Tagi

Ostatnio, ze względu na moją sytuację finansową, ustaliliśmy z moim Cerberem, że przeglądam na allegro wyłącznie oferty zawierające słowo „dzbanek” lub „czajnik”
Tak więc parę dni temu mój wzrok padł na nieszczególną fotkę (poniżej) i tytuł oferty: „Dzbanek_ Czajnik_ Dekoracja ___TANIO!!!”

Licytacja zaczynała się od kwoty 13,50, postanowiłam więc obczaić co i jak.
Kolejne zdjęcia pokazywały uszkodzenie – solidne pęknięcie, masy i szkliwa, równocześnie sprzedający zapewniał, że czajnik nie przecieka.

 

Dobra, dobra, pomyślałam, herbaty w nim robić nie będę, w razie czego wzmocnię od środka klejem kropelką i zaczaiłam się na koniec licytacji.
Do samego końca nikt nie rzucił mi rękawicy, a przecież jedna z fotek pokazywała sygnaturę, doskonale rozpoznawalną, choć fota była totalnie nieostra.

Napisu obok rozczytać nie byłam w stanie – ale sygnatura wystarczyła mi zupełnie.
Tak się bowiem jakoś złożyło, że w swoich bogatych zbiorach nie mam ani jednego Ohmiaka, a tu się pcha w ręce jeden za śmieszne pieniądze i o oryginalnej dość formie.
Wygrałam licytację kwotą minimalną i już płacąc zorientowałam się, że sprzedająca mieszka w Krakowie, i to dosłownie rzut beretem.
Pani nie ustawiła jednak opcji odbioru osobistego, zapłaciłam więc grzecznie za list priorytetowy (14, 50) ale napisałam maila:

„Szanowna Pani, właśnie dokonałam zakupu na Pani aukcji. Wybrałam opcję przesyłki priorytetowej, ponieważ nie zauważyłam możliwości odbioru osobistego. Mieszkam jednak w Krakowie, w Podgórzu, miałabym niedaleko, dlatego pytam, czy taka opcja wchodziłaby w grę? Pracuję dosyć długo, ale przykładowo w poniedziałek kończę o 19, we wtorek pół godziny wcześniej. Czy jest szansa, żebyśmy to jakoś zgrały?”
Zdarzało mi się tak postępować w podobnych przypadkach i zazwyczaj udawało się nam ominąć te całe korowody z pakowaniem, zabezpieczaniem, wędrówkami na pocztę z jednej strony – i budzenie mnie przez kuriera w środku nocy z drugiej. Raz nawet, o czym z radością pisałam już na blogu, przemiła kobietka załatwiła mi ten odbiór osobisty osobiście targając wielką siatę z dzbankiem wprost do moich łapek, do domu. A w dzbanku – zwrot kasy za przesyłkę.
Tym razem nawet nie wspomniałam o zwrocie tych kosztów, tak szczerze to wolałam się przespacerować w dowolne miejsce wyznaczone przez sprzedającą, osobiście odebrać i przetransportować do domu cenną śliczność nawet dokładając do interesu to nieszczęsne kw, nieco wyższe od ceny dzbanka. Jakoś tak czułam przez skórę, że wysiłek, włożony w zabezpieczenie przesyłki czajnika może być wprost proporcjonalny do niskiej ceny, jaka padła w licytacji.
Dlatego zmartwiłam się, kiedy w odpowiedzi na mój mail przyszło suche zapewnienie, że odbiór osobisty nie jest możliwy, dzbanek będzie wysłany w poniedziałek, powinien nadejść we wtorek, kropka.
I wszystko niby było grzecznie i uprzejmie – ale miałam złe przeczucia.
Kiedy we wtorek przesyłka faktycznie nadeszła, kiedy ją zobaczyłam – po prostu ugięły się pode mną nogi.

Pudełko z cieniutkiej tekturki było pogięte i porozdzierane, jakby przejechał po nim czołg.

Co prawda całość kilkakrotnie okręcono taśmą klejącą, ale z daleka było widać przerwy między taśmą a tekturą.

Nie wiem i nie miałam okazji się dowiedzieć, czy te rozdarcia powstały podczas pakowania i to sprzedająca użyła taśmy klejącej do prowizorycznego połączenia ścianek pudełka, czy to na poczcie tak ratowano porozwalaną paczkę, choć w takim wypadku były by pewnie jakieś tego urzędowe ślady.
Popatrzcie też uważnie – sprzedająca wybrała płaskie pudełko, którego kształt kompletnie nie pasował do kształtu czajnika.

Może więc próbowała je tak uformować, żeby jednak pasował?
Zgroza.

Tym większa, że na szerokość czajnik włożono tak na styk, ledwo ledwo.
A jego jedyne zabezpieczenie to kilka warstw cienkiej folii bąbelkowej, niestarannie owiniętej wokoło – wlew i dolny rant były widoczne i spod tej folii wyzierały.

Poza tym w pudełku była pustka – żadnych kulek papieru, żadnej gąbki czy styropianu, nic, zero, nul.
Na długość dzbanek latał w tym pudełku swobodnie, na szerokość napierał na jego ścianki, wypychając je na zewnątrz.

Rozwijałam go z tej zakichanej folii ze łzami w oczach, pewna, że nie będzie nawet co kleić.
No i, proszę Państwa – stał się cud. 🙂
Bo inaczej tego nazwać nie można.
Czajnik dojechał nietknięty.
Oczywiście, to pęknięcie widoczne na fotkach nie zagoiło się w sposób cudowny – ale reszta była cała.
Żadnych obtłuczeń, pęknięć, żadnych ubytków czy rys.
Kocham Cię, Poczto Polska 
A o pani z allegro myślę bardzo, bardzo zimno, wręcz lodowato.

A czajnik po umyciu stracił te wszystkie ciemne plamy i wygląda teraz tak:

 

 

 

 

 

 

 

Tylko tego napisu wciąż nie udało mi się rozszyfrować… to jakby dłoń, trzymająca kartkę z zagiętym rożkiem i napisem „E. Münnich. Altwasser i/Schl:”

Może ktoś coś wie i pomoże?

 

Reklamy