Tagi

Kiedy myślę o chwilach, które zapiszą się trwale w mojej pamięci, o dniach, z których nie chciałabym uronić ani sekundy – to z całą pewnością będzie to ostatnia sobota..
Jej wyjątkowość została jedynie w niewielkiej części zaplanowana – reszta to absolutny spontan.
Plany wzięły się stąd, że zanosi się na koniec moich wakacji – już od poniedziałku czekają mnie regularne zajęcia i to w sporym natężeniu, że nie wspomnę o zapowiadanej fali nieziemskich upałów.
I jedno i drugie zamknie mnie w domu na długie godziny, nawet dni, postanowiłam więc, póki co, rzutem na taśmę, spędzić ten ostatni weekend wolności tak, jak kocham: z ludźmi, których uwielbiam, na włóczęgach i pogaduchach. Tańców i opery nie przewidziałam – ale o tym później.   🙂
Więc pogaduchy   🙂
Nie wiem, czy coś może ucieszyć bardziej, niż fakt, że dziewczyna, z którą chce spędzić resztę życia Twój najlepszy przyjaciel jest Twoją bratnią duszą   🙂
A przynajmniej, podobnie jak i Ty, choruje na porcelanozę   😀
I możesz wraz z nią godzinami zachwycać się kształtem i dekorem niebieskiego burgenlanda, przerzucać się historiami manufaktur i sygnatur oraz wspólnie zastanawiać się, jak należy wymawiać/akcentować zwrot „art deco” i czym wyroby w tym stylu różnią się od secesyjnych, śmieszkując sobie niewinnie na temat „januszów kolekcjonerstwa„, którzy puszą się i nadymają, jakby zjedli wszystkie rozumy   😉
I choć Twój przyjaciel podczas tej rozmowy zaczyna przewracać oczami z powodu „no ileż można o tej porcelanie no…” i co 4 minuty wychodzi na papierosa, to za chwilę udawany foch ustępuje podczas raczenia się pizzą i tu też śmieszki, bo okazuje się, że zamówiliście taką z oliwkami sądząc, że lubi je to drugie i teraz oboje pracowicie wydłubujecie czarne krążki, tworząc zgrabne piramidki na brzegu talerza.
A Ty znad kolejnego kawałka tej zdrowej, rzecz jasna, żywności (no co, uprzedzałam, że nic nie upichcę, kuchnia jest od napawania się porcelaną a nie od gotowania broń boże) popatrujesz na parę siedzącą naprzeciw, patrzysz na ich miłość i oglądasz z ochami i achami zachwytu urzekający dowód tej miłości, ale o tym ććććć, milczę jak grób, tajest 😀

Po części wstępnej nastało rozwinięcie – wieczorno-nocny wypad z K.
Rzecz jasna, po prologu w postaci zwiedzania muzeum porcelany w stylu shabby   🙂
A potem podreptałyśmy sobie – gdzie nogi poniosą   😉
Nie ma jak spacery w zupełnej ciemności totalnie rozkopanym Przedwiośniem, clubbing po Kazimierzu, pokonywanie lęku wysokości na ażurowych schodach do Opium, rewelacyjne piwo na dachu z Wielkim Wozem w zasięgu ręki 🙂
Szalone próby przedarcia się na cmentarz (bo przecież jakaś grupa przemyka się z latarkami między grobami, widzisz ich, widzisz?) połączone z odkryciem tysiąca cudnych dzikich zaułków i „jakby zawył alarm to będę Cię ubezpieczać” i „jesteś pewna, że na takich obcasiczkach da się szybko spierdalać?”.

Myślę, że nie ma osoby, która nadawałaby się do takich eskapad bardziej – niż K.
I nie tylko do tego, bo z niewieloma osobami czuję się tak swobodnie, poważnie no.
Bo jej mogę się zwierzyć z wszystkiego – z wszelkich moich durnowatych pomysłów, szalonych planów – ale także z błędów młodości.
Mogę szczerze wyznać, czego żałuję a czego nie i dlaczego, które krzywdy puściłam w niepamięć a których nie wybaczę za chuja – i K. to rozumie, bo zawsze cierpliwie i z uwagą wysłucha.
Mogę się wygłupiać i bawić – i nie usłyszę słowa krytyki, nawet karcącego spojrzenia, że nie wypada czy coś.
To niesamowicie cenne, kiedy ktoś lubi Cię taką, jaka jesteś, mimo iż wie – że nie jesteś ideałem, nigdy Cię nie osądza – a na pewno nie z góry.
Rozumiemy się też w mniej poważnych kwestiach: gdy wylądujemy w jakiejś knajpie nie wiążemy jedna drugiej łańcuchem i nie ma problemu, gdy K. ma ochotę poplotkować z właśnie spotkanymi znajomymi a ja wolę poszaleć na parkiecie, albo na odwrót.
I jest jeszcze jedna rzecz – jej wokal
Gdyby można było przekuć jej śpiew na miecze, to niepotrzebna byłaby valyriańska stal, żeby pokonać Innych czy podbić każde Westeros 😉
Kiedy K. śpiewa – buty spadają, a ja nie jestem w stanie opanować łez wzruszenia.
Jej niesamowity, mocny sopran kruszy skały, także skały ludzkich serc.
Żaden inny wokal nie rozwala mnie bardziej i to od pierwszego dźwięku.
No i w sobotę jakoś tak od słowa do słowa i gdzieś w okolicach świtu z Apotekowej didżejki popłynęła słynna wokaliza z „Dziewiątych wrót” Polańskiego.

a mówiłam, że jest też wykonanie Koreanki Sumi Jo?    😉

 

I wtedy K. zaczęła śpiewać.
Bez mikrofonu i wydawało się, że zupełnie, kompletnie bez wysiłku.
Miałam wrażenie, że jej głos, jej śpiew, wydobywał się gdzieś spoza niej, z tyłu, że wytwarzała go jakaś magiczna, czarodziejska aura wokół jej drobnej postaci… bo wierzyć się nie chciało, że te ledwo 40pare kilogramów było w stanie wyprodukować coś tak niesamowitego i o takiej mocy.
W pewnym momencie Belit w żartobliwym geście zebrała ze stolika szkło i ukryła gdzieś z boku, i choć były to jedynie przyjazne heheszki, to myślę, iż kuflom zagrażało rzeczywiste niebezpieczeństwo.
Wydawało się, że za chwilę runą ściany Apoteki.
Więc oczywiście – były dzikie balety do świtu i poznałam strasznie fajne dziewczyny, podobnie jak ja zapamiętale wywijające na parkiecie i było wiele innych, fajnych zdarzeń, ale to fenomenalny wokal K. najmocniej zapisał mi się w pamięci wśród wspomnień ostatniej nocy.
Potem był jeszcze powrót do domu, cudowny spacer wśród chłodu nocy i gwiazd.
A ja dreptałam sobie swoim ulubionym tempem wdychając zapach lipcowych kwiatów i nadwiślańskich krzaczorów i ciesząc się każdą chwilą.
Pomogłam odnaleźć właściwy azymut zagubionemu, ślicznemu Azjacie (nie, tu nie jest Zabłocie, zdecydowanie nie, masz jakiś gps czy choćby mapę Krakowa w telefonie, tak? to teraz patrz – tu Wisła, tu Mateczny, tu jeżdżą tramwaje i nie, nie widziałam Twojej dziewczyny…trzymaj się i uważaj na siebie!) i czułam się szczęśliwa.
Czułam, że żyję.
Smakowałam to uczucie i starałam się je zapamiętać.
Bo nie wiem, ile przede mną podobnych chwil, ile jeszcze będzie takich nocy… może 5, może 15, ale kto to wie… To może być ostatnia taka noc.
Na długo.
Albo na zawsze.
Upały, nawał pracy, nawał prozy życia.
Nie wiadomo, co się wydarzy.
Dlatego zbieram takie wspomnienia, kolekcjonuję podobne chwile, takie noce, i jedną po drugiej nawlekam na nić, jak paciorki… i sięgnę po nie, kiedy tylko zechcę, i przesuwając w palcach, powoli i z namysłem, wrócę do nich, do każdej pięknej sekundy, i zanurzę się w niej po pas, po szyję…

Drzoanna.jpg

Reklamy