Tagi

Złe, tragiczne wieści mają zwyczaj spadać znienacka, uderzać, aż zabraknie Ci tchu.
Najgorszy jest więc nie ten pierwszy moment, kiedy stoisz ogłupiały i nie bardzo wiesz, co się stało.
Tak naprawdę źle zaczyna być wtedy, kiedy zaczyna powoli dociera do Ciebie, co tak naprawdę się stało i ogrom tego nieszczęścia zaczyna zasłaniać Ci horyzont.
Jestem właśnie na tym etapie.
Przedwczoraj zapadł w sądzie wyrok, jak łatwo się domyślić – niekorzystny.
Zacznę od początku i postaram się w skrócie, bo to nudne i chujowe i generalnie słabo się znam na prawie, więc w szczegółach mogę się pogubić.
Ze dwa lata temu, o ile pamiętam, wszyscy współwłaściciele mojej kamienicy dostali pismo z kancelarii adwokackiej, z którego wynikało, że, ku naszemu zaskoczeniu, nagle odnalazł się i objawił syn, a więc spadkobierca pani J. jednej z współwłaścicielek, która się w latach 70tych wyprowadziła i od tego czasu nie dała znaku życia. (Rzeczony syn był podobno w Krakowie w międzyczasie, znalazł się świadek, który widział go w okolicy, ale o tym dowiedziałam się dopiero na sali sądowej) Ja (wraz z exem) kupiłam swój udział już po jej wyprowadzce i nie miałam okazji jej poznać. Łatwo się domyślić, że od tego czasu wszystkie koszta i cała odpowiedzialność za utrzymanie kamienicy spadły na obecnych na miejscu właścicieli, naprawy i solidne remonty dachu, bramy wejściowej, rynien, instalacji, kominów, piwnic itepe. Kiedy zmieniła się sytuacja prawno-gospodarcza w latach 80/90 próbowaliśmy uregulować sytuację prawną domu, znieść współwłasność – czyli ustalić sądownie, nie tylko na gębe, co je czyje 🙂
Okazało się to jednak kosztowne dość mocno, poza tym wciąż utrudniała to niemożność odnalezienia Pani J. Ustaliliśmy – że najprawdopodobniej mieszka(ła) w Australii, ale ani ambasada ani konsulat czy inne urzędy nie były nam w stanie pomóc.
Mimo to szykowaliśmy się do przeprowadzenia w sądzie tzw zasiedzenia udziałów i podziału fizycznego kamienicy i w zasadzie udało się nam zgromadzić potrzebne dokumenty i środki – kiedy objawił się nagle syn pani J. i zażądał należnej mu części, prawie 1/4 domu.
Od początku byliśmy na straconej pozycji. Prawo własności, obecne tendencje, te sprawy. Ale próbowaliśmy, bo cudem odnaleziony popełnił parę błędów proceduralnych, czy jak się to tam nazywa.
Dał dupy po prostu, spóźnił się z dostarczeniem jakiegoś papiórka o dzień czy coś.
To dało nam szanse zaatakować tym zasiedzeniem.
Przygotowywaliśmy się jak opętani, ale niestety.
Ogłoszono wyrok – pani sędzina stwierdziła, że nie udało się nam wykazać tego, co wykazać należało, choć naszym zdaniem wykazaliśmy to jak chuj, nawet napomknięcia pani mecenas strony przeciwnej na to by wskazywały.
Ale wyrok, mimo wszystko, był przychylny dla strony przeciwnej.
Niestety, tak wygląda polskie orzecznictwo w podobnych sprawach – na kilkadziesiąt obczajonych tylko jedna, jedyna, i to z apelacją w Sądzie Najwyższym zakończyła się sukcesem starającego się o tzw zasiedzenie. I chyba niestety nie chodziło tu o udziały, a całość majątku.
Teraz czeka nas biegły, wycena domu i przeliczenie, ile trza facetowi zapłacić za te jego nieszczęsną część. Bo w kamienicy nie ma wolnego mieszkania, które można by mu oddać, wchodzi w grę więc jedynie spłata.
Mój dług może mieć 5 zer, więc sami rozumiecie.
Oczywiście, kiedy dostaniemy na piśmie uzasadnienie wyroku, będziemy szukać choćby jednego słowa, które uzasadniałoby apelację, (kolejne kilka tysięcy wydatku)
Jednak wygranie apelacji ma podobnie mało szans. Takie „mało” bliskie zera raczej.
I warto wziąć pod uwagę, że to przeciągnie sprawy o kolejne miesiące, może rok czy więcej – może się okazać, że tak trudne decyzje i wyczerpujące działania „po” – będą musieli podejmować ludzie o rok, dwa starsi, co w wieku moim i pozostałych jest niebagatelne.
A chodziłoby o sprzedaż – całej kamienicy czy mieszkań osobno, spłacenie pana J. i próba kupienia z tego, co zostanie, dla siebie, czegoś więcej, niż buda dla psa na peryferiach.
Kto przyjedzie na lekcje do budy dla psa gdzieś na zadupiu?
Jak w budzie dla psa zmieszczę całą swoją porcelanę, ustawię nutkowe mebelki i pianino…

Jak widzicie – staram się pisać spokojnie, choć do spokoju mi daleko i rozkleić się mogę na dowolnym etapie opowiadania tej historii.
I być może nastąpi to już teraz. bo muszę napisać, czym jest dla mnie to, co mnie już spotkało i co mnie czeka.

To dla mnie życiowa tragedia.
Absolutny dramat.
Można by rzec bez przesady – że niniejszym tracę sens życia. Wszystko, co jest dla mnie ważne – zostanie mi odebrane.
Wszystko – co jest dla mnie najdroższe.
Tracę dom.
Miejsce, gdzie spędziłam większość swojego życia, gdzie byłam szczęśliwa. Gdzie urodził się mój syn, gdzie przeżyłam swoje 2 największe miłości.
Gdzie odwiedza(ł) mnie mój ukochany, gdzie pierwszy raz się pocałowaliśmy, gdzie pierwszy raz dotknął mojej dłoni.
Gdzie każde miejsce mi go przypomina i nie chodzi wyłącznie o miejsca, gdzie uprawialiśmy seks.
Znam i kocham każdą plamkę na tapecie i sufitowy ślad po zabiciu komara, każdą skrzypiącą klepkę parkietu i kołyszące się w kuchni płyty pilśniowe pod starym lenteksem.
Jasne, są przyjaciele, muzyka, syn i mój ukochany.
Moje pisanie i mój blog, moje pasje i wszystkie radości, skrzypienie śniegu pod stopami i zapach lata… Ale jakby ktoś zapytał co jest moją największą pasją, o czym myślę non stop, czym zajmuję się do utraty sił i co mi daje najwięcej radości – to zmiana dizajnu mieszkania, planowanie, upiększanie, dopasowywanie jedno do drugiego, dokupywanie, wkomponowywanie w całość. I teraz to wszystko pójdzie się jebać.
No bo co – może zedrę te wszystkie plakaty ze ścian wraz z Lukrowym napisem „ściana z papendekla”… tapetę z mebli, pieca, lodówki i schodów i zabiorę ze sobą?
Przeraża mnie to, bo nie mam siły zaczynać od nowa, w nowym miejscu.
A sprawy papierkowo-prawne, jakieś umowy i inne takie, totalna masakra.
Nawet nie wyobrażam sobie negocjacji z potencjalnymi kupcami i szukania czegoś dla siebie. Ja już takie miejsce dla siebie wybrałam przecież, 40 lat temu…
I jak wiecie – nawet wyjazd, na chwilę, na dzień, gdzieś, jest dla mnie gigant problemem, a spanie w obcym miejscu to już w ogóle … a tu chodzić będzie o przeprowadzkę na stałe.

Kurwa, spotkało mnie w życiu tyle nieszczęść.
Gwałt, choroby, w tym Sudeck z groźbą nawrotu, poważne problemy z kasą i samodzielnym radzeniem sobie z domem i życiem w pojedynkę.
Zdradzali mnie przyjaciele, odwróciła się ode mnie jedyna siostra.
Zawsze dawałam sobie radę, zawsze się podnosiłam, choć czasem kosztowało mnie to kurewsko dużo i trwało lata.
Teraz się boję, że nie dam rady, że to już kurwa za dużo.
Za mocno, za głęboko, po prostu w punkt.
Jestem już stara, zmęczona tym wszystkim, już nie mam sił kolejny raz.
I tylko błagam, nie piszcie mi, że „będzie dobrze” (jesu, jak ja nie cierpię tego sformułowania, nigdy się nie wie, jak będzie, to puste słowa, nic więcej) albo że „dasz radę” czy, że we mnie wierzycie.
To mnie tylko wkurwi.
Bo nawet gdyby tak było – to ja straciłam tę wiarę.
Za dobrze siebie znam, wyżej dupy nie podskoczę, a tu trzeba by poszybować tak wysoko…
No i poza tym – wiara jest niczym wobec twardych realiów życia. Choćbym wierzyła z całej siły to 2 plus 2 nie wyjdzie 5, ani tym bardziej 150.

Nie będzie dobrze, żadnego „dobrze”  – bo to po prostu to niemożliwe.
Z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia.
Wszystkie są podobnie chujowe.
Jeszcze nie wiem, które wybiorę.

 

Drzoanna.jpg

Reklamy