Tagi

Gdyby ktoś powiedział mi, że wśród naczyń kuchennych do codziennego użytku, wśród talerzy i kubków w moim kredensie schował się, niezauważony, jakiś stuletni lub nawet starszy przedmiot – pewnie bym go wyśmiała.
Jasne, można znaleźć tam i Wawel z lat 60tych i leciutko obite talerze Brosa czy moje ukochane burgenlandy i valerie V&B we wszystkich możliwych kolorach…. ale raczej nic starszego ode mnie, że się tak obrazowo wyrażę. Gdybym miała użyć jakiegoś przedwojennego, na przykład, cudeńka – to chyba zadrżała by mi ręka, a podczas jedzenia z takiego staruszka mogłabym się udławić z przejęcia.
Więc niby jak wśród tych codziennych miałby zaplątać się jakiś 19-wieczye być może skarb?
Leżeć sobie tam spokojnie, położony moją ręką….
Żebym na dodatek zrobiła to nie zdając sobie sprawy z jego wieku i wartości…
No jak to?
Nie tknęło by mnie na widok formy, wzoru, krakelury? Nie sprawdziłabym wyraźnej jak byk (czy może pół byka, co wyjaśnię później) sygnatury? Nawet nie przyjrzałabym się jej w ogóle?
JA?

Nie, w to nie uwierzyłabym nigdy.
W życiu bym nie uwierzyła.
W życiu, czyli tak dokładnie do 1:30 z soboty na niedzielę 4 marca.
Bo akurat wtedy postanowiłam zrobić trochę porządków w kuchennym kredensie. (środek nocy to przecież na to najlepsza pora, prawda?)
Nazbierało mi się talerzy trochę ponad miarę, szafka przestała się domykać i już poprzedniej nocy przed zaśnięciem zaplanowałam sobie, czego muszę się pozbyć.
Zostało mi z dawnych lat trochę Biedronkowego fajansu, który trzymałam z sentymentu dla kobaltowego koloru, ale uświadomiłam sobie, że żadnej z topornych miseczek czy filiżanek nie użyłam przez ostatnie kilka lat – odkąd odkryłam w sobie porcelanowa pasję.
No i sobotniej nocy, wyjmując ten fajans i układając na nowo pozostałe rzeczy, wzięłam do ręki ogromny półmisek, z racji swej wielkości od zawsze na spodzie okazałej piramidki.
Doskonale pamiętam, jak do mnie trafił.
Było to na samym początku mojego porcelanowego zbieractwa, moje porcelanowej pasji i jak się wkrótce okazało – porcelanowego szaleństwa.
Czyli jakieś 2 lata temu 🙂
Jednak wtedy szaleństwa nikt by nie przewidział 🙂
Czy może prawie nikt, ktoś, kto zna mnie wystarczająco dobrze wie doskonale, jak szybko następuje u mnie eskalacja pragnień, żądz i w zasadzie wszystkiego 😀
Coś, co na początku wydaje się niewinną i rzadką rozrywką szybko urasta do pochłaniającego czas, pieniądze i myśli nałogu.
Przeczytajcie zresztą sami:

https://drzoanna.wordpress.com/2016/06/29/odbior-osobisty-czyli-przypadki-chodza-po-ludziach/
Moje żarciki zamieszczone w linkowanym tekście można by uznać za zapowiedź porcelanozy, za wczesny sygnał tego, jak się ona rozwinie i jak zmieni moje życie.
Jednak zanim się rozwinęła – moja wiedza w temacie było zerowa.
A że trafiłam na porcelanowe grupy na fb znacznie, znacznie później, to jedynym źródłem informacji był dla mnie internet.
Grzebałam więc w nim zupełnie na ślepo, popełniając oczywiście dziesiątki omyłek i ucząc się (mam nadzieję) na tych błędach.
Ze wstydem przyznaję, że szukając na allegro swoich pierwszych cebulaków totalnie olewałam informacje o manufakturach, sygnowaniu i czasie powstania, wkurzało mnie wręcz, że sprzedający zamieszczają tyle niepotrzebnego tekstu, kiedy mnie wystarczały zdjęcia i opis stanu przedmiotu.
Jak pomyślę, jak wiele się w tym względzie zmieniło, jak teraz marudzę i tupię z powodu braku tych informacji właśnie, jak podle podśmiewam się z pomyłek wystawców w datowaniu czy odczytywaniu sygnowania, jak puszę się, kiedy uda mi się ich na podobnych pomyłkach przyłapać… a przecież ledwo 2 lata temu byłam jak John Snow, a nawet bardziej  😉
Pamiętam więc moje pierwsze „odbiory osobiste” u Pani Iwony, ona była moją pierwszym przewodnikiem w świecie porcelany, w świecie sygnatur, manufaktur, form i wzorów.
Każdorazowo, odbierając zakupy, zamieniałam się w słuch i tylko od czasu do czasu ośmielałam się zapytać o ten czy inny przedmiot, rozglądając się w zachwycie po obszernym pomieszczeniu po sufit wypełnionym porcelaną i fajansem.
Kupowałam więc u Pani Iwony często i namiętnie, no i z tego zapewne powodu (i pewnie też dlatego, iż że jestem najsuper zajebista  😛  ) za każdym razem załapywałam się na jakieś niespodziankowe gratisy.
Czasem zauważałam je dopiero w domu, rozpakowując ogromne pudło, zwane „bananem” (takie z marketu, przewożone w nim są właśnie banany i ma super uchwyty do noszenia)
A czasem Pani Iwona już podczas pakowania rzucała jakąś drobną uwagą na temat prezentu.
Tak właśnie było z półmiskiem.
Miał sporo brązowych przebarwień, więc już podczas zawijania w warstwy gazet i umieszczania w „bananie” dostałam szczegółowe instrukcje na temat ich usuwania przy pomocy płynu Ace.
Pani Iwona wspomniała też mimochodem, że stary i ma ładny ciemnoniebieski kwiatowy wzór no i generalnie czy go chcę 🙂
Przytaknęłam z radością no i przyznaję, że później więcej uwagi poświęciłam usuwaniu tych plam niż samemu półmiskowi.
Mówię to ze wstydem – na sygnaturę nawet nie spojrzałam..
Plamy pięknie zeszły, półmisek powędrował do kredensu i… wzięłam go do ręki dopiero kilka dni temu.
Wzięłam do rąk – i spojrzałam zupełnie innymi oczami.
Kompletnie innymi.
Bo byłam już inną osobą, z zupełnie inną „porcelanową” wiedzą i wyczuciem, no i ta wiedza i wyczucie spowodowały, że niemal podskoczyłam.
Ale jaja, mam taki półmisek?


Nie, żebym zapomniała, że mam, ale, że on TAK wygląda 🙂


Czułam się, jakby z oczu spadły mi łuski czy coś, wytrzeszczałam je więc na półmisek, który leżał sobie spokojnie przez te 2 lata w moim kredensie…


Jak już się nasyciłam formą, reliefami, słodkim kwiatuszkowym wzorem – to go odwróciłam i spojrzałam na sygnaturę, czy raczej jej połowę, bo wygląda, jakby reszta się nie odbiła, ale nie stanowiło to większego problemu.

 

Po mniej niż kwadransie już wiedziałam:

Bonn, Franz Anton Mehlem (1836 – 1920)

http://s24.porcelainzone.com/index.php?opcja=SYGNATURY&kraj=1&region=11&miasto=189

 

No nieźle.
No, kurna, nieźle.

 

Reklamy