cię uściskam. ❤
Ale dzieje się dalej, organizuję kupno nowego elektrycznego sprzętu grzejącego wodę, jedziemy z exem, do jednego sklepu, do drugiego, wybieramy, kupujemy, przywozimy.
Są jeszcze typowe zakupowe jazdy, Pan nie pomoże bo jest z innego działu, a właściwy w tym dziale jest akurat na kiblach, a w Castoramie ruch, jakby nagle pół Krakowa remontowało łazienki, normalka.
Jeszcze zaliczamy przygody z wniesieniem ogromniastego pudła moją wąską klatką schodową z bardzo stromymi schodami, do tego trza dwóch chłopa, moje dziecko akurat uszkodziło sobie ścięgno Achillesa i ledwo łazi, ale od czego się ma kochanych sąsiadów?
Jest 21, wreszcie jem obiad, biorę prysznic u zaprzyjaźnionej sąsiadki i w końcu odpakowuję paczkę z 2 dzbanuszkami, które nadeszły rano.
I zapomniałabym – w międzyczasie, gdzieś pomiędzy lekcjami a Castoramą, przy pomocy 2 smsów i jednej minutowej rozmowy udaje mi się dogadać szczegóły wspólnego wyjazdu do Raby z moim młodszym siostrzeńcem.
Ufff, wreszcie jakiś pozytyw, zabierze mnie po drodze jadąc na Święta, w sobotę o 13, czyli luzik i bez dzikich pobudek, więc jadę, wreszcie jadę do Raby, jesu, ależ się cieszę   🙂
Oczywiście zostało jeszcze mnóstwo niewiadomych, jak choćby mój powrót, nad którym nie miałam na razie czasu pomyśleć, zakupy – bo chciałabym przywieźć tam wór prezentów, no i problem, jak się ubiorę, bo moje gotyckie falbanki i koronki nie sprawdzą się raczej w warunkach polowych 😉
Spędzają mi też sen z oczu wężyki zasilające, takie do bojlera, bo kupiliśmy jakby trochę inne, zupełnie nie wiem czemu, wszystko niby się w opisie zgadza, 40 cm długości, pól cala na pół cala, czy coś – a są węższe i ta nakrętka na końcu też mniejsza. Może uda się użyć tych dotychczasowych, a z nowych wykonam jakąś artystyczną instalację, albo wianek, jeszcze nie wiem.
Najważniejsze, że udało mi się przeżyć tę środę, ten kurewski dzień, dałam radę.
Pominę milczeniem fakt, że wieczorem, totalnie wykończona, potrąciłam otwartą puszkę z ukochanym Belfastem, a ten w pół sekundy zalał tackę, ladę w kuchni i podłogę.

Z ostatniej chwili:
Bojler wisi, grzeje wodę, wygląda na to, że jest git.
No i w życiu nie widziałam, żeby jakiś hydraulik tak po sobie sprzątał, zbierał śmieci do najmniejszego paprocha, wycierał do czysta i sucha.
I sam zaproponował, że zabierze to ogromne pudło i stary zbiornik też, ma po drodze śmietnik na takie gabaryty, to pomoże, wyrzuci.
Jaja – nie?
I dopiero po jego wyjściu zauważyłam, że mi wyregulował zawór, z którego od zawsze kapie. W rozmowie gdzieś napomknęłam, że kapie, potem zajęłam się czymś innym, a teraz patrzę – nie kapie.
Mało tego, przerabiam już któryś z rzędu bojler (to ustrojstwo wytrzymuje przeciętnie 6-7 lat, potem zaczyna przeciekać i trza kupić nowy, ten dał radę przez lat 15, to absolutny rekord i dlatego szukałam produktu tej samej firmy) i ani razu nie zdarzyło się, by hydraulik pomyślał o zarówno bezpiecznym jak i estetycznym położeniu kabla zasilającego i gniazdka przedłużacza.
Ten pomyślał.
Przeprowadził je tak, żeby nie były widoczne, nie zwisały nad wanną z groźbą zachlapania, umocował je trwale i po prostu ładnie.
Jaja do kwadratu.
To, że pojawił się punktualnie, skasował mniej, niż zapowiadał – to już w ogóle.
Ok, jakby co, to za drobną opłatą służę namiarami.

Karolina – po prostu Cię uwielbiam ❤

No i jak widać w czwartek nie jest już tak chujowo 🙂

 

PS. Wężyki okazały się ok.  😀

 

Reklamy