Tagi

 

19247857_1588407977867396_2054309204720036287_n.jpg

 

 

https://www.facebook.com/events/142940206265147/

Oficjalna i pełna nazwa imprezy to Digital Riot vol. 24: Castle Party 2017 Official Warm-Up, jednak tytuł mojej opowieści jest mniej oficjalny, ponieważ wiem, że nie zanosi się na profesjonalną relację, nie będzie fotek, nie zabrałam nawet aparatu.
Ze względu na niesprzyjający układ planet i splot zdarzeń (nastrój psychiczny i uszkodzenie fizyczne) wybierałam się do Apoteki jedynie na chwilkę, na „jedno piwko i do domu” i nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że skończy się na balowaniu do 4 rano, że o ilości piwek nie wspomnę.
I żeby tylko na balowaniu – szalałam na parkiecie jak dzika, co chwilę wsadzając głowę pod kran ze względu na temperaturę na dansflorze, a pokontuzjowy ból uda gdzieś się ulotnił.
Zanim jednak na tym parkiecie się znalazłam…
Nie uwierzycie, pokonanie kilkumetrowego korytarza, od Apotekowej bramy przy Meiselsa 24 do wnętrza pubu – zajęło mi jakaś godzinę czy może nawet dwie.
Na pierwsze pół godziny utknęłam jeszcze na ulicy z powodu Karoliny i Piotra, którzy wraz z grupką znajomych chłodzili na zewnątrz pubu rozgrzane ciała i serca.
Kolejne pół przegadałam z Darią i Kafcokiem, metr dalej.
Następny przystanek w drodze przez Apotekowy korytarz to stolik, zajmowany przez Edytę i Michała.
Potem jeszcze Adam, Piotrek, Żelka i z powrotem przed bramę – bo tam Bagi ze swoją ekipą.
I oczywiście w rozmowach królował temat Kaszlowy.
Czy jadą i że oczywiście tak, i który to już raz i czy kwatera czy pole.
I przedyskutowałam z każdym zalety i wady każdej opcji (co lepsze – namiot czy pokój przechodni)
I jak to jest, kiedy o 5 rano słońce zaczyna napierdalać w plandekę czy inny tropik.
I jak smakuje zimna woda prysznica po godzinie czekania w kolejce.
I z występu której kapeli cieszymy się najbardziej i czemu to jest Diary of Dreams  😉
I ile warto zabrać walizek a ile par butów.  😀
A potem, gdy w końcu udało mi się wejść – powtórka tematów z pozostałymi kandydatami na Bolkowskich survivalowców – z Izą, Łukaszem, Nancy
I powiem Wam – że udzielił mi się ten klimat przedwyjazdowy, przed-kastlowy, ta pełna emocji atmosfera tuż przed wielką przygodą.
I nieważne, że sama na CePie nigdy nie byłam i pewnie nie będę – dzięki takim rozmowom jestem do tego wyczynu doskonale, choć jedynie teoretycznie przygotowana.   😀
Atmosferę podkręciły dobiegające z wnętrza pubu radosne piski dziewczyny, która wylosowała festiwalowy karnet – słyszałam je doskonale mimo, iż zajęta plotkowaniem stałam wciąż na schodach.
I powiem Wam, że cała noc przesycona była takimi festiwalowymi, pełnymi ekscytacji, magicznymi klimatami.
Wdychałam więc ten nastrój, wciągałam wszystkimi porami skóry, smakowałam ukochane muzyczne brzmienia gibiąc się do nich na parkiecie, odurzona wszechobecną czernią strojów, zachwycona klimatem dawnych EP czy CGNów, który na chwilę powrócił.
Napawałam się towarzystwem „naszych”, których tak trudno spotkać ostatnio w takiej ilości, na raz, w jednym miejscu.
I po raz 2137 pomyślałam, że tego nie zrozumie w pełni nikt, kto nie należał w życiu do jakiejś subkultury, nie czuł się częścią jakiejś grupy…
I o tym, że tak trudno sprecyzować, na czym to dokładnie polega, co nas łączy.
Że oczywiście – muzyka, rodzaj brzmień – ale i sposób wyrażania emocji i reakcji na świat, specyficzna otwartość na drugiego człowieka.
Normy obyczajowe, poglądy, zachowania – pewnie też, w jakimś stopniu też – ale od zawsze wzruszała moje małe serduszko ogromna serdeczność, panująca wśród „naszych”.
Te wszystkie ciepłe uściski i cmoki na powitanie i pożegnanie, co wiązało się często z półgodzinnym obchodem całej imprezowni – przed i po…
To wzajemne pilnowanie swoich rzeczy, ciuchów, plecaków i torebek – praktycznie z automatu, a w moim przypadku, dodatkowo – okularów, notorycznie zostawianych na stoliku, czasem przy barze.
Ta zaprzyjaźniona łapka ze zwitkiem papieru toaletowego, która tak sama z siebie całkiem wsuwa się za Tobą do toalety, zanim zdążysz zamknąć drzwi i przekonać się, że właśnie się skończył.
A spróbuj rozlać piwo, rozbić kufel, niech złapie Cię atak kaszlu czy coś.
Od razu w Twoją stronę wyciąga się tyle pomocnych rąk, każda z chusteczką albo innym ustrojstwem, ratującym sytuację albo i życie.
Spróbuj pokłócić się z chłopakiem – od razu tyle prawdziwie życzliwych gestów, rad i pocieszeń.
Ja sama w związku z moim kamienicznym nieszczęściem doznałam takiego ogromu życzliwości, serdeczności i ciepła, tyle osób deklarowało pomoc, zasypywało konkretnymi radami, tyle pomogło w sposób namacalny – że naprawdę no.
I często byli to ludzie, znani mi jedynie z „naszych” imprez, z którymi zamieniłam wcześniej dosłownie parę zdań.
„Nasi”.
To słowo tak wiele dla mnie znaczy.
Myśląc o „naszych” mam na myśli także osoby, które z wielu różnych powodów przestały pokazywać się na koncertach czy imprezach, ale więź wciąż jest. Mimo, że częstotliwość kontaktów zmalała, wciąż jest tak, że wystarczy jedno słowo, jedno hasło, prośba o pomoc – i rzucą wszystko, przyjadą, będą obok.
Myślę też o nowych „nabytkach”, o grupowych „świeżynkach”, które błyskawicznie wrosły w naszą minispołeczność i jakkolwiek nikt gotowi wieku nie liczy, a ja na imprezy i koncerty w klimacie pewnie będę chadzać do śmierci, to jednak myślę, że to w nich właśnie nadzieja.
Od nich zależy, czy podobne imprezy będą się nadal w Krk odbywały, czy śp. EP i CGN doczekają godnych następców.
Czy, z konieczności, pozostanie nam jedynie poskakać do „Bani u Cygana”
Póki co – wklejam link do mojego najbardziej wzruszającego wspomnienia z piątkowej imprezy.

Oto mój drugi w kolejności, po „Synthesize me”, ukochany kawałek Dioramy:

 

PS.

A w sobotę rano, czyli o 13:30, gdy udało mi się jakoś zwlec z wyra – zauważyłam na fb zapro do znajomych.
Nie wiem, jak to jest z tym u Was, ale we mnie takie poimprezowe zaproszenia budzą popłoch, taki w rodzaju „jesusmaria, co ja znowu nawywijałam”.
Pośpieszny rachunek sumienia podsunął mi parę niezręcznych możliwości, klikałam więc w stosowną ikonkę z duszą na ramieniu.
Tym razem jednak ominęły mnie rozkminy „ale kto to jest, matkobosko, kto to jest i osochodzi!!!!” i do uśmiechniętej buzi na fejsbukowym profilowym powiedziałam, także się uśmiechając „ooooo, jak miło „ 🙂
Nie pamiętam, kiedy ostatnio moją reakcją na podobne zaproszenie było taki ocean ciepła, rozlewający się po moim małym serduszku  ❤
Dzięki więc ogromne i serdeczne przytulasy,  K.     :*

I serdeczne uściski dla wszystkich „naszych”

Drzoanna.jpg

 

Reklamy