Tagi

Dzisiejszy felietonik dedykuję Kasi Kant, czyli niegdysiejszej Layli z Altergothica, obecnie znanej blogerce.
Jej porady z zakresu savoir-vivre uratowały dup… ekhem znaczy uratowały z opresji niejednego początkującego w świecie kulturalnych ludzi  😉
Ale, jak z bólem zauważam, jest jeszcze spora grupa osób, których do lektury jej bloga należało by zmusić, co uczyniłabym chętnie, bezlitośnie, włącznie z odpytywaniem i sprawdzaniem, czy stosuje w życiu.
Oto bowiem któryś już raz nieznajomość owych zasad zepsuła mi sytuację, która z założenia miała być przyjemna i radosna.
Nieznajomość zasad, bezmyślność, powierzchowne traktowanie – aż po brak szacunku. Może nawet złośliwość.
Bo naprawdę nie wiem, kurde, jaką etykietą te sytuacje opatrzyć, ech…

Zacznę od początku.
O czym piszę – wskazuje tytuł notki, a moje doświadczenia świeże, bo Mikołaj, bo Święta… i jeśli moje dywagacje nie przydadzą się komuś w tym, to może w następnym roku albo przy innych okazjach prezentowych.
Piszę jednak z taką pewną nieśmiałością, bo wskazówki w materii savoir-vivre to chyba ostatnia rzecz, o jaką byście mnie podejrzewali i ja sama siebie – także.
Piszę jednak, bo wszechogarniający mnie zawód i desperacja przezwyciężyły tę nieśmiałość i niepewność.
Obiecuję – będzie jasno, zrozumiale i krótko, raczej 😉

Z mojego doświadczenia wynika, że prezenty można by podzielić na 3 kategorie: bezpieczne (może nie mistrzostwo świata, ale obdarowany nie dostanie zawału i nie zepsujemy mu imprezy) , trafione (w punkt, dzika radość solenizanta, taniec na barze i buzi z języczkiem) i totalnie nietrafione, wręcz obraźliwe (zawał, zepsuta impreza, cios z liścia i ban na fb)
Wbrew pozorom granice między kategoriami są płynne, odrobinę, postaram się jednak skupić na najbardziej charakterystycznych reprezentantach każdej.
I oczywiście nie ręczę, że mój trójpodział jest jedynym właściwym, może ktoś inny ująłby to lepiej, ale tak z grubsza chyba byłoby OK..

Zacznę od tego, że zawsze, ale to ZAWSZE, najważniejszy jest ten obdarowywany, to – jaki jest, co lubi a czego nie.
Jego własny gust, nie nasz.
To jego życzenia i marzenia są tu pierwszoplanowe i decydujące, tak je traktujmy niezależnie od tego, jak bardzo wydają nam się niedorzeczne czy nieodpowiednie.
Nie „wychowujmy” przez prezenty, dlatego metalówie, co zawsze w glanach i tiszertach, nie kupujmy zwiewnej sukieneczki „żeby wreszcie wyglądała jak dziewczyna”, ani szpilek, chyba, że sobie ich wyraźnie zażyczyła. I jeśli nie poprosi – to żadnego poradnika „Jak zrzucić 15 kilo i być szczęśliwym” dla osoby zmagającej się z nadwagą, nawet jeśli mamy najlepsze intencje.
Nie zakładajmy też z góry, że nieznana nam bliżej ciocia po 60tce ucieszy się z zestawu do szydełkowania albo nijakiego wazonu z pierwszego lepszego sklepu z pamiątkami.
Są przecież prezenty” bezpieczne” i często można je znaleźć bez trudu w każdym przysłowiowym kiosku czy Lewku, prezenty, kiedy brak pomysłu czy czasu na bardziej przemyślane, prezenty moim zdaniem lepsze, niż próby silenia się na oryginalność albo udawania, że doskonale się zna solenizanta/jubilata/itepe.
Zakładam jednak, że jakąś, choćby śladową wiedzę na temat osoby obdarowywanej posiadamy.
Taka choćby najmniejsza jest naprawdę konieczna, bez tego wybór prezentu, który sprawi przyjemność, nie zawód czy wręcz przykrość – jest naprawdę trudny.
Ale, uwierzcie, lepiej przyjść z bukietem kwiatów, naprawdę dobrą kawą niż z porcelanowym zegarem w kształcie skrzypiec na pół ściany, którego obdarowany nie ma sumienia wyrzucić, a nie zawiesi na ścianie za cholerę, po moim trupie, kurwa.
Więc może lepiej jakaś fajna bombonierka (naprawdę są superowe, wiem to  😛 ) albo własnoręcznie upieczone ciasto.
Jasne, miło by było, gdyby się nie okazało potem, że potencjalny prezentobiorca to stuprocentowy weganin, albo na ostrej diecie.
Ale to i tak, jak sądzę, mniejsze ryzyko niż z tym zegarem.
Więcej radości, jak sądzę, sprawią wesołe skarpetki z jakimś nadrukiem, choćby świątecznym, a jak urodziny, to urodzinowym.
Wybór jest naprawdę ogromny, z reprodukcjami dzieł słynnych malarzy włącznie. Założyć na stopy skarpetki z „Krzykiem” Muncha czy inną Moną Lisą – to jest dopiero czad   😛

A bojący się ryzyka mogą ofiarować zaproszenie do kina, Ogrodu Botanicznego, na jakąś wystawę….
Prywatnie dodałabym jeszcze talon na pizze, za free czy ze zniżką, bo kto nie lubi pizzy  😉

Kiedy wiemy co nieco na temat osoby, której chcemy dać prezent – jego wybór wydaje się łatwy, choć takie przekonanie może być mylące.
Nie ryzykowałabym przykładowo ze świeżo wypuszczoną przez Pocztę Polską serią znaczków z papieżem dla zagorzałego filatelisty z długim stażem…. ani z gipsowym aniołkiem z kiosku dla miłośnika prowansalskiego dizajnu. Nawet niekoniecznie tak drastycznie.
Najczęściej bowiem jest tak, że pasjonaci w jakiejś dziedzinie są w tej swojej dziedzinie znawcami, ich zbiory są na tyle rozlegle czy specyficzne, że kupienie, często za spore pieniądze, czegokolwiek z danej półki może okazać się zupełnie nietrafione. Tym bardziej, że gdy nie orientujemy się zbytnio w specyfice zagadnienia, to ta „nasza półka” może być odległa od półki właściwej o lata świetlne.
By tego uniknąć – najlepszy jest wywiad, podpytanie w temacie osoby bezpośrednio zainteresowanej albo kogoś podobnie siedzącego w temacie.
Jeśli solenizant/jubilat należy do jakiejś fanowskiej grupy choćby – to rozmowa z jej członkami może dostarczyć mnóstwo wiedzy o tym, co konkretnie kocha czy kolekcjonuje.
Jeśli opowiada o tym na fejsie czy bezpośrednio – to często wystarczy uważnie słuchać, bo może są tam jakieś wskazówki, czego szuka w tym momencie, konkretnie.
Ale i tak może się okazać, że zdobycie odpowiedniego eksponatu nawet dla samego zbieracza to droga długa i żmudna, (jak np w moim przypadku rozpoznanie odpowiedniego czasu powstania, manufaktury, plus nabranie pewności o autentyczności znaleziska) – a co dopiero dla osoby bez podobnej wiedzy.
Poza tym gust, sprawa niezwykle istotna i niemal nieprzekazywalna.
Bo co z tego, że ktoś, niby zgodnie z moim hobby, wynajdzie gdzieś pękaty dzbanek z połowy 19 wieku, biedermaier, a jakże (i to „autentyczny autentyk”, nie dlatego, że tak zapewniał sprzedawca) kiedy akurat mnie może się on nie podobać, zwyczajnie nie podobać. Bo, przykładowo, mam już kilka podobnych, a teraz generalnie szukam takich, które różnią się od wszystkich posiadanych.
I powinny być na maksa dziwne, odjechane, najlepiej totalnie pojebane. Prócz statecznego wieku posiadać pojebaną formę, malaturę albo wzór, a najlepiej każdą z tych rzeczy.
Cóż innego w sumie pasowało by do mnie, jak nie 150letni, szalony imbryk?
A wyobrażacie sobie potencjalnego ofiarodawcę, który sprawdziwszy stan, sygnaturę, datowanie czajnika zwraca się do sprzedawcy „a przypraszam uprzejmie, mam jeszcze pytanie, na ile ten dzbanek wydaje się panu pojebany?”
Więc jeśli nie umiemy sprytnie podpytać solenizanta/jubilata, sprawdzić dokładnie, co lubi i o czym marzy – to naprawdę lepiej, sensowniej i „bezpieczniej” jest kupić żel pod prysznic czy jakieś ciekawe mydełka, niż szukać czegoś wyjątkowego. I na dodatek wydać kupę kasy na coś, co obdarowanego zupełnie nie ucieszy.
No chyba, że mamy znajomego w sklepie z Antykami, który profesjonalnie doradzi.
Bo ja to naprawdę wolałabym dostać zestaw końcówek do elektrycznej szczoteczki do zębów niż polską współczesną podróbkę chińskiej podróbki antycznej japońskiej porcelany.
Dostałam właśnie dokładnie coś takiego, kicz i masakra w jednym, ech   😦 .

Sporo już o tym było powyżej, ale uzupełnijmy: miłośnikowi metalu lepiej nie kupujmy CD z hitami AC/DC w wykonaniu Krzysztofa Krawczyka, chyba, że jesteśmy pewni poczucia humoru delikwenta, znaczy prezentobiorcy, nie Krzysia, bo gdyby faktycznie takie hity nagrał to musiałby być niezłym jajcarzem. Więc raczej nowa płyta ukochanej kapeli, jakiś gadżet z nią związany, bilet na koncert w klimacie… ale naprawdę warto wiedzieć, jaki to klimat i jaka kapela, bo słyszałam o zaproszeniu na koncert Hey wręczone miłośniczce black-metalu ze słowami „bo Ty to podobno lubisz takie mocne brzmienia…”
Jeśli chodzi o mnie, to lista najgorszych prezentów, jakie w życiu dostałam, jest długa, niestety: począwszy od książki kucharskiej (może wreszcie Twoje obiady będą zjadliwe, he he) po komplet bezpłciowych garnków i ustrojstwo do fastrygowania… i to jeszcze od męża, w czasach, gdy byłam osobą szalenie romantyczną i ogólnie usposobioną poetycko, więc liczyłam na jakiś romantyczny wieczór przy świecach i ogromny bukiet róż.
Natomiast od pewnej starszej osoby regularnie dostaję rajstopy, pochodzące, jak sądzę, z jakichś zapasów z czasów komuny, bo nie wierzę, aby nadal były dostępne w sprzedaży, nie w ostatnim trzydziestoleciu – są w ohydnym sraczkowym kolorze i drapiącej fakturze, rajty marki rajty, na dodatek w rozmiarze największym z możliwych.

Rajstopy, które nadają się do użycia jedynie podczas napadu na bank, do naciągnięcia na łeb, pewnie znacie to z filmów z Gangiem Olsena czy coś… ale skoro w najbliższym czasie takiego napadu nie planuję, więc raczej mi się nie przydadzą. Jeśli ktoś z Was, dodatkowo, byłby chętny na paterę z łopatką do tortu, w stylistyce późnej Biedronki – chętnie do rajstop dołożę.

PS.
Zaprzyjaźniony wokalista metalowej kapeli ma nieco inne zdanie na temat tego CD z Krawczykiem.
Twierdzi bowiem, że jemu akurat to ten Krawczyk raczej by się przydał (pilnie poszukuję etui do płyt CD – w sklepach jak już są to jakieś łamliwe badziewie- a Krawczyka pakują w solidne pudła ;)).”
Skoro więc tak – to zbieram pomysły na wykorzystanie tych rajtek i patery, puśćcie wodze fantazji, a ja wasze koncepty spiszę i najlepszy wykorzystam  😛

http://pudrowo.pl/tematyka/savoir-vivre/    ja to tylko tu tak cichutko zostawię, może komuś się przyda   🙂