Tagi

Kiedy myślę o moim Ojcu, kiedy przegrzebuję pamięć szukając wspomnień z nim związanych – towarzyszą mi mieszane uczucia i sprzeczne emocje.
Bo z pewnością nie był typowym tatą, a jego poglądy, zachowania, metody wychowawcze z pewnością nie czyniły go tatą wzorowym. Gdyby zorganizowano jakiś konkurs czy plebiscyt w tej dziedzinie – mój Ojciec znalazłby się w odległości tysiąca lat świetlnych od podium.
Dziś myślę, że miało na to wpływ wiele czynników, choćby i to, że przyszło mu żyć w chwili totalnych zmian – historycznych, politycznych i obyczajowych.
Wychował się w Polsce przedwojennej, w rodzinie tzw inteligenckiej, z tradycjami, jego młodość przypadła na lata wojny – a w jego dorosłe życie wkroczyła zupełnie nowa rzeczywistość, robotniczo-chłopska, socjalistyczna. Mogłoby się wydawać, że Tata sobie z tym radzi, z tą dwoistością, ze swoistym rozdwojeniem myśli i czynów i pewnie po części tak było.
W domu swobodnie mówiło się o Katyniu, o 17 września, o społecznych protestach – o Poznaniu 56, o marcu 68 i o grudniu 70… słuchało się też Radia Wolna Europa.
Ale z drugiej strony mój Ojciec zapisał się do partii – choć podobno tylko po to, by nie utrudniać córkom wstępu na wyższe uczelnie, działał też w „reżimowych” związkach zawodowych.
Myślę jednak, że największym problemem były dla Taty zmiany w zakresie obyczajowości.
Sformułowanie „panienka z dobrego domu”, stosowane przez niego absolutnie poważnie, kompletnie nie pasowało do ówczesnej rzeczywistości, szczególnie szkolnej.
Surowe wyliczanie – na co może, a na co absolutnie nie powinna pozwalać sobie rzeczona „panienka” rodziło nieustanne konflikty – a moich szkolnych kolegów rozśmieszało, rzecz jasna.
Mnie do śmiechu było znacznie mniej – ponieważ od najmłodszych lat byłam izolowana od rówieśników, oni bowiem, zdaniem Taty, w olbrzymiej większości stanowili dla mnie „zupełnie nieodpowiednie towarzystwo”… o zabawie z nimi mogłam więc tylko marzyć.
O towarzystwie niań/pomocy domowych jeszcze kiedyś napiszę bardziej szczegółowo, teraz dołożę do mojej opowieści bajkowy ogród sióstr Urszulanek, gdzie spędzałyśmy z siostrą cały wolny czas – oczywiście tylko we dwie.
Teraz, gdy o tym piszę, mam wrażenie, że to musiało się dziać w jakimś pieprzonym średniowieczu, w kurewsko zamierzchłych czasach – i niemożliwe, żeby tyczyło tej samej osoby, która siedzi teraz przed płaskim monitorem i stuka palcami w klawiaturę, w pokoju wypełnionym plakatami kapel gotyckich i metalowych…
Tamta dziewczynka, bawiąca się w alejkach ogrodu, między starannie utrzymanymi klombami po części zdawała sobie sprawę, jak bardzo jej dzieciństwo różni się od stylu i sposobu, w jaki spędzają czas inne dzieci. Czasem z wysokości kuchennego balkonu z zazdrością patrzyła, jak bawiły się na niewielkim podwórku kamienicy, jej nie było wolno do nich zejść – choć z niektórymi chodziła do jednej klasy… mogła tylko patrzeć, jak skaczą po kałużach, bawią się w chowanego w okolicznych piwnicach, ze śmiechem i pokrzykiwaniem przeganiając szczury.
Chyba tych gonitw za szczurami zazdrościłam im najbardziej.

Z upływem lat problem narastał.
Narastał też konflikt miedzy mną i Ojcem.
Nie chodziło już tylko o dobieranie mi towarzystwa (czyli praktycznie ograniczanie do zera), ale i zakaz zapraszania kogokolwiek do domu, rozliczanie z każdej minuty poza domem.
Za spóźnienie – całe tygodnie szlabanu na wyjścia, zamykanie butów na klucz, czasem w tajemnicy przed własnym synem ratowała nas z opresji babcia … z ciuchami i fryzurami też były jazdy, że „nieskromne”, że w długich włosach wyglądam jak dziwka… kłóciliśmy się o książki, jakie czytam, o muzykę, jakiej słucham – matko, znajomi przechwalali się kolekcją taśm czy kaset a ja dopiero w klasie maturalnej doprosiłam się o jakieś nędzne Bambino 2 i słuchałam „Venus” The Shocking Blue czy „Grand Hotel” Procol Harum z różowej pocztówki dźwiękowej…
Ale największe boje były o chłopaków, o to, że zadaję się z jakimś marginesem, tu stanowisko Taty było absurdalnie nieprzejednane. W zasadzie każdy, z którym chciałam się umówić – iść do kina czy na spacer, był skreślony z definicji, już na wstępie. Pamiętam, że zdarzyły się nawet jakieś głupie zmyślenia, totalnie wyssane z palca piętrowe historie, którymi mnie karmiono dla udowodnienia – z jak bardzo nieodpowiednią osobą się spotykam. Śledzenie, bezpardonowe czytanie korespondencji czy pamiętnika.
Były też krzyki, awantury, wyzwiska…
Ale w pewnym momencie Ojciec jakby się wycofał, poddał, zaniechał dyskusji, wszelkich rozmów także.
Przestał krytykować – ale i w ogóle reagować na to, jak się ubieram, z kim spotykam, jak żyję. Nie pytał o znajomych, jedynie zdawkowo „jak na studiach” – i tyle.
Wtedy przyjęłam to z ulgą – ale nigdy nie zapytałam, dlaczego. Czemu zrezygnował, dlaczego odpuścił.
Wkrótce potem zmarł.
Nigdy więc nie zadałam mu tego pytania.
Nie zadałam mu też wielu innych pytań.
O wspomnienia z dzieciństwa, ze Złoczowa, wojenne i rodzinne.
Także o jego kalectwo – ten temat był w moim domu tematem tabu, nigdy się o tym nie mówiło, nawet nie używało „tego” słowa.
Że o „tym” się nie mówi – wiedziałam od zawsze, z tą wiedzą rosłam i było to dla mnie tak naturalne, jak to, że mój Tata wygląda inaczej, niż wszyscy, po prostu – przynajmniej bardzo długo tak to odbierałam.
Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy, spacerując z nim za rękę, pierwszy raz poczułam dziwne spojrzenia przechodniów.
Jakieś uśmieszki, szepty, pokazywanie palcami.
I gdy któraś z pomocy domowych zaczęła mnie wypytywać, dlaczego „młodszy” pan ma garb (tak, wtedy usłyszałam to słowo, to straszne, stygmatyzujące słowo po raz pierwszy) i czy zauważyłam, że ma jedną rękę krótszą.
Nie, nie zauważyłam, miałam pewnie z 6 lat, tata był dla mnie po prostu tatą, tyle; co prawda, nigdy się ze mną nie bawił, nie opowiadał bajek czy coś – ale zabierał na stadion, później na mecze… uwielbiałam, kiedy pozwalał nam z siostrą przychodzić do apteki, gdzie pracował, buszować po nieskończonych labiryntach salek i sal, wśród tajemniczych pojemników, butelek i buteleczek, opłatków, cynowych moździerzy, aparatów do destylacji wody…
Apteka, już niestety nie istniejąca, jedna z najstarszych w Tarnowie, o nazwie „Pod Aniołem” – była niesamowitym miejscem.
Zabytkowe, pięknie rzeźbione meble, metrowej grubości ściany i ostrołukowe sklepienia a nad tzw „pierwszym stołem” częściowo odsłonięty fresk, no i Tata, Tata, królujący nad tym wszystkim w swoim kierowniczym gabinecie z ogromną palmą.

SAM_3412.JPG

 

Królujący, mimo niskiego wzrostu.
Majestatyczny i dostojny.
Bo może Tata miał 140 cm i pokrzywioną sylwetkę, ale jego wnętrze, jego natura, jego duch – miały przynajmniej metr 90.
Nigdy, ale to nigdy nie odniosłam wrażenia, że się swojego wyglądu wstydzi, albo chociaż krępuje, że z tego powodu czuje się niepewnie.
Wręcz przeciwnie.
Mój Ojciec był pełen godności i wewnętrznego spokoju.
Powszechnie szanowany, ceniony i lubiany. Zawsze czuł się pewnie i swobodnie w towarzystwie kobiet, zawsze lubił i potrafił z nimi flirtować, a z tego, co odszukałam, co wyczytałam (w pamiętnikach mojej mamy i w rodzinnych albumach) wynika, że miał spore powodzenie.
Zawsze szalenie dbał o swój wygląd, do samego końca nosił garnitury, tylko i wyłącznie szyte na miarę, zresztą u tego samego krawca; z butami było podobnie – od czasu do czasu sprawiał sobie nową parę u najlepszego tarnowskiego szewca – oczywiście skórzanych, o przedwojennym fasonie i elegancji.
Po przyjściu z pracy przebierał się w coś w rodzaju domowej marynarki, którą nazywał „bonżurką”, jego domowe bambosze także pełne były szyku.
Nie miał nawet cienia kompleksów.
Budziło to mój niesamowity, nieustający podziw.
Jednak tym, co budziło mój największy szacunek i uznanie – była jego odwaga.
Nie tylko ta codzienna, która kazała mu trzymać głowę hardo do góry i pozwalała być ponad wszelkie szydercze spojrzenia czy chamskie uwagi.
Mówiąc o odwadze Taty mam na myśli wydarzenie mniej więcej ze środkowych lat mojej podstawówki, może ciut późniejsze, z 6 klasy…

Było upalne popołudnie, maj a może sam początek roku szkolnego – pamiętam letnie, bawełniane sukienki w kolorowe, ukośne paski, które założyłyśmy z siostrą, wybierając się do koleżanki.
Nie, nie, nie chodziło o żadne tam dziewczyńskie pogaduchy – potrzebowałyśmy jedynie pożyczyć od niej zeszyt do geografii, czegoś tam nie zanotowałyśmy, może opuściłyśmy lekcję z powodu choroby – no jakoś tak.
Do dziś pamiętam, jak nazywała się ta dziewczyna i bez wahania wskazałabym jej blok na tzw. wojskowym osiedlu przy sąsiedniej ulicy.
Jej ojciec, kapitan WP, brał udział w polskiej interwencji w Czechosłowacji w 68 roku a ona, jako jedyna w klasie nie chodziła na religię, ale nam, dzieciakom, ani jedno ani drugie zupełnie nie przeszkadzało.
Jaśka była bardzo lubiana, zeszyty prowadziła niezwykle starannie swoim pięknym, kaligraficznym pismem i zawsze chętnie je pożyczała.
Nie zastałyśmy jej jednak w domu, schodziłyśmy więc po schodach jej bloku, powoli, noga za nogą, zastanawiając się po drodze, jak rozwiążemy zeszytowy problem.
Dyskutowałyśmy tak zawzięcie, że nie zauważyłyśmy chłopaka, który wyszedł z jednego z mieszkań i zastąpił nam drogę, zastawiając rozpostartymi w bok rękami całą szerokość klatki schodowej.
Wyrósł przed nami jak spod ziemi, nie pozwalał nam przejść i zagadywał drwiąco, czego tu szukamy.
Był niewiele, ale wyraźnie od nas starszy, poza tym jego kpiący i zaczepny ton, jego docinki i szydera wystraszyły nas obie już na wstępie.
Próbowałyśmy tłumaczyć, po co i do kogo tu przyszłyśmy, ale chłopak wyczuł nasz strach i jego kpiące odzywki stały się jeszcze bardziej jadowite i nieprzyjemne.
Im bardziej prosiłyśmy, żeby przestał i nas wypuścił – tym chłopak stawał się bezczelniejszy.
Groził, że nie pozwoli nam wyjść, nie ma mowy, no chyba, że zrobimy coś dla niego, jeszcze pomyśli, co…
W pewnym momencie, śmiejąc się urągliwie, sięgnął ku mojej sukience, usiłując ją unieść do góry, kiedy z krzykiem przyciągnęłam ją do ud – sięgnął pod sukienkę mojej siostry.
Odwróciłyśmy się jak na komendę i płacząc w głos zaczęłyśmy biec wzwyż schodami, pukając, w zasadzie waląc do wszystkich drzwi po drodze i wołając o pomoc.
Ale mijałyśmy jedne drzwi po drugich i żadne nie chciały się otworzyć.
Kiedy wreszcie w jednych stanął jakiś facet, nagi do pasa i z ręcznikiem w ręce, na nasze bezładne opowieści, jedna przez drugą, co nas właśnie spotkało – wychylił się jedynie przez próg, wołając „ej, wypuść te dziewczynki, ale już” i zamknął nam drzwi przed nosem.
Chłopaka to tylko rozjuszyło i z szyderczym „co, nie podoba się wam nasza zabawa? poszły się poskarżyć, tak?” znowu ruszył w naszą stronę.
Tym razem jednak, do dziś nie mam pojęcia w jaki sposób – udało się nam go ominąć.
Może dlatego – że przecież byłyśmy we dwie, może pomógł impet, z jakim go minęłyśmy, nasza desperacja?
Biegłyśmy w dół, przeskakując po kilka schodów na raz, wypatrując zbawiennego wyjścia, i wciąż czując na plecach drwiący śmiech chłopaka.
Kiedy wpadłyśmy do domu, czerwone, zziajane, wręcz nieprzytomne, mokre od potu i łez – rodzice od razu się domyślili, że spotkało nas coś złego.
Opowiedzenie tego, co się zdarzyło, nie było łatwe, przecież do takiej „prawdziwej” fizycznej napaści nie doszło, chłopak nas praktycznie nie dotknął, no może jedynie tę sukienkę…
Ale rodzice w lot zrozumieli, co się stało, co tak naprawdę się stało.
I że tak tego nie zostawią.
Mama już sięgała po sandały – kiedy Ojciec wstrzymał ją zdecydowanym gestem.
„Nie, ja pójdę. Zostań.”
Zamienił swoją bonżurkę na marynarkę, założył te swoje skórzane buty o przedwojennym dizajnie, wziął nas obie za ręce zdecydowanym ruchem – i poszliśmy.
Pamiętam, że tłukła mi się wtedy w głowie jedna, jedyna myśl: boże, przecież on Tatę wyśmieje, ten chłopak wykpi kalectwo Ojca, wyszydzi, boże spraw, żeby się tak nie stało…
Któraś z nas musiała zapamiętać, z których drzwi chłopak wyszedł, więc Tata do nich właśnie zastukał zdecydowanie raz, potem drugi.
Prawie umarłam, kiedy drzwi w końcu się otworzyły i stanął w nich tamten chłopak.
Jednak daleko mu było do śmiechu, drwin czy szyderstwa – sprawiła to pełna godności, dumna i zdecydowana postawa mojego Ojca.
I znowu miał metr 90, kiedy tonem nieznoszącym sprzeciwu nakazał chłopakowi zawołać matkę.
Dziś nie pamiętam ani jednego zdania z przemowy Taty, ani jednego słowa, wiem tylko, że były one jak pociski, jak salwa, pod którą chłopak kulił się coraz bardziej, zapadał w sobie, malał.
W końcu zaczął płakać.
Płakał, jak my wcześniej – i przepraszał, że nie chciał, nie wiedział, nie pomyślał, że to tylko takie głupie żarty były, nie przestawał płakać i przepraszać.
Łzy zamoczyły mu całą twarz, zasmarkał się aż po brodę i nie wyglądał już wcale tak pewnie ani groźnie, zrobiło mi się go wręcz żal.
Kiedy wychodziliśmy (Tata znowu wziął nas obie za ręce jak małe dziewczynki) biegły za nami gorące zapewnienia i solenne obietnice matki chłopaka, która całej tyrady Ojca wysłuchała w milczeniu, blednąc jedynie z każdym zdaniem coraz mocniej – że, oczywiście, dopilnuje, zwróci uwagę, nie odpuści, że tak strasznie jej przykro i wstyd za syna…
Kiedy wracaliśmy w milczeniu (Tata cały czas ściskał nasze łapki zdecydowanie i mocno) czułam, że mnie także przybyło parę centymetrów.
Nie dalej niż godzinę wcześniej zostałam znieważona i zastraszona – teraz miałam ochotę podskakiwać z każdym krokiem, fruwać!
Czułam w sobie taką siłę, że rzuciłabym się z pięściami, własnoręcznie zadusiłabym każdego, kto użyłby wobec Taty słowa „garbus” albo zapytał drwiąco „a czemu twój tata jest taki mały”?.
Mój Tata nie był mały.
Był jednym z największych ludzi, jakich znałam.
Dlatego, kiedy myślę o Tacie, przeglądam stare albumy czy odkopuję zdarzenia, przysypane popiołem niepamięci – mam tak bardzo mieszane uczucia.
Myślę o jego wadach, o uporze wobec faktów, o jego naprawdę niepedagogicznych zagraniach, głupich i nieuczciwych – i równocześnie o jego dumie, odwadze i wielkości, na przekór wszystkiemu, na przekór chorobie, która pozostawiła trwały ślad w postaci mikrej postury.
O jego odwadze bycia garbatym (jezu, to słowo wciąż nie może mi przejść przez klawiaturę)
O wewnętrznym spokoju i godności.
I o duszy, która miała metr 90.

Drzoanna.jpg

 

Moi rodzice, niedługo po ślubie:

 

SAM_3415.JPG

Tata z ciocią Kazią, w jej tarnowskim ogrodzie:

 

SAM_3424.JPG

Reklamy