Tagi

Moim życiem rządzą przypadki.
A może inaczej, może to niewidzialna ręka losu czy przeznaczenia popycha mnie nieustannie, nieświadomą, ku ludziom, sytuacjom czy miejscom… uparcie i nieuchronnie prowadzi mnie wprost w ramiona przygód i zdarzeń, które wywierają wpływ na moje życie, zmieniają jego bieg, nadają znaczenie nowym wartościom.
Wczorajsza noc była na to kolejnym dowodem.
Na cowtorkowe Walk in Silence wybrałam się w zasadzie tylko dla Eleny.
Byłam wykończona pracą, niewyspana i przemarznięta i bardziej tęskniłam za gorącym prysznicem, kołderką i dobranockowym filmem – niż za zimnymi muzycznymi brzmieniami, tańcami czy rozmowami ze znajomymi.
Obiecałam jednak Elenie, że przyjdę, żeby jej towarzyszyć, do imprezy przekonać i namówić na spróbowanie tych romantycznych klimatów.
Elena się nie pojawiła, ale uradowała mnie obecność dawno nie widzianego Deitha i jeszcze dawniej nie widzianej Dolores.
Żeby się rozgrzać praktycznie nie schodziłam z parkietu, bardzo pomógł też grzany Steiger, dzięki dla baru!
I wszystko było jak zwykle, rozmowy ze stałymi bywalcami, poznawanie nowych ludzi, muzyczna jazda obowiązkowa i requesty.
No i wtedy się to wydarzyło.
Po tanecznych wygibasach odpoczywałam z piwem na małej sali, gdy z didżejki dobiegły mnie dźwięki tak cudne – że po prostu wyprułam na parkiet.
Nigdy tego utworu wcześniej nie słyszałam, ale wystarczyły pierwsze takty i wszystko inne wokół przestało się liczyć.
Nie wiem, czy istnieje piękniejsza muzyka, niż potężny, powolny, majestatyczny doom… nie wiem, czy jakieś inne brzmienia są w stanie przeniknąć z taką łatwością do mojego wnętrza… przejść przez skórę tak gładko, tak miękko, tak czule i tak boleśnie zarazem.
Nie wiem, czy istnieje inny ból, któremu poddam się tak chętnie, ku któremu otworzę ramiona, ufnie wyciągnę dłonie, obejmę i pozwolę się pochłonąć.
Nie wiem, czy jest jakaś inna śmierć, której powiem „TAK”, gdy nadejdzie, z łzami w oczach, łzami jednak nie rozpaczy – a zachwytu.
Nie wiem – w tamtym momencie tak czułam i tak samo czuję teraz, po raz któryś z rzędu przesłuchując płytę „EVST” z 2013 roku grupy Hamferð z Wysp Owczych (!)

Nie wiem też, jak mam dziękować Wiktorowi, który wczoraj poprosił Michała o utwór tytułowy.
Gdyby tego nie zrobił…
gdyby Michałowi nie udało się w ciemności rozczytać trudnej nazwy kapeli nabazgranej w pośpiechu…
gdybym utworu nie usłyszała, zajęta rozmową…
gdybym uległa zmęczeniu i tego wieczora została jednak w domu – wtedy pewnie o grupie Hamferð nie usłyszałabym nigdy i pewnie nigdy nie doświadczyłabym tej upojnej śmierci, tego wielokrotnego muzycznego orgazmu.
Dziś przez cały dzień z trudem udawało mi się skupić na zajęciach, mój mózg i serce wypełniała tęsknota za momentem, gdy z głośników znowu popłynie ta potężna i nostalgiczna zarazem fala dźwięków.
Liczyłam więc godziny i minuty do chwili, gdy całą przestrzeń wokół mnie wypełni „Evst”,  i zrobi to tyle razy, aż rozgrzane do białości YT odmówi współpracy i się zawiesi… potem przesłuchałam całą płytę, sięgnęłam po EPkę z 2010, potem po zupełnie nowiutkie wydawnictwo „Támsins likam” .
Gdybym więc miała odłożyć na bok emocje i rozłożyć muzykę Hamferð na czynniki pierwsze, to IMO jej najmocniejszą bronią jest typowa, doomowa harmonia, przepięknie budująca klimat.
Umiejętnie konstruowana ściana dźwięków.
Podniosła, majestatyczna atmosfera.
Ale to, co ją buduje, to główny atut kapeli, czyli wokal.
Jasne, jest i growl, growl musi być, cóż by to był za doom bez growlu, prawda?
Ale kiedy przechodzi w czysty wokal – to po prostu buty spadają.
No, kurde, dawno nie słyszałam w muzyce tego typu tak przecudnego, głębokiego, dźwięcznego głosu o czysto operowej barwie, pełnej dramatyzmu.
Co ja mówię – ten głos to esencja rozpaczy i bólu, skargi i desperacji.
Ten głos nie krzycząc krzyczy, krzyczy z bólu czy tęsknoty i robi to tak, że serce mi zamarza, pęka i rozsypuje się na milion lodowych kawałków.
Jeśli chcecie przeżyć coś podobnego, jeśli chcecie tego doświadczyć, jeśli nie boicie się śmierci wśród mgły i zawodzenia wichru –  posłuchajcie „Evst”. Może uda się wam przekonać mnie do albumu późniejszego, bo jak na razie nie jestem pewna, czy podoba mi się kierunek muzyczny, w którym grupa podąża.
Na koniec chciałabym podkreślić jedną rzecz, dla mnie bardzo istotną – chłopak(i) śpiewa(ją) po ichniemu, czyli po farersku, w języku, którym posługuje się ok jedynie 80 tys. ludzi, w tym nieco ponad połowa to mieszkańcy Wysp Owczych właśnie. Szacun i rispekt, że nie ulegli tendencji/modzie śpiewania po angielsku, że niby więcej ludzi ich zrozumie i tak trzeba.
Kocham wykonawców, którzy nie ulegają takiej presji. Dla mnie osobiście ten chrapliwie kosmiczny farerski stanowi idealne uzupełnienie doomowych brzmień Hamferð.