Tagi

 

Dzień dziecka dobiega końca, gdy z wieczornego, leniwego obczajania allegro wyrywa mnie bing bing smsa. Wkurzona sięgam po komórkę, jesu, już prawie 23cia, a to pewnie znowu jakaś mamuśka, że synuś właśnie sobie przypomniał o całorocznym sprawdzianie i żeby jakieś lekcje koniecznie, najlepiej jutro – ale nie.
To Moje Dziecko 🙂
„Aaaaa chodzi mi po głowie kawałek, chyba masz go na pierwszej kasecie nagrywanej z radia.
Taki mówiony.
Ascetyczna instrumentacja a potem taki chór chwytający za serce… mówią chyba w jakimś celtyckim? Tytuł tłumaczony to chyba coś z wiosennym porankiem?”
I cały mój wkurw znika w tempie światła a moje serce zalewa błogość miodna 🙂
I unosi mnie nad ziemią 🙂
Nie wiem, czy jestem wam w stanie wytłumaczyć powód tej błogości i fruwania.
Musiałabym wam opowiedzieć o latach spędzonych z moim Synem, o całym tym czasie, od dzieciństwa po studia i jeszcze trochę – zanim się wyprowadził.
O czasach, kiedy non stop przyłaził do mojego pokoju z pytaniem, co to takie fajne, to co właśnie leci, w sensie – jaki to kawałek. I czyj.
Gdy po audycjach Kaczora czy Beksy przesłuchiwałam ponagrywane kasety i moje Dziecko podzielało mój zachwyt „oooo to jest super, prawda?” albo gdy razem się chichraliśmy „nie no, tu to trochę ten czy ów przynudza…”
Kiedy wracał ze szkoły czy z zajęć na uczelni, pędził po schodach na górę i albo darł się do mnie już ze swojego pokoju na stryszku albo pytał na gg (te słynne nasze rozmowy na gadu, parter z piętrem, bo dzielił nas jedynie sufit mojego pokoju, wciąż mam ich zapis…) „masz jeszcze lekcje? nie? mogę puścić muzę?” no i puszczał, ku mojej radości, a szyby w oknach drżały 😀
Zazwyczaj zaraz potem wydzierałam się do niego albo waliłam w klawiaturę „ejjj ale co to jest? nie znam… mów mi tu zaraz!!!” a moje Dziecko pusząc się z dumy opowiadało mi o jakichś swoich nowych muzycznych odkryciach.
Moje Dziecko znało tak samo dobrze, jak ja, zawartość moich kaset, nagrywanych z audycji Tomka czy Kaczora.
Z różnych okazji dostawałam od Niego płytki CD ze składankami, wypełnionymi moimi ukochanymi utworami, które i on polubił, na przemian z jego własnymi muzycznymi odkryciami, które zdążyły już mnie zachwycić.
Ta cudowna, magiczna przeplatanka urosła w mojej pamięci do rangi symbolu 🙂
Pokazywała, jak bardzo nasze gusta się wymieszały, wrosły w siebie i nie sposób już odróżnić, który kawałek należy do którego z nas.
Widziałam też w niej alegorię naszego spójnego układu, związku dusz, bliskości serc.

Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej – ale teraz przyszło mi do głowy, że to ja pokazałam mu muzykę.
Nigdy nie zaprowadziłam go do Filharmonii, nie zabrałam na żaden koncert (choć wpadliśmy na siebie na koncercie R+ w Spodku) ale w jakiś sposób przekazałam mu swoją wrażliwość na ten rodzaj sztuki. Przez cale nasze wspólne bytowanie na Orawskiej tyle się tej muzyki nasłuchał i tyle się na moje zachwyty napatrzył – że nie mogło stać się inaczej.
Zaraziłam go muzyką 🙂
Kiedy dziś odtwarzam te prezentowe składanki myślę także, że musiałam zarazić go też melancholią. Zaraziłam go smutkiem, wieczną tęsknotą, skłonnością do nostalgii – całym tym mrokiem, zawartym w moich ukochanym utworach, w muzyce, której słuchałam.
Mnie udało się ten wewnętrzny smutek okiełznać – ale jak jest w jego przypadku?
Czasami więc myślę, że pokazując mu „swoją muzykę” naraziłam go również na cierpienie.
Może pozbawiony tych wzruszeń – byłby szczęśliwszą osobą?
Nie wiem i nigdy się nie dowiem i jak parę innych pytań będzie mnie to dręczyć po kres moich dni.

Mimo, że mój Syn nie mieszka już ze mną – wciąż dzielimy się ze sobą „swoją muzyką”. Ja wysyłam mu linki do artykułów muzycznych na blogu – on od czasu do czasu przysyła mi maile z linkami do różnych świeżo odkrytych cudeniek.
Opatruje je zabawnymi komentarzami, cudeńka są cudne, więc myślę, żeby umieścić je na specjalnie w tym celu stworzonej blogowej kategorii..
W zasadzie wszystko jest już gotowe – tylko wciąż brakuje mi czasu, żeby całość opublikować.
Jednak, mimo tych maili – czuję pewien niedosyt.
Nawet może żal.
Strasznie tęsknię do tych naszych wspólnych wieczorów, kiedy jego muzyka napierdalała z piętra tak głośno, żebyśmy mogli cieszyć się nią oboje.
Strasznie brakuje mi tej naszej muzycznej wspólnej codzienności, także i filmowej, bo z filmami było podobnie.
Nie stanowi problemu, że teraz muszę już sama robić wszelkie zakupy, że nikogo pod ręką, kto przesunie szafkę, wypoziomuje pralkę czy poratuje, gdy mi się kliknie, nie tam, gdzie trzeba i zniknie mi pisana od godziny notka czy inne komputerowe coś przestanie nagle działać… nie tego mi brakuje.
Mam dzień wypełniony po brzegi, w cholerę własnych zajęć, zainteresowań i pasji, a wciąż odkrywam nowe; to, co kocham robić, dostarcza mi mnóstwa emocji i wzruszeń – mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwą kobietą. Ale brakuje mi tej naszej, wspólnej z moim Synem, codziennej bliskości, wzruszeń i radości, dzielonych na pół.
Jasne, doskonale wiem, że taka jest kolej rzeczy, dzieci opuszczają gniazdo i jeśli się kocha – trzeba ostatecznie odciąć pępowinę, puścić je wolno, pozwolić odejść. Pozwolić być dorosłymi i samodzielnymi.
Ja też odkrywam uroki życia w pojedynkę – przerabiam calutkie mieszkanie na swój wariacki sposób, a z kolei nie potykam się już o syf w przedpokoju ani w łazience 😉
Teraz w moim domu już tylko ja sama produkuję sobie, swój własny, bajzel 😉
Ale czasem wchodząc do czyściutkiego przedpokoju bez jednego ziarenka piasku tęsknię za rozwalonymi adidasami mojego Syna – jednym tu, drugim metr dalej 😉
A jeszcze bardziej za jego „Mamaaaaaa!!! Puszczam muzęeee!!!! Słuchaj tylko, nie pożałujesz!!!!”
Tęsknię też za naszym odwiecznym, wzajemnym wspieraniem się w napadach sklerozy, kiedy to jednemu brzmi w myślach jakiś kawałek, jakieś fragmenty linii melodycznej, słów czy charakterystycznych instrumentów – a drugie pomagając nie szczędzi wysiłków, by z mroków nieświadomości wypłynęła wreszcie nazwa wykonawcy i tytuł.

Nie inaczej stało się tamtego wieczora 🙂
Sms mojego Dziecka przywołał wspomnienie czasów, gdy do codzienności należało takie zamęczanie się nawzajem zabawą w „matko, co to jest, chodzi mi po głowie, poczekaj, wystukam Ci albo zanucę„.
Ten powrót do przeszłości był cudowny i wzruszający, krótko mówiąc podjarałam się jak dzika 😀
Banan od ucha do ucha i co wystukuję na klawiaturce mojej super Nokii?
„No to weź i zanuć  :D”
I nie mija minuta – Nokia dzwoni i już słyszę to nucenie 😀
Coś pięknego  😀
Najpiękniejsze na świecie okoliczności przyrody  😀
Dzień Dziecka, 23cia na zegarze, a mój dorosły Syn dzwoni do mnie, by zanucić mi przez telefon utwór, którego tytułu nie może sobie przypomnieć  😀
Oszczędzę Wam następującej po tym nuceniu burzy mózgów. Poszedł w ruch Mój Niebieski Zeszycik ze spisem utworów na kasetach (odczytałam do słuchawki, jeden po drugim, tytuły i wykonawców chyba z 5 kolejnych kaset), artykuły muzyczne na moim blogu – aż się komórka rozgrzała. 😉
Rozłączyliśmy się więc, obiecawszy sobie nawzajem, że każde z nas będzie szukać na własną rękę i o rezultatach powiadomi rozmówcę.
Byłam już blisko (już wiedziałam, że z audycji Kaczora, przejrzałam zawartość wydawanych przez Trójkę kolejnych odsłon MiniMaxa) kiedy przyszedł sms od mojego Dziecka i zaraz potem pełniejsze info na fb, że to Runrig, no RUNRIG kurna, jak mogliśmy zapomnieć o Runrigu!!!!! A tytuł to oczywiście Pog Aon Oidche Earraich (One Kiss One Spring Evening).
I oczywiście musiałam usłyszeć – jak trafił na trop, jak znalazł odpowiedź.
Proste i logiczne – wpisał w google translatora tę zapamiętaną „wiosnę” i „poranek” – celtyckiego nie mieli, ale był irlandzki 😛
A potem testował YT pod kątem jednego i drugiego przetłumaczonego słowa.
Sama też spróbowałam, teraz, no i na 3 stronie wyskakuje Runrig i tu otwiera się klapka pamięci 🙂
Bo przecież ten „Wiosenny wieczorny pocałunek” czy raczej „Pocałunek jednego wiosennego wieczora” jak tłumaczył to Kaczor – rejestrowałam na swoich kasetach kilkukrotnie  🙂
I pamiętam, jak nas wtedy walnęło – i mnie i mojego Syna.
Dziś zresztą też  🙂
I fejsbukowy czat wypełnił się naszym wzruszeniem, wspólnym wzruszeniem.
I radością, że zagadka rozwiązana.
I zapewnieniami, jak nas ten kawałek rozwala, jak nas cudownie rozwala.

Więc myślę, że teraz to chyba jestem nieco bliżej odpowiedzi na wcześniej postawione pytania   🙂

Z dedykacją dla Piotra Kaczkowskiego  ❤

I dla Mojego Dziecka, oczywiście  ❤

 

Drzoanna.jpg

Reklamy