Tagi

Powiem szczerze – tegoroczne matury zajmują nieco mniej moich myśli i emocji, niż w poprzednich latach.
Powód jest jeden, prosty i oczywisty – termin egzaminu z rozszerzonej matematyki zbiega się w czasie z terminem mojej operacji.
I choć powtarzam, sobie i Wam, że to niemal kosmetyczny zabieg, że miałam już poważniejsze, to jakoś mi tak… sama nie wiem.
Na dnie serca skulił się jakiś cień niepokoju, cień tylko, ale nieustannie czuję jego zimny ucisk.
Oczywiście maturalny finisz, szalony rzut na taśmę i natłok zajęć robi swoje a rozgorączkowanie moich uczniów udziela mi się odrobinę, ale ten zimny dreszcz w sercu wciąż jest wyczuwalny.
Tym bardziej, że wśród tego finiszu i natłoku jestem zmuszona znaleźć czas na kolejne badania, wizyty w poradniach i klinice, na wypełnianie szpitalnych ankiet i załatwianie wszelkich świstków. I mimo grafiku napiętego do granic  – znajduję czas na nieco więcej  😉
Wciąż zaczynam dzień od przejrzenia ofert na allegro, wciąż dokupuję porcelanę i mebelki na porcelanę – ale nie tylko.
Mam wrażenie – że podkręciłam w tym tempo, że przyśpieszyłam.
Że zwiększyła się nie tylko ilość moich zakupów – ale i rozrzut gatunkowy, że się tak wyrażę  😉
Kiedy się nad tym, co robię, chwilę pozastanawiałam – doszłam do wniosku, że te moje zakupy są konsekwencją tego właśnie niepokoju.
Pragnienia, żeby z jednej strony zdążyć z nacieszeniem się wieloma rzeczami – przed, a z drugiej –  żebym miała do czego wracać, żeby myśl o tych wszystkich cudeńkach i ślicznościach, które na mnie czekają mobilizowała mnie do wybudzenia się z narkozy  😉

Przemyślałam więc i zaplanowałam zmiany w łazience.
Podjęłam twardą decyzję – koniec z paździerzową, PRL-owską szafką, odrapaną i  z łuszczącym się srebrzeniem, dość półśrodków w postaci prób oklejenia jej tapetą i wyłożenia półek fioletową ceratką.
Jest  straszna i po prostu się sypie, poza tym nie bardzo spełnia swoją rolę.
Uważam bowiem, że w łazience nie bardzo sprawdza się jedna, jedyna szafka z otwartymi półkami – wygodniej i poręczniej jest, gdy prócz półek mamy też jakąś, choćby niewielką, zamykaną komódkę, z drzwiczkami albo szufladami, szczególnie w mieszkaniu, do którego przychodzą tabuny uczniów.
Bo niby podpaski, żele intymne czy gumki, leżące na otwartych półkach i na widoku to nie jest coś, czego powinnam się wstydzić, ale po co narażać jakiegoś subtelnego gimnazjalistę na rozkminy, które zakłócą jego matematyczną koncentrację  😉
Myślę więc, że kolejne mebelki od Nutki Nostalgii doskonale mi w tym przedsięwzięciu pomogą  🙂

Postanowiłam też zorganizować sobie nieco lepiej powierzchnię na biurku – czy raczej ikeowskim stole, który pełni jego rolę, bo wkurzają mnie te rozrzucone po każdej lekcji przedmioty mniej lub bardziej matematyczne 😉
Zamówiłam więc bardziej ekonomiczny pojemnik na przyrządy do pisania, rysowania i kreślenia  🙂

Doszłam także do wniosku, że nie posiadam żadnego stosownego szlafroczka, znaczy mam, jasne, i to kilka – ale niespecjalnie się nadają  😉
Bowiem najczęściej są mięsiste i cieplusie, więc na drugi tydzień maja to nie bardzo i nie mówcie mi tylko, że ta zima potrwa do czerwca, bo nie uwierzę, a w szpitalach bywa gorąco, czego nienawidzę.
A pozostałe szlafroczki – to takie jakby bardziej randkowe, koronkowe i falbaniaste i składają się w głównej mierze z powietrza pomiędzy, więc choć oczywiście będę się rozglądać za przystojnymi lekarzami i długowłosymi, wytatuowanymi pielęgniarzami to jednak wolałabym to robić ubrana, przynajmniej na początku  😉
Zakupiłam więc na allegro taki satynowy, czarny z fioletowym haftem/koronką, myślę, że będzie w sam raz, spoko, będzie fota jak przyjdzie paczusia  🙂

Kupiłam też jednak rzeczy, których konieczności posiadania nie mogę w żaden sposób wytłumaczyć.
Nie jestem bowiem w stanie wymyślić koncepcji czy wiarygodnej teorii, wyjaśniającej potrzebę kupienia tuż przed szpitalem naszyjnika czy gotyckiej kolii  😛
Tu moja wyobraźnia rozkłada ręce a resztki inwencji pokazują faka  😉
Ponieważ w żadnym razie nie planuję założyć tych śliczności wybierając się do Bonifratrów, może jestem jebnięta ale aż tak to raczej nie, to jedyny powód, jaki mi się nasuwa –  jest taki oto: tu także chcę mieć do czego wracać. Cokolwiek miałoby się tam wydarzyć, jakiekolwiek niespodzianki miały by mnie spotkać na sali operacyjnej – to ja się im i tak wybudzę, nie ma bola, napędzana myślą o kolii od mojej imienniczki z Barw Nocy.
Tak, wiem, już słyszę te wołania o foty, ale kolia jeszcze się robi, musicie uzbroić się w cierpliwość.
Żeby Was wkurzyć dodam jednak – że jest wykonana w moim ulubionym zestawie barw, w czarnym i fiolecie i posiada element różyczkowy  🙂

no dobra, jakby ktoś nie mógł wytrzymać…

 

Drzoanna.jpg

Reklamy