Tagi

Piątek to mój ulubiony dzień tygodnia – to jedyny dzień, kiedy nie mam lekcji, cale 24 godziny bez matematyki, ale za to z innymi przyjemnościami.
Te przyjemności starannie wybieram z listy, na której czele jest punkt pt „wyjść z domu”.
Tyle.
Bo w pozostałe dni to zdarzy mi się wyskoczyć na podwórko ze śmieciami albo do osiedlowego Lewka po zakupy, nie więcej, nie dalej, a czasem i to nie stanowi urozmaicenia mojego matematyczno-porcelanowego życia.
Po paru dniach spędzonych w czterech ścianach zaczyna mi odwalać, dlatego w każdy piątek staram się wypełznąć z nory, jak mawia Ancik, choćby i prało żabami.
W ostatni piątek problem stanowiły nie warunki pogodowe – a przesyłki, których się spodziewałam.
Jedną zapowiedział sms – że DHL i że między 14 a 20.
No zajebiście, kocham taką precyzję   😛
Mam warować pół dnia w domu, bo przyjdzie kurier?
Bez jaj.
Po 15tej, już w płaszczu i butach zeszłam do sąsiadki z prośbą o ewentualne odebranie przesyłki, ustalamy co i jak – a tu telefon.
Pan kurier pyta czy jestem w domu, bo paczka.
Ja na to – że już w drzwiach, ale ok, wracam, czekam.
I za parę minut już trzymam w łapkach spore pudło.

Jego zawartość obadałam dopiero po powrocie 🙂

 

 

Tak, wzięło mnie na fiołki  🙂

Ale na razie wstawiam je za drzwi – i w drogę.
Na zakupy – przede wszystkim po specjalny, stosowny strój na Wigilię.
Kto czyta mojego bloga ten wie, że tego roku szykuje mi się tradycyjna rodzinna Wigilia, pierwsza od ponad 20 lat.
Na dodatek – wyjazdowa, w górach.
Szczęśliwie już jakiś czas temu wypatrzyłam na stronie Kolorowe Nastroje przecudną aksamitną bluzę, w jedynym słusznym kolorze, z bałwankowo-choinkowymi aplikacjami.
Zarezerwowałam ją więc i już mi się śmiała mordka na myśl o chwili, gdy na miejscu zdejmuję kurtkę i błyskam po oczach tymi wesołymi, tańczącymi bałwankami, już cieszyłam się wyobrażając sobie żarty i żarciki w temacie starszych, statecznych dam i ich wariackich pomysłów.
Kiedy jednak dzień później zerknęłam na stronę ponownie – moja bluzka okazała się być sprzedana….
Wybierałam się więc do sklepu na Długą aby wypłakać się paniom Małgosiom w rękaw i pożalić się na ową tragiczną pomyłkę z rezerwacją, na skutek czego nie mam w czym rozśmieszać mojej rodzimy podczas kolacji wigilijnej.
Po drodze jednak wstąpiłam tak na wszelki niewypadek do najbliższego, zaprzyjaźnionego Lumpexu, gdzie usłyszałam, że bluzy i swetry z motywami świątecznymi to już daaaawno są wyprzedane.
Ale jednak, zanim wyszłam, moje sokole, haha, oko wypatrzyło…
Noż kurna, czy moje oczka dobrze widzą?
A wy rozpoznaliście?

😀
I za chwilę markowa, Disneyowska bluza w moim ukochanym fiolecie i z niezwykle stosownym, świątecznym wzorem była już moja.
Zgodziłyśmy się jeszcze z Panią Sprzedającą, że nie szkodzi, że nieco za duża.
To bardzo wygodne podczas Wigilii.
Można się spokojnie naobżerać pysznościami i nic uwierać nie będzie, więcej nawet, fason bluzy ukryje nasz wypełniony tymi pysznościami brzuszek.
Zapakowałam bluzę do plecaka i ruszyłam dalej.
Co prawda miałam już w czym oczarować rodzinę podczas Bożonarodzeniowej kolacji, ale z wypłakiwania się w rękaw kochanym dziewczynom z Kolorowych Nastrojów nie miałam zamiaru rezygnować.
Już w drzwiach zostałam rozpoznana i serdecznie przywitana przez Małgosię-córkę, lecz mimo to zaczęłam zbolałym tonem:
„Pani Małgosiu, zaszła tragiczna pomyłka z tą aksamitną bluzą w bałwanki, ja ją zarezerwowałam dosłownie na godzinę po wystawieniu, a tu patrzę dziś…. o, zaraz, chwila, od kiedy to macie w Kolorowych Nastrojach porcelanę?”
I już prawie nie słyszę, jak doszło do pomyłki, mózg mi się wyłącza, biegnę, lecę, frunę do półek z porcelaną, miłością moją !!!!
Biorę do rąk, oglądam, przytulam do serca i usiłuję odcyfrować sygnaturę przy pomocy okularów do chodzenia, nie czytania.
Pani Małgosia pomaga jak może, czyta i opisuje kształt liter i korony, już wiem, już wiem wszystko, lupa nie będzie potrzebna.
Decyduję się, kupuję, i słyszę „tylko, kurczę, jak ja to Pani zapakuję?”
A ja doznaję olśnienia i wołam – ależ ja mam w co zapakować, kupiłam mięciutką bluzę w Lumpexie, i tak będzie do prania, więc w sam raz posłuży!!!
I bez problemu owijam przecudny pękaty czajnik fioletową bluzą Nightmare Before Christmas, dekielek i mlecznik także.

 

 

 

Z tak zabezpieczonym drogocennym nabytkiem spaceruję jeszcze ze 2 godziny, napawając się Krakowem, zimą i smogiem 😛
Kiedy zjawiam się wreszcie w domu – ku swojemu zaskoczeniu na wycieraczce odnajduję paczkę.
Kolejną przesyłka, no ok, faktycznie strasznie szybko dotarła – ale jak kurna kurier/listonosz pokonał wejściową bramę z domofonem?
Szybkie śledztwo wśród sąsiadów wykazuje, że nikt ale to nikt przesyłki nie odbierał i kuriera nie wpuszczał.
Żadnego telefonu w tej sprawie także nie było, sprawdzam komórkę – nic, żadnych nieodebranych połączeń, żadnych smsów…
Ale jednak cud się stał – i kolejna paczka z porcelaną  do moich łapek dotarła.
No a ta porcelana to najbardziej wyjebane w kosmos czajniki, jakie widziały moje stare oczy.

 

 

 

 

 

Powiem szczerze, zastanawiałam się, czy to nie jakieś szalone chińskie podróbki, bo nie wydaje mi się, by zaprojektował je ktoś przy zdrowych zmysłach 😉
No chyba, że był na prochach 😛

I do tego chińskich   😛

 

 

 

 

 

 

Wydają się bowiem kompletnie, ale to kompletnie niepraktyczne, zupełnie niewygodne w użyciu.
To czajniki dla masochistów 😛
Popatrzcie na ich formę.
Oba mają nieproporcjonalnie malutki wlew, w porównaniu z górną ścianką.
Oba dekielki są niesamowicie niewygodne w użyciu, posiadają bowiem malutkie wypustki, które trzeba ostrożnie umieścić w tycich wgłębieniach górnej ścianki, stąd więc zapewne kilka ukruszeń w tej okolicy.

 

 

Oba sprawiają wrażenie niestabilnych – jeden w związku z płaską formą, drugi – z dysproporcją między wielkością podstawki/nóżki a pękatym kształtem.
Reliefy po dokładnych oględzinach wydały mi się toporne, nieprecyzyjne, podobnie jak sama forma – jakby użyto do odlewu jakiejś starej, zniszczonej matrycy, albo po prostu niestarannie wykonanej.
Jednak podobnie nierówne, jakby „szarpane” dziurki sitka widziałam już w bardzo starych dzbankach…
Dlatego długo przyglądałam się porcelanie, z której zostały wykonane, szukałam tzw. muszek, mikrouszkodzeń, przetarć, odprysków.
I zastanawiałam się, czy aby nie wyglądają na nowe, czy to po prostu nie stylizacja.
I czuję się prawie przekonana, tak na 90% powiedzmy.
Bo choć po wymoczeniu w roztworze Ace i szorowaniu Cifem sporo zażółceń i zabrudzeń puściło – to została krakelura, muszki, mikrokamyczki, typowe dla starej porcelany.
Szczególnie dno od wewnątrz posiada liczne zabrudzenia, żółto-brązowe, nieregularne, wystające kropki, które przy dotknięciu okazały się ziarenkami piasku, wyraźnie wyczuwalnymi po palcem. Tam, gdzie się wykruszyły, można wymacać maleńkie wgłębienia, pozbawione szkliwa i przebarwione.
Dlatego skłaniam się ku opinii, że to faktycznie niepodrabiane starowinki.
Ale chętnie wysłucham kontrargumentów 🙂

Na zakończenie moje własne (z fleszem) fotki staruszków – już po odczyszczeniu 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

———————–