Tagi

Będzie krótko i na temat, czyli co robię, żeby przetrwać te kurewskie tropiki.
W punktach i z tabelą ocen.
Możecie dopisywać własne pomysły.

1.

Otwieram okna nocą, w dzień są zamknięte, a dokładniej: okna od wschodu otwieram dopiero wtedy, gdy temperatura za oknem wyrówna się z tą w pokojach, czasem to jest dopiero koło północy… zamykam koło 7, gdy wschodzące słońce zaczyna radośnie napierdalać i budzi mnie uczucie smażenia się na patelni, czasem robię to profilaktycznie ciut wcześniej. (przynajmniej do czegoś się przydaje to, że źle sypiam i budzę się co godzinę, dwie…) Skuteczność najwyższa, jednak do czasu, bo blaszany dach z przeżartą przez szkodniki izolacją i tak w końcu wygrywa, ale walczę.

2.

Piję dużo zimnego.

Dużo – znaczy dziennie prawie litr kawy, z lodem, albo wręcz mrożonej plus co najmniej 2 litry mineralki, też z lodem, piwo nie bardzo, bo niestety, choć lodowate – po czasie rozgrzewa.

3.

Wiatrak.

No i tu jest słabo, bo: puszczony na stopy mało odczuwalny, puszczony wyżej fajnie chłodzi, ale od razu zaczyna mnie strzykać w kościach, łapie katar i postrzał lędźwiowy, zaczyna boleć gardło i uszy. Do kitu z takim chłodzeniem. Puszczony bądź gdzie, coby tylko mielił powietrze i zaczynają mi spadać plakaty, dziś spędziłam pół godziny z drabiną, pinezkami i taśmą klejącą, też mi pożytek, ech.

4.

Ubranie.

Kiedy jestem sama, a jestem większość dnia, chyba, że lekcje – to łażę po domu w cieniusieńkich koszulinkach z milanezu, to materiał taki, z natury zimny i śliski w dotyku, lepszy niż satyna czy coś. On się nie nagrzewa, nigdy i to jest super. Dużo lepsze, niż chodzenie czy spanie nago, wiem, sprawdzałam. Pościel też najlepiej jakaś śliska w dotyku i nienagrzewająca się.
Najgorsze w spaniu jest to, że czymkolwiek się przykryję – jest mi za ciepło, a kocham się otulać kołderką, cieniusieńką choćby, a tu kicha.
Dziś wypróbuję przykrycie się szlafroczkiem z milanezu, wrażenia opiszę.
4a. Boso. Żadnych kapci, klapek, nic. Gołe stopy po parkiecie, po lenteksie w kuchni, po płytkach w łazience, mmmmm…. 🙂

5.

Polewanie się zimną wodą.

Podobno najlepiej, żeby chłodzić zgięcie łokciowe i kark, i tak robię. Doraźnie pomaga, nic, że mieszkanie zachlapane, tyle, że kursuję do łazienki co chwilę i się moczę i na tych spacerach upływa mi dzień – słabo. Podobnie szkoda mi życia na godziny w wannie.
5a. Łeb pod kran. Nieźle, całkiem nieźle, uczucie chłodu zapewnione, woda z włosów milusio sączy się i kapie po jakiejś cieniusieńkiej koszulinie – ale fryzurę szlag trafił, wyglądam potem jak debil.
5b. Stopy do miednicy z zimną wodą. Właśnie to wypróbowuję, zamontowałam sobie pod biurkiem z kompem takie chłodzące ustrojstwo, na starym płaszczu kąpielowym, coby nie zalać sąsiadów z dołu. Działa nieźle. Ale ledwo wyjmę stopy z przyjemnego chłodku – zalewa mnie fala gorąca, błeeee…. a nie wyjmować nie sposób, chyba, że miednica na sznurku i ciągnąć wszędzie za sobą, eh…
No i czekam na zapalenie stawów czy coś 😉

A jakie rady są do dupy?

 
„Jedź nad wodę – rzekę, Bagry, Kryspinów, cokolwiek.”

 
Do dupy, bo zanim dojadę to umrę z upału, w powrotnej drodze po raz drugi. Nie mam samochodu, z klimą tym bardziej, więc jakiś autobus czy coś, po to, by pocić się publicznie (zamiast prywatnie w domku) i moczyć razem z tłumem obcych, niekoniecznie domytych (w domu moczę się sama, w osobistej wannie i nie narażam na bakterie kałowe i inne takie) ????
Bez sensu. Wolę własny prysznic i domową swobodę.

 
„Przesadzasz, jak przyjdzie zima będziesz narzekać na zimno”.

 
O, takie uwagi powoduję wzrost ciśnienia i rodzą wkurw.
Bo NIE przesadzam, w upał mdleję i generalnie z trudem funkcjonuję, z ogromnym trudem. A zimę kocham, i zimno, i snieżek i takietam ❤  No chyba że minus 20 i piece nie wyrabiają, to się krzywię, bo opłaty za prąd szybują do nieba. Ale poubieram się i żadne zimno mi nie straszne. Nawet ostatniej zimy kupiłam sobie czapkę, matko, chyba nawet 2, (dotąd dawałam radę bez) i rękawiczki mam cieplusie i buty i płaszcz, więc żadna zima mi niestraszna 🙂

Podsumowując: nie ma jednego, skutecznego sposobu na wygranie z upałem, nie w moim domu. Ale walczę, na tyle na ile się da. I staram się nie wkurwiać, bo wkurw rozgrzewa   😛 Trenuję cierpliwość   😉
Wykorzystuję sytuację domowego zabunkrowania na robienie rzeczy na kompie czy z papierami czy coś, odkładanych od tygodni albo i miesięcy.
I raz dziennie sprawdzam prognozy na kilku serwisach, pocieszając się, że z każdą chwilą ochłodzenie coraz bliżej, coraz bliżej… 😉

 

Drzoanna.jpg

Reklamy