Tagi

 

 

https://www.facebook.com/events/301234667065344/

 

Gdybym tegoroczną sylwestrową imprezę miała opatrzyć jakąś etykietą, nazwać jednym słowem, które oddało by jej charakter – to byłoby to słowo ‚kosmiczna”.
Albo nawet „pojechana” 😛
Przywykłam bowiem do tego, że w zasadzie żaden event, na jakim jestem, nie odbywa się tak zupełnie i całkiem normalnie, spokojnie, banalnie i przeciętnie.
Zawsze, ale to zawsze wydarza się coś kosmicznego, dzikiego i nietypowego, jednak ten ostatni Sylwester to level hard kosmiczności, odlotu i kozactwa.
Jest bowiem noworoczny poranek/południe (niepotrzebne skreślić) a ja zamiast jak normalny człowiek w cieplutkim łóżeczku odsypiać imprezę, siedzę przy kompie i zapisuję to wszystko czym prędzej, wciąż nie wierząc, że się naprawdę wydarzyło.

Apoteka przywitała mnie gorąco, w sensie metaforycznym i dosłownym: od wysokiej temperatury zabawy i powietrza wnętrze aż parowało i wśród tych oparów przyszło mi szukać „naszego stolika„.
Obrałam azymut na bar i był to doskonały wybór, bo oto patrzę, widzę, JEST:

 

Urocza karteczka krótkim, żołnierskim tekstem poinformowała mnie, że tak, tak, to tutaj i zaraz potem życzliwie i drobiazgowo uświadomiono mnie, że to nie koniec.
Że to nie takie proste.
Że jest jeszcze hasło.
I odzew.
I bez tego ani rusz, będę musiała posadzić swoje dupsko gdzie indziej.
Hasło brzmiało:

Czy znasz Kamila Leśniaka?

A odzew stanowiło potwierdzenie, całym rozbudowanym zdaniem.

Oto Mariusz, poznajcie animatora sporej części pojechanych akcji tego wieczoru, z „czy znasz Kamila Leśniaka na czele 😛

 

 

 

 

 

Wyjaśniono mi też, skąd ta akcja z hasłem.
Otóż jako jeden z pierwszych pojawił się w Apotece Adam vel Franciszek N. na pełnym spontanie, niespodziewanie także i dla siebie. I tu pojawił się problem organizacyjny, związany z konieczną, wcześniejszą rezerwacją stolików.
Ale podczas ustalania kto, co, kiedy i dlaczego wpadła Adamowi w oczy ta właśnie urzędowa karteczka, Adam zajarzył, co skomentował radośnie i zgodnie ze stanem faktycznym „ale ja znam Kamila Leśniaka!!!!” i w nagrodę otrzymał miejsce przy „naszym stoliku”.
I całe szczęście, bo z kim innym mogłabym tak gruntownie obgadać wyższość lumpów nad resztą świata, glanową produkcję Szyszki (tu pozdro dla kumatych) i skomplikowaną drogę muzyczną coponiektórych 😉

 

 

 

 

 

co znaczy „spać na Ramzesa” 😛

 

 

 

A tu bliźniacy, no, prawie    😉

 

I poniżej akcent poetycki. No bo Sylwester Sylwestrem, impreza imprezą. ale życie się toczy, ludzie wiersze piszą, a niektórym to nawet je drukują 🙂
Też chcem, jakby kto pytał 😛

 

moje imprezowe wyposażenie:

 

W tzw „małej sali” zasiadła inna grupa moich znajomych, kochane ludziska zapraszały mnie gorąco do siebie i namawiały do częstowania się zgromadzonymi dobrami, plasiam, że skorzystałam tylko z tego drugiego ❤

 

 

kobieta z papierosem  😛

a niżej:

kobieta z nożem 😛

 

 

 

 

 

 

Powitany moim „oooo moja miłość”!!!! Joanny, jak usłyszałam chwilę później, posługuje się już językiem polskim zupełnie sprawnie, moje powitanie zrozumiał więc bez problemu i przyjął je jak należy – swoim najpiękniejszym z uśmiechów   😀

 

 

i z lewej – najpiękniejsze plecy imprezy:

 

 

Jak już wspominałam wcześniej – atmosfera była gorąca, powietrze parowało a ja dostałam wypieków.
Nawet nie wypieków – a czerwonych, nieregularnych placków na twarzy. Oczy mi poczerwieniały także, może to była jakaś reakcja alergiczna, nvm, potrzebowałam pomocy.
A dokładnie pudru w płynie tudzież korektora, help!
Przepytałam dziewczyny przy stoliku i kilka innych znajomych i nic, ni ma, zero, nul.
Jedynie Kasia S. dała mi iskierkę nadziei „szukaj dziewczyny w srebrnej sukience, wysoka, ciemne włosy, widziałam w łazience, ma pełny kosmetyczny zestaw ratunkowy” … no i połaziłam, poprzyglądałam się ludziom na parkiecie i przy stolikach, ale żadnej srebrnej sukienki nie wypatrzyłam..
Minęło ze trzy godziny, moje rumieńce nieco przyblakły a oczy dawno się uspokoiły, może pomogło zwyczajowe wsadzanie łba pod kran, co czyniłam tej nocy wielokrotnie i co pomogło mi przetrwać.
Za którymś razem, wykręcając włosy nad umywalką dostrzegłam w lustrzanym odbiciu dwie dziewczyny, poprawiające sobie makijaż.
Wyższa z nich miała srebrną sukienkę i ciemne włosy.
Tak, to była ona, mój spóźniony ratunek   😛
Przywitałam ją więc radośnie „aaaaa to Ty jesteś tą dziewczyną w srebrnej sukience, której szukam od 3 godzin” 😛 no i u niej oczy jak pięciozłotówki…. ale już za chwilę wszystkie trzy śmiałyśmy się jak dzikie z mojej opowieści.
Kasia – mój dozgonny szacun za precyzję opisywania ludzi, byłabyś idealnym świadkiem na policji czy coś. 😀

 

 

 

 

 

Częste wizyty w kibelku były też podyktowane przygodami, jakie mi się przydarzyły – oto Madzia J. witając się ze mną czule, wylewnie i przytulaśnie, wylała na mnie cały swój pokaźnej wielkości drink, z sokiem pomidorowym, sądząc po kolorze mojego dekoltu, ramienia i rękawka sukienki   🙂

 

Podekscytowanie Madzi było jednak w pełni zrozumiałe – spójrzcie tylko, w jakim pojawiła się towarzystwie!!!!!

 

 

Oto więc Karolina Andrzejewska – wokalistka, autorka tekstów i linii melodycznych w zespole Batalion d’Amour (jak możemy wyczytać na jej fb)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udało mi się też wpaść na Belit, niosącą na szufelce zawartość nieszczególnej urody i podobnym zapachu, mokra krawędź otarła się o moje przedramię, zostawiając śliski ślad ….   😛

Jak zwykle na podobnych imprezach trafiało się międzynarodowe towarzystwo, pewne dziewczyny na przykład zapytały mnie po angielsku o palarnię i jakaż była moja radość, że znajomość w porywach siedmiu słów w tym języku wystarczyła mi, żeby im tę kwestię należycie wytłumaczyć.
Jednak zdarzyło się zadziwiające językowe nieporozumienie, bo już na początku sylwestrowej imprezy trafiła się grupa, zdawało się Anglików, bo sprawnie językiem tym między sobą się porozumiewali, której nie wszyscy, pardon mua, członkowie, rozumieli należycie słowo „rezerwacja”, po angielsku „reservation”. To naprawdę dziwne, bo słowo to brzmi niemal identycznie w wielu językach, włączając francuski, bułgarski, turecki i portugalski.
Tak czy inaczej kompletnie nie byli w stanie zrozumieć, że ten nasz stolik jest właśnie zarezerwowany, choć Kamil wytłumaczył im to głośno, wyraźnie i po angielsku.
Wyznaję z taką pewną nieśmiałością i zniesmaczeniem, bo podeszli do „naszego stolika” i bez zwyczajowego„dzień dobry” czy choćby „pocałuj mnie w dupę” po prostu rzucili kurtki na 2 wolne pufy, o tyle wolne, że przed minutą ktoś z „naszych” z nich wstał.
Nie użyli też hasła, że o odzewie nie wspomnę.
Chwilę po dłuższym Kamilowym tłumaczeniu, w którym trudne słowo „reservation” powtórzyło się wielokrotnie, jeden z zagranicznych gości wrócił do „naszego” stolika i ku ogólnemu zdumieniu uniósł puf i rzucił nim o podłogę, powtarzając kilkakrotnie słowo „reservation”. Może cieszył się, że wreszcie je zrozumiał, tylko skąd ta złość w jego głosie?
Hmmmm….
Ale to nie koniec historii, bo po paru godzinach dojrzeliśmy ową grupę, zmierzającą do wyjścia.
Gość od rzucania pufem zwolnił nieco przy „naszym stoliku” i chyba chciał kontynuować międzynarodową dysputę semantyczno-translatorską, tylko czemu uczynił to, wykonując ruch posuwisto-zwrotny dłonią zwiniętą w trąbkę, gdzieś w okolicy swojego podbrzusza?
Zdecydowanie nie było to ani po angielsku ani w żadnym z języków cywilizowanego świata, nikt z nas tego języka nie znał, więc Wolf poprosił o przetłumaczenie na nasze.
Zrobił to dość gwałtownie, ale rozumiem go w pełni, wszyscy jak tam siedzieliśmy byliśmy mocno zainteresowani, co ów tajemniczy gest miał znaczyć.
No i przyznam, że dalsza część rozwoju wydarzeń jest dla mnie lekko niezrozumiała… bo chyba grupa, z którą ów gość przyszedł nie chciała pozwolić na tę translację, może stanowili grupę miłośników rebusów i zagadek bez rozwiązania? No skoro tak, to i my powstrzymaliśmy Wolfa – skoro nie chcą, to niech nie tłumaczą, kropka.
Cóż, zawsze twierdziłam, te języki to strasznie trudne są, trudniejsze niż dowód hipotezy Riemanna czy coś.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze przed czwartą poczułam nieprzezwyciężony atak zmęczenia – parkietowe harce, upał, nadmiar wrażeń, czas do domu.
Ubierałam się już na górze, za palarnią, założenie na siebie płaszcza w pubie w tym dżunglowym klimacie chyba by mnie zabiło   😉
No i tu naprawdę ciepłe pozdro dla Miłego Chłopaka, który mijając mnie zachwycił się moimi, ekhem, moją figurą się zachwycił.   😉
Chwilę pogawędziliśmy o rozmiarach, nr swojego musiałam powtarzać 2 razy bo za pierwszym nie uwierzył 😉
No i pełen szacun, Chłopaku, bo gdy totalnie urzeczony wycelowałeś palcem poniżej mojej brody i zapytałeś nieśmiało „czy mogę dotknąć” a ja zaprzeczyłam – to z grzecznymi noworocznymi życzeniami elegancko się wycofałeś i każdy poszedł w swoją stronę.
Takie akcje są zabawne i miłe, nie mylić z molestowaniem   🙂

Na koniec ogromne, ogromniaste podzięki za całokształt przygotowań i pracę podczas imprezy dla Apotekowej Ekipy, wraz z niezmordowaną Belit i oczywiście Edytką

 

 

 

 

 

 

Za to, że nie zabrakło mojego ulubionego piwa, za czuwanie nieustanne nad czystością w kibelkach i w okolicach palarni, Kornikowi za muzykę i za wszystko ❤

 

 

 

Reklamy