Tagi

 

demolition.jpg

 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio polecałam Wam jakiś film.
Winna temu jest proza życia, która wciągnęła mnie w swoje tryby, przemieliła i wypluła osobę zmęczoną i pełną goryczy, która w ruchomych obrazkach szukała już tylko ukojenia, sposobu na odwrócenie uwagi od zmartwień, i może nieco wyższych lotów, ale jednak – rozrywki.
W akcie desperacji rzuciłam się na komedie romantyczne z Sandrą Bullock i hiciory lat 90tych. Pomagały mi też seriale – i im dalej przenosiła mnie ich akcja, tym lepiej.
Dalej w sensie dosłownym i metaforycznym, byle coś innego, byle w jakiś kompletnie odmienny, nawet szalony świat, byle nie mój.
Tak bardzo wsiąkłam w seriale, że naprawdę nie jestem pewna, nie pamiętam dokładnie, czemu sięgnęłam po film pełnometrażowy.
Chyba nie mogłam doczekać się kolejnego epizodu „Gry o tron” ani „The walking dead”, a do „The Americans” wciąż nie pojawiały się napisy.
Przypadek zrządził, że wybrałam „Demolition” z 2015, a inny – że nie widziałam go wcześniej.
Generalnie bywam na bieżąco, więc początkowi odtwarzającego się właśnie filmu towarzyszyło moje oczekiwanie, że zaraz rozpoznam jakąś scenę, jakiś dialog i okaże się, że jednak kiedyś go oglądałam.
Ale nic takiego się nie stało, natomiast w związku z rozpoznawaniem od razu zajarzyłam, skąd znam aktora, odtwarzającego główną rolę.
Na plakacie wyglądał jakoś tak „nierozpoznawalnie” – ale starczyła pierwsza scena, żeby odezwał się głos w moim sercu.
„Donnie Darko” – zawołał ten głos i już wiedziałam, że mój wybór był trafny, bo kocham Jake’a Gyllenhaala, jego niepokojącą urodę i postaci, jakie tworzy. W tym chłopaku, w rolach, jakie tworzy, jest coś szalonego, coś, czego trochę się boję – ale chyba bardziej mnie to pociąga  🙂

I ten film też taki jest.

A jego przesłanie jest tak oczywiste i uniwersalne, że nie będę robić debila ani z siebie ani z was, drodzy czytelnicy, jestem pewna, że odnajdziecie je bez trudu, że przemówi do was tak mocno – jak do mnie.
Ze wzruszycie się do głębi, a potem podumacie trochę o swoim życiu.
O tym co ważne – i o tym, co sami wynieśliście na piedestał.
I może dojdziecie do wniosku, że w waszym życiu także przydałaby się mniejsza lub większa destrukcja.
I sięgniecie po młot – jak uczynił to Davis, bohater filmu.
To szalenie uzdrawiające, polecam gorąco z własnego doświadczenia   🙂

PS.
I oczywiście – soundtrack.

http://www.what-song.com/Movies/Soundtrack/1940/Demolition
Bach, Szopen, Free, Eric Burdon z Animalsami, sporo klawiszy z różnych epok, współczesny mocny rock i Charles Aznavour….

O tym, jak działa na mnie tzw piosenka francuska z lat 60tych pisałam już przy okazji recenzji francuskiego albumu Theriona, więc tu nie muszę tłumaczyć mojego zachwytu   🙂

 

Drzoanna.jpg

Reklamy