Tagi

Kupowanie porcelany dostarcza mi niezwykłych wrażeń – często zupełnie „nieporcelanowych”.
Szczególnie allegro obfituje w niesamowite i czasem zupełnie kosmiczne sytuacje 😉
To przecież dzięki zakupom na allegro poznałam Nutkę… i Panią Iwonę, polską alpinistkę i himalaistkę… i odkryłam Stary Kufer, czarodziejskie miejsce rzut beretem od mojego domu….
Ale podobnie cieszą takie małe, jednorazowe spotkania, krótkie chwile, czasem kilka rozmów, czasem tylko jedna, ale tak fajna, serdeczna i ciepła, że zapada w pamięć.
W takich właśnie okolicznościach kupiłam 2 przedmioty, które chcę wam dziś pokazać i o nich opowiedzieć.

Na początek przedstawię wam Tygryska.

 

 

 

Kiedy zobaczyłam go na jednej ze sprzedażowych grup na fb – od razu wiedziałam, że musi być mój.
MUSI.
Raz – że kocham futrzaki, wszelkie koty, a tygryski szczególnie, mam w domu górę tygryskowych maskotek, 3 towarzyszą mi niemal całą dobę, bo siedzą sobie przy moim stanowisku pracy i komputerowych przyjemności.
Dwa – że ten akurat miał ukruszony kawałek uszka, a ja pałam miłością do wszelkich „połamańców” czy, jak to określa Pani Iwona – do „rozbitków”, staruszków powycieranych i poobijanych – więc jak go nie wziąć?

 

 

No i w związku z tym pół-uchem jego cenę obniżono do jakiejś śmiesznej kwoty – a to Łomonosow, najprawdziwszy, z petersburskiej manufaktury, cenionej i popularnej, niezależnie od datowania przedmiotu.

http://silesia-art.pl/2017/01/28/porcelana-rosyjska-manufaktura-lomonosowa/

Nie miałam do tej pory niczego z tą sygnaturą, a jak nadarzył się tygrysek, to już tylko brać i o nic nie pytać 🙂

No i najważniejsze – Tygryskiem pieszczotliwie tytułuję swojego ukochanego, więc sami rozumiecie…
Od razu więc napisałam do sprzedawcy, że biorę i w ogóle, tylko odezwę się za parę godzin, bo teraz mam lekcje.
No i chyba nastąpiło jakieś nieporozumienie, bo choć chęć zakupu zameldowałam i pod zdjęciem w aukcji i na privie, to wieczorem figurka okazała się być już sprzedana.
Ktoś inny wyraził entuzjastyczne zainteresowanie tygryskiem, faktycznie, zrobił to, ale jednak po mnie, ja byłam pierwszą chętną, więc…
No i nastąpiła wymiana zdań, moich pełnych zawodu i żalu, a Pana wypełnionych skruchą i przeprosinami, że nie zauważył, że już obiecał, że może sobie coś innego wybiorę z jego oferty…
I nie uwierzycie i Pan chyba też nie mógł uwierzyć – ale oczy mi zwilgotniały.
Napisałam z goryczą, że tak oto cały mój dzień się zawalił, bo miał być tygrysek – a nie ma… miał być prezent dla mojego ukochanego – i nic z tego … i nie chcę niczego innego.
I chyba ta historia z ukochanym w końcu Pana wzruszyła. Obiecał, że spróbuje to odkręcić, napisał do tej drugiej chętnej, no i ją chyba także urzekła moja historia, bo zgodziła się zrezygnować z zakupu, odstąpiła mi tygryska, tu lawina przeprosin, podziękowań, moich skoków i tańców wokół komputera – bo udało się, tygrysek trafił w moje łapki.
Słodkie, małe tygrysiątko, jak z filmów Disneya.
Mrauuu…

 

😀

Z dzbankiem sprawy miały się inaczej.

 

 

Zaczęło się zupełnie zwyczajnie: wypatrzyłam go na allegro, zachwyciłam formą, dekorem, manufakturą i datowaniem.

 

 

A także przystępną zupełnie ceną 🙂
To ostatnie ucieszyło mnie tym bardziej, kiedy wypenetrowałam, że sprzedająca jest z Krakowa.
No i super, myślę, odpada koszt przesyłki i nerwy, czy dzban dotrze w całości.
Tylko nie widzę opcji odbioru osobistego – ale od czego jest możliwość wysłania zapytania do sprzedawcy?
No i wysyłam, odpowiedź przychodzi prawie natychmiast, że spoko i jak najbardziej. Plus info, w jakiej okolicy Pani mieszka.
Ok, więc kupuję. Niestety durne allegro nie pozwala mi na zmianę opcji kuriera na „inny rodzaj wysyłki”, więc po chwili komputerowej szamotaniny wzdycham i płacę dodatkowe 2 dychy, licząc, że miła jak się wydaje Pani odda mi te nadpłatę – albo odsyłając przez PayU albo przy odbiorze osobistym.
Pytam na wszelki wypadek o ten zwrot i oczywiście, miła Pani potwierdza.
Przechodzimy więc do następnego punktu programu – do ustalenia terminu odbioru osobistego.
Zaczynam ostrożnie, że może w piątek, bo w pozostałe dni pracuję do 21 i po prostu nie mam jak….
Ale okazuje się, że niestety, Pani na weekend wyjeżdża poza Kraków… ale znienacka pyta, w jakim rejonie Krakowa pracuję, bo może udałoby się jej podjechać i podrzucić dzbanek.
I tu mnie zamurowało.
Łał.
Bo jeszcze takiego odbioru osobistego nie przerabiałam  😀   😀   😀
Cała w szoku informuję, że pracuję w domu i podaję adres, dodając, że można mnie tu zastać praktycznie cały dzień.
No i pada odpowiedź, że następnego dnia właśnie Pani „kursuje” po mieście i może by się udało przy okazji ten dzbanek… jestem tak oszołomiona, że cudem przypominam sobie o konieczności poinformowania o zacinającym się domofonie i że przed południem mogę jeszcze spać, i podaję na wszelki wu nr telefonu.
Domofon dzwoni tuż po południu i chwilę później staje w drzwiach roześmiana babeczka z wielkim pakunkiem.
Wchodzi, stawia go na komódce pod lustrem, rozgląda się, uśmiecha jeszcze szerzej… no i zaraz zaczynamy gadać o porcelanie, znaczy – ja zaczynam, wiadomka 😛
Ciągnę ją za sobą przez salon, mój pokój i kuchnię, pokazuję mój eksperymentalny dizajn z dekupażem i fioletowo-srebrną tapetą, przełamany plakatami koncertowymi i Victorią Frances, porównując go do stylistyki rosyjskich bajek i żartując na temat granic kiczu.
Ośmiela mnie widoczna aprobata tego mojego „klimatycznego szaleństwa”, bijąca z zachowania i słów pani R.
Zanim wyjdzie, rozpakujemy jeszcze dzban (rany, jaki ogromny i nawet piękniejszy, niż na zdjęciu) i pani R śmiejąc się unosi jego pokrywkę, gdzie umieściła różowy banknocik „zwrotu nadpłaty”, żeby nie zapomnieć.

Wieczorem robię obu moim zdobyczom sesję foto i piszę zwyczajowe komentarze na aukcjach.
A dziś przychodzi odpowiedź od pani R., podziękowanie za pozytywa plus kolejne zapewnienie o wrażeniu, jakie zrobiło moje „klimatyczne” mieszkanie.
I teraz sobie myślę, napawając się widokiem ogromniastego dzbana, że odtąd, kiedy będę przyglądać się kwiatkom jego dekoracji i zachwycać niesamowicie grubymi reliefami – zawsze będę mieć przed oczami jeszcze jedno: uśmiech tej pogodnej, życzliwej i uczynnej dziewczyny.

 

 

No i tu miał być koniec tej „porcelanowej” notki blogowej, ale życie, jak ostatnio ma w zwyczaju, napisało do niej post scriptum.
Bo oto, przed momentem, kurier przyniósł mi ten oto dzbanek:

 

 

 

 

Wy sobie pooglądajcie zdjęcia, pozachwycajcie się niesamowitą formą i zdobieniami, a ja Wam opowiem, w jaki sposób trafił w moje łapki.
Tak w skrócie – to tylko dzięki temu, że sprzedający kompletnie spieprzył zdjęcia w ofercie 😛
Nie pokażę, jak bardzo, bo była by to sucza złośliwość, ale uwierzcie – wszystkie jego aukcje rozpoznaję od strzału, przeglądając oferty allegro.
Rozpoznaję właśnie po tych zrąbanych fotach 😛
Wszystkie, ale to wszystkie przedmioty są fatalnie oświetlone, żeby nie powiedzieć, że otacza je gotycka mgła i horrorzasta ciemność 😛
Rozszyfrować, co tak naprawdę przedstawiają, to pierwszy level trudności.
Dwa – zdjęcia są tragicznie skadrowane.
Najczęściej więc widzimy na nich szeroką panoramę ręcznika czy innej narzuty, pogrążonych w tej gotyckiej mgle, rzecz jasna, a gdzieś, w oddali, majaczy się sprzedawany przedmiot.
Ledwo ledwo majaczy.
Na dodatek w jakieś chorej perspektywie, skręcony w paroksyzmie bólu, jak w krzywym zwierciadle.
Zdjęć jest góra 2, więc brak szans, że czego nie widać na jednym – dojrzymy na innym.
Nie inaczej było w tej konkretnej ofercie.
Żeby obejrzeć dzbanek dokładniej, ściągnęłam sobie te słownie dwa zdjęcia i maltretowałam programem graficznym przez dobrą godzinę, tupiąc i rzucając mięsem.
Mimo to zakup był mocno ryzykowny, zaufałam bardziej swojej intuicji niż tym nieszczęsnym fotom, czy enigmatycznemu opisowi.
Kiedy kurier przyniósł paczkę – prawie zasłabłam.
Pudło z zewnątrz było wykonane z zupełnie miękkiej tektury, w zasadzie to nawet nie było pudło, a kartonowa konstrukcja, pookręcana taśmą klejącą.
Podczas rozpakowywania serce prawie wyskoczyło mi z piersi.
Tym bardziej, że całość była bardzo lekka i luźno zapełniona, tą wolną przestrzeń było „słychać” podczas każdego, delikatnego nawet, ruchu pudełkiem.
Szczęśliwie po chwili okazało się, że w nikłym towarzystwie zmiętych gazet sprzedający umieścił kolejne kartonowe konstrukcje, dokładnie otaśmowane.
I to wystarczyło, uff.
Po umyciu przyjrzałam się dzbankowi jeszcze raz.
To chyba najpiękniejszy dzbanek w mojej kolekcji, a z pewnością w pierwszej trójce tych najpiękniejszych i o najbardziej oryginalnej, wyrafinowanej formie   🙂

 

 

 

 

 

 

Kwiatuszki są ręcznie malowane, i to całe, nie „domalowywane”… złocenia tylko troszkę wytarte na uchu, a na tym niesamowitym dziobie w niemal idealnym stanie, na dziobie, jakiego w życiu nie widziałam!!!!
Nie wiem, czy to wąż, czy ptak, czy coś pośredniego między nimi… po prostu esencja niesamowitości 🙂

 

 

Plus ta biedermaierowska pękatość.
I „trzymadełko” dekielka ❤

 

Założę się, że gdyby sprzedający umieścił w ofercie lepsze zdjęcia, żadne tam szczyty techniki fotograficznej, po prostu wyraźnie pokazujące dzbanek, nic więcej, to po godzinie byłby już sprzedany.
A tak to po „ustawowych” 9 dniach obecności na allegro oferta musiała być parę razy wznawiana z powodu zerowego zainteresowania.
Nawet ilość jej wyświetleń była bliska zeru.
No bo co tu kurde oglądać, jak nie ma co oglądać? 😛
I tylko mojej intuicji, dociekliwości i uporowi zawdzięczam to szczęście 🙂

Tym większe, ze to cudeńko sfinansował mi św. Mikołaj, więc sami rozumiecie….

 

Jest jednak sprawa  🙂

Dzbanek nie jest sygnowany, na jego dnie brak wycisku, stempla czy choćby podpisu malarza, nic, tabula rasa  😉

Macie jakieś pomysły co do producenta?

Datowania?

Czegokolwiek?

Próbowałam posiłkować się netowymi zdjęciami dzbanków o podobnej formie, ale wyniki mają spory rozrzut i są generalnie z kosmosu, więc, pomóżcie, plis  🙂

🙂

 

Reklamy