Tagi

Miało być inaczej.
Jak wiecie, moje pogodzenie z Siostrą poskutkowało planami wspólnej Wigilii w Rabie, w domu po naszej babci.
Marta spędza tam teraz pół życia, można by powiedzieć, że dzieli je na dwa domy, ten krakowski i ten rabiański i oba kocha podobnie.
Nie dziwię się, dla mnie ten dom w Rabie to nieodłączna część mojego/naszego dzieciństwa i młodości, jak pisałam kiedyś na blogu:

„Miałam wtedy 12, może 13 lat i kolejny raz wybierałam się na wakacje do Raby Wyżnej, w góry, skąd pochodziła moja Mama.
I pakując letnie ciuchy zdałam sobie sprawę – że jasne, znowu z kuzyn(k)ami będziemy budować szałasy w zagajnikach i tamy na rzece, wymykać się nocą z domów i w białych prześcieradłach straszyć w pobliżu cmentarza, zaliczymy też wszystkie seanse w kinie Orkan…
Ale najbardziej zatęskniłam za chwilami, kiedy z książką usiądę na rozgrzanym od letniego słońca drewnianym progu domu mojej Babci…
Próg był pomalowany na ciemnobordowy kolor i był trochę nierówny i sękaty, musiałam uważać, żeby nie podrapać sobie ud albo nie potargać letniej sukienki – ale te letnie popołudnia z książką na progu to był taki wakacyjny czarowny rytuał… Niewielki budyneczek wiejskiej biblioteki widziałam z okna, był tuż za rzeką, rzut beretem – tylko przebiec przez drewniany chybotliwy mostek, a pani bibliotekarka co roku witała mnie radośnie i entuzjastycznie tekstem, że jestem, oooo i fajnie, bo z moim pojawieniem się na wsi czytelnictwo w Rabie Wyżnej wzrośnie namacalnie  🙂
A ja zachłannie wypożyczałam książki, jedną po drugiej, i czytałam je, siedząc na tym progu…
Obok zwykle stała musztardówka z rozpuszczoną oranżadą w proszku… czasem z mlekiem zimniutkim, przechowywanym w piwnicy….
Podchodziły łasząc się koty – co roku inne, nowe – bo jakaś kotka okociła się w drewutni….
Gdakały kury leniwie snując się po podwórku… pachniała rozgrzana słońcem trawa i siano w stodole.
I co jakiś czas podnosiłam twarz grzejąc się w słońcu, gapiąc na nieliczne obłoczki, nieskazitelny błękit nieba… Ciszę przerywało czasem bzyczenie pszczół (sąsiad miał pasiekę) i kiwit kiiiwiiiit jaskółek, które co roku lepiły gniazda pod okapem dachu krytego czarnym gontem.
Nie potrafię chyba wytłumaczyć, co w tych chwilach stanowiło o ich magii, co sprawiało, że samo wspomnienie o nich aż zatyka, były wprost nieskazitelne, idealne, czarodziejskie.Wtedy zdarzyło się to pierwszy raz, olśniło świadomością – że te magiczne momenty zapamiętam na zawsze, że będę o nich myśleć i tęsknić, że nierozerwalnie zwiążą się ze wspomnieniem wakacji i młodości.
Pamiętam do dziś fakturę tego progu, na którym tak lubiłam siadywać, zapach spłowiałej i wytartej farby, nieliczne dźwięki, spokój lata.
Nawet bez zamkniętych oczu umiem odtworzyć w pamięci każdy szczegół tej chwili, ze smakiem tego surowego mleka czy oranżadą – włącznie.”

Ta planowana Wigilia byłaby więc spełnieniem kilku marzeń na raz, bo odwiedziłabym mój ukochany dom z dzieciństwa, cudowne miejsce z przeszłości, do którego wciąż wracałam wspomnieniami.
Zapamiętałam go takim:

A Marta z mężem, na przestrzeni lat, mozolnie, wkładając w to każdy grosz, siły i serce odmienili to miejsce nie do poznania.

 

 

 

 

 

 

Można powiedzieć – że zbudowali ten dom od nowa, dobudowali inne, nasadzili drzew i krzewów, totalnie odmienili ukształtowanie terenu, który wraz z oczkiem wodnym, altaną i domem dla gości zaczął przypominać czarodziejski ogród, jak z bajki.

 

 

 

 

 

Miejscowi z sympatią nazywają to miejsce „ranczem” 🙂

 

Wizja spędzenia w tym niesamowitym miejscu choć paru godzin powodowała więc, że chciało mi się skakać i tańczyć 🙂
No i spędziłabym ten czas z Siostrą, jej synami, którzy często przyjeżdżali tam na Święta… z moimi kochanymi siostrzeńcami.
Kiedy widziałam ich ostatnio byli w okolicach podstawówki – a teraz starszy dobiega czterdziestki.
Od radości, że ich wreszcie zobaczę, pogadam, co u nich i zwyczajnie wyściskam i wyprzytulam – aż kręciło mi się w głowie.

Ale jak wiecie – plany sobie, a życie sobie.
Po raz kolejny tej jesieni i zimy zaatakowała mnie poważna infekcja górnych dróg oddechowych z zatokami włącznie.
W chwili, gdy piszę to słowa, jest już lepiej, gorączka, katar, kaszel i ból zatok powoli ustępują, ale z pewnością nie jestem w dobrej formie na podróż.
Bo choć to w sumie nie tak daleko – to dojazd jest megachujowy.
Są dokładnie 2 pociągi z Krakowa – jeden po 7mej rano, drugi po 17., po prostu rewelka, a w Rabie po 2,5h, bagatelka 😛
Trasa busów Rabę omija, ale przejeżdżają przez odległą o kilka kilometrów Chabówkę, planowałam więc wysiąść w Chabówce a stamtąd odebrał by mnie autem Zbyszek, szwagier znaczy.
Cieszyłam się, że nie musiałam go namawiać czy prosić, zapewniał, że nie ma problemu i w ogóle.
Kiedy jednak się rozchorowałam plan wyprawy nie wydawał mi się już tak doskonały.
Bo z domu do busa, busem do Chabówki, stamtąd autem do Raby, droga powrotna podobnie i gicior, ale dla osoby właśnie wygrzebującej się z choroby to już jakby mniej.
Jaką mamy pogodę tej zimy sami widzicie, więc dodajmy do tej podróży wicher i zacinający deszcz, co nie jest bez znaczenia wobec kolejnych utrudnień, dzięki za info, Łukasz.
Otóż okolice wiaduktu, całego skrzyżowania dróg w Chabówce, gdzie zwykle zatrzymywał się bus, są od miesięcy w remoncie, pełne wykopów, barierek, totalnie utrudniających przejście.
Samochód tam dojechać/przejechać nie może i Zbyszek, jadąc po mnie z Raby, musiałby znaleźć miejsce do zaparkowania a potem odnaleźć mnie, przedzierając się przez te wykopy i rozkopy.
A potem mnie, rzecz jasna, przez te roboty drogowe, wykopy i rozkopy przeprowadzić.
Mówię poważnie, latem, kiedy było jasno i w ogóle sprzyjająca pogoda, zabłądziła wśród nich, jadąc w odwiedziny do Raby, koleżanka mojej siostry, harcerka zaprawiona w bojach i Marta musiała ją instruować telefonicznie.
Więc mamy chorą starą babę, błądzącą wśród wichru i deszczu, wśród zapór drogowych i głębokich rowów, zapewne po ciemku, z wielką torbą prezentów podchoinkowych… cała okolica przygotowuje się do kolacji wigilijnej i nikt nie spojrzy przez okno, gdzie ja przedzieram się przez deszcz, wiatr, wykopy, nie znając nawet kierunku, gdzie droga na Rabę
Gdy zaczęłam o tym myśleć przypomniały mi się wszystkie filmy, od familijnych po dramaty katastroficzne, z podobnymi scenami, niekoniecznie kończącymi się happyendem …

No dobra, a poważnie to zwyciężył rozsądek, po prostu.
Miałam jeszcze chwile wahania, wczoraj, wtedy sięgnęłam po blablacar.
Było 2 kandydatów, jeden z godz 11, drugi z 14.
Obaj też niestety tylko do Chabówki….
Próbowałam dyskutować z tym pierwszym, czy byłaby możliwość małego zboczenia z trasy, do Raby to kilka kilometrów, ale miał już kilku innych pasażerów, którym to nie pasowało, więc dupa, szukanie się ze Zbyszkiem wśród wykopów, w deszczu i mgle, katastroficzna wizja jak z filmów, dupa i chuj.
Drugi kierowca okazał się być Francuzem, po angielsku tylko trochę lepiej niż ja, no i niczego nie był pewny. Może da rady zawieść mnie do Raby, może nie, może o 14 ale możliwe, że później, noż kurwa no.
Nie był nawet pewny, czy da radę podjechać po mnie w dzień wyjazdu…. musiałabym czekać, spakowana i gotowa, na telefon, i to dopiero w ostatniej chwili przed wyjazdem, bo coś tam jeszcze musi załatwić/ustalić.
Nie no, bez jaj.

Muszę jeszcze dodać, że wszystkim moim poczynaniom w tej materii mocno kibicowała Belit, pomagała, szukała innych opcji, mało brakowało a sama by mnie tam zawiozła  …. ❤

Doszłam jednak do wniosku, że chyba ktoś tam na górze ma dla mnie inny plan na dzisiejszy dzień, tyle.
Nie wiem, może chodziło o ten piękny dzbanek, który właśnie wylicytowałam na allegro?   😛
A może o coś innego, kto wie…
W każdym razie ten zakup pociesza mnie trochę, zaraz sobie podgrzeję barszczu z uszkami i w ogóle 🙂

A nasze rodzinne spotkanie nie przepadnie przecież, tylko się przesunie w czasie – może na Wielkanoc?

A póki co – Wesołych Świąt  ❤

PS:

A przed chwilą wyściskałam całą swoją rodzinę w Rabie telefonicznie, oczywiście poryczałam się, gadając z siostrzeńcami i obiecaliśmy sobie tę Wielkanoc, na bank.

 

 

Reklamy