Tagi

Właśnie ogłoszono wyniki matur i mój grafik zaczął się na nowo zapełniać.
Póki jednak jest w nim sporo luzu, a temperatura poniżej 25 – usiłuję wykorzystać każdy dzień tej „wolności”.
Oczywiście – priorytet ma kamienica, tzw „załatwianie spraw” zatacza coraz szersze kręgi i sięga dziedzin, których bym w życiu o to nie posądziła, ale większość urzędów zamyka swoje okienka o godzinie 15, a potem, o ile jeszcze mam na cokolwiek siły – jest czas do innego wykorzystania.
Jasne, czasem to wykorzystanie polega na pisaniu pism, przeglądaniu i omawianiu dokumentów itepe, ale nie zawsze.
Wczorajszą porcję „załatwiania spraw” na mieście zakończyłam już po 14tej.
Przyznaję, czułam się trochę jak kosmita, albo jak we śnie, bo o takiej porze to rzadko wychodzę z domu – a co dopiero do niego wracać.
Ale, skoro już życie zmusiło mnie do przesunięcia w czasie, przyśpieszenia o jakieś 2 godziny wszystkich codziennych procedur – to czemu tego jakoś nie wykorzystać?
Pewnie, gdyby ktoś zmusił mnie, rozkazał tak wstać i wylecieć z domu koło południa – czułabym się koszmarnie i broniła przed tym gwałtem na mojej naturze zębami i pazurami, ale tak to czemu nie…
Skoro jakoś to nieszczęście przetrwałam – to wyciągnę z niego maksimum przyjemności.
Bo oto w tej IMO ledwo pośniadaniowej porze jestem w okolicach Ronda Kotlarskiego, słoneczko świeci, wiaterek wieje, zieleń pachnie… no i 3 kroki do Hali Targowej.
Kupić pewnie nic nie kupię – ale przynajmniej pooglądam.
Chyba w życiu nie widziałam tylu rozłożonych straganów na raz, tyle ciuchów, akcesoriów wszelakich (z tajemniczymi ustrojstwami z napisami po chińsku i garnkami z wzorem cebulowym włącznie), warzyw i owoców, że o turystach z Rumunii nie wspomnę.
Zazwyczaj wpadałam na Kleparz, Wolnicę czy inne targowiska z wywieszonym jęzorem i w momencie, gdy większość sprzedających zwinęła już lub właśnie zwijała swój towar – a tu prosz, spokój, luz i pełen wybór 🙂
Matko, jak cudnie było mieć czas pogapić się na spokojnie i potem podreptać dalej, noga za nogą, wdychając aromat lata.
Uwielbiam takie nieśpieszne wędrówki, łażenie nawet dla samego łażenia, przyglądanie się źdźbłom traw i liściom, drzewom i chmurom.
I luźne pogaduchy z jakimiś dziadkami o lekko menelowatym wyglądzie… tym razem trafił mi się jakiś mocno niedowidzący o kulach, z plecakiem wielkości ciężarówki.
„Niech pani uważa na tego brytana” – ostrzegł mnie, a gdy spojrzałam we wskazanym kierunku i roześmiałam się widząc kundelka wielkości myszy i to takiej niedożywionej – śmiał się razem ze mną.
A potem zwyczajowo – o pogodzie i chorobach, ale i o potrzebie śmiechu w tej naszej strasznej rzeczywistości   🙂
Po chwili znalazłam się na wysokości Cmentarza Żydowskiego, tzw Nowego (kirkut) i uzmysłowiłam sobie, że nigdy tam nie wchodziłam.
Kurde, mieszkam w Krakowie od 40 lat, ale nie zdarzyło mi się nigdy być w okolicy odpowiednio wcześnie, czyli przed 15:30 …
Wychodzący z pomieszczenia biurowego długowłosy o wyglądzie starego metala powitał mnie „du ju spik inglisz”, żeby, po ustaleniu, że może po polsku – o tych ramach czasowych mnie poinformować.
Na wszelki niewypadek zapytałam, czy mogę z gołą głową i w takim stroju (tu wskazałam na dekolt) – ale zapewnił, że mogę.
I udało się, spojrzał tam, gdzie chciałam i mam wrażenie, że bez tego mojego pytania też by to zrobił   😀

A potem przede mną było najczarowniejsze pół godziny tego dnia, pół godziny w zupełnie innym świecie i czasie. I nawet pora roku była inna, bo zieleń tam jakaś taka niezielona, poszarzała i po kostki brodziłam w jesiennych, zeschłych, brązowych liściach, a między drzewami, krzewami i pomnikami, wszędzie, rozciągały się niezliczone nitki pajęczyn.
Nie miałam ze sobą aparatu, nie planowałam tego – więc żadnych zdjęć, ale wędrując między nagrobkami z całych sił starałam się każde z miejsc zapamiętać, wciągałam je nosem, oczami i wszystkimi zmysłami… podchodziłam bliżej, zanurzałam opuszki palców w kołderce mchu, dotykałam kamieni, które ktoś położył na pomnikach.
Pod kamieniami leżały kartki papieru (kwitlech), z których deszcze spłukały już zapisane tam modlitwy i prośby do Boga…

Po przekroczeniu bramy rzeczywistość wydała mi się taka nierealna, przeskok w czasie aż zabolał, oślepiło słońce…
Real smakował belgijską czekoladą i wiśniami z jogurtem – bo takie kupiłam sobie lody.
Szłam więc sobie powolutku, pożerając najsmaczniejsze lody na świecie, po brodzie płynęła mi belgijska czekolada, trochę kapnęło na dekolt i bluzkę – ale nic to, było super, wszystkie nieszczęścia wydawały się takie dalekie…
Dziś postanowiłam to powtórzyć.
Czasu miałam znacznie mniej, bo lekcje (sesja => student => pieniądze => mam na chleb i rachunki ) ale i plany skromniejsze.
Najpierw na pocztę, ale po drodze wał nad Wilgą, krzaczory, park i zapach lata.
I powrót inną trasą, wzdłuż Krzemionek, napawając się moim kochanym Podgórzem.
I taka radosna, rozmarzona, odurzona słońcem i wiatrem wstępuję do apteki po Chrypex – skoro sezon lekcyjny wraca, trza zabezpieczyć struny głosowe.
Pani magister omyłkowo zaczyna mi wydawać resztę, jak ze znacznie większego banknotu, ja radośnie dowcipkuję, że skoro się upiera, to chętnie wezmę więcej, nie ma problemu, do naszych żarcików dołącza jakiś męski głos z tyłu, kątem oka dostrzegam dwumetrowego przystojniaka ze wzrokiem wbitym teraz w mój dekolt, odwracam się ku wyjściu wciągając brzuch i z całą siłą jeb!!!!
Przywaliłam udem w taką półeczkę z boku lady, pod okienkiem, szklaną, ale chyba z hartowanego szkła kurwa, bo z bólu straciłam oddech a ona wciąż cała.
Przystojniak pyta przytomnie, czy wszystko w porządku, udając lekki ton odpowiadam, że spoko, chyba żyję – i dopiero na zewnątrz pozwalam płynąć łzom.
Gdyby bolało choć trochę mniej – pewnie pozwoliłabym mu na jakąś pierwszą pomoc, mogłoby być śmiesznie, ale stać mnie tylko na dokładne rozmasowywanie miejsca, które wyczuwam przez spodnie, bo zrobiło się w nim zagłębienie.
I tak, masując miejsce po uderzeniu, wlokę się do domu, każdy krok to wysiłek jak chuj, bo mięsień się napina i czuję, jak to miejsce pulsuje mi pod palcami… więc jakiś altacet, ale i tak widzę, że na udzie wyrosło mi coś w rodzaju sinoczerwonego, twardego guza.
Teraz użyłam Ibum w żelu – i wreszcie czuję ulgę.

Ta miłość do facetów kiedyś mnie zabije.

 

Drzoanna.jpg

Reklamy