Tagi

https://www.facebook.com/events/150149328801044/

O swoim stosunku do Świąt pisałam już wielokrotnie – ograniczę się więc do telegraficznego skrótu: jestem niewierzącą, ale do pewnych tradycji wciąż przywiązaną osobą.
Do tradycji i do niektórych emocji oraz nastrojów.
Nie biorę udziału w żadnych nabożeństwach, ale zdarza mi się wejść do kościoła, żeby powdychać jego podniosłą atmosferę, żeby pobyć w ciszy.
Nie siadam do wigilijnej kolacji – ale zawsze mam w domu jakiś mały stroik, lubię długo wybierać go z dziesiątków mu podobnych i przepadam za zapachem jedliny.
Od lat też chadzam na „metalowe pasterki” – na imprezy, często taneczne, utrzymane w klimatach goth-metal-hiciorskich.
Robię to z wielu powodów, ale głównym jest chęć, żeby tego dnia pobyć z ludźmi, z przyjaciółmi, ze znajomymi – ale nie tylko.
Lubię moment, kiedy wszyscy składają życzenia wszystkim, czasem ograniczone do „wszystkiego dobrego” – ale takie uśmiechnięte, szczere i niewymuszone.
Lubię, kiedy przy tym łamiemy się chlebem, (pamiętam jak Kobiau przynosił w tym celu do pubu calutki świeży bochenek) a zdarzyło się, że czyniliśmy to czekoladą czy ciastem tortowym    🙂
Bo przecież nie ma znaczenia tak naprawdę – czego do tego użyjemy, prawda?
To symboliczny gest, przyjazny i braterski, w sensie „jesteś mi bliski i dzielę się z Tobą tym, co mam” – tylko tyle i aż tyle.
Gest, jak dla mnie, ponad religijny, taki po prostu ciepły i ludzki.
Wczoraj, w Schizofrenii, mieliśmy jednak wypasiony opłatek    🙂
Przytargał go z domu Ancik – cały w wigilijno-eleganckim wydaniu, w bluzce jak do opery, jedwabnej ecru, z malutkimi perełkami czy innymi brylancikami na kołnierzyku i mankietach.
Fantastycznie komponowała się ona z pełnym zestawem piercingowym – w uszach, nosie, że zmilczę o tych w miejscach zasłoniętych przez eleganckie ciuszki   😀
I o tatuażach, także pod tymi ciuszkami    😀
Widoczne natomiast były niezliczone opaski koncertowe i festiwalowe plus gustowne bransoletki z czaszkami, Hello Kitty i innymi szataństwami    😉
No i siedzieliśmy całą naszą liczną gromadką przy 4 złączonych stolikach, na dansflorowej scenie – bo tylko tam mogliśmy zmieścić się wszyscy i gdzieś koło 1 w nocy przypomnieliśmy sobie o opłatkach.
Trochę było zamieszania przy ich rozdziale, bo ja krzyczałam, że chcę najwięcej, bo jestem głodna, a któryś z chłopaków wrócił z kibelka ciut za późno i musiałam mu oddać jeden ze swoich i trochę się targowałam… nic to, zaczęło się składanie życzeń.
Tu muszę się Wam do czegoś przyznać.
Tak jak jestem wygadana w piśmie, zawsze, jak sądzę, znajduję odpowiednie słowa i umiem ubrać w nie swoje myśli – tak w mowie idzie mi znacznie gorzej.
Peszę się i wstydzę, popadam w konfuzję i ogólnie głupieję, w niektórych sytuacjach szczególnie mocno.
Zdecydowanie do tych sytuacji należy składanie życzeń.
No przysięgam – jakiś tajemniczy wiatr wywiewa mi wtedy jednym dmuchem wszystkie myśli z głowy i dukam w oszołomieniu jakieś komunały…
Nie inaczej było wczoraj.
Okazało się bowiem – że i od bliskich i od tych mało znanych usłyszałam życzenia niezwykłe – mądre, przemyślane, zawstydzająco pozytywnie oceniające moją osobę, moje pasje i całe moje pojebane wnętrze.
Normalnie mnie zatkało.
Kiedy Ancik powiedział, że… ok, Ancik zapewne doskonale pamięta co powiedział, to zatkało mnie i oszołomiło na pełnego fulla, do spodu.
Ancik, skarbie mój, kocham Cię i uwielbiam, więc wybaczysz mi, mam nadzieję, że na takie wzruszające słowa nie umiałam odpowiedzieć ani mądrze ani w ogóle   ❤
Bo wszystkie myśli rozfrunęły się w oka mgnieniu, w serduszku rozlał się słodki miód a żyły doprowadziły go do mózgu (może to były tętnice, nie jestem pewna, ale Ty masz tę całą anatomię, więc wiesz na bank  ❤    ) no a spróbujcie myśleć z miodem wypełniającym mózg.

Niedasie.
Podobnie było ze znajomymi Ancika, swoją życzliwością wzruszyła mnie nawet pierwszy raz na oczy widziana K.   🙂
Nie dziwcie się więc, że, wciąż w szoku, postanowiłam przełamać się opłatkiem z wszystkimi obecnymi w Schizo.
Trochę zapewne dlatego, że to nasze łamanie się, życzenia i uściski na dansflorowym podwyższeniu, w centralnym punkcie knajpy, były doskonale widoczne, przyciągały ich uwagę i chyba IMO nabrały jakiegoś specjalnego, uniwersalnego znaczenia… jakoś głupio było mi potem usiąść jak gdyby nigdy nic, pominąwszy pozostałe osoby.
No i zaczęłam tę swoją spontaniczną wędrówkę, od stolika do stolika, z opłatkiem w wyciągniętej łapie.
Reakcje były różne, od radosnego wzruszenia i entuzjazmu – po zaskoczenie i rezerwę. W jednym wypadku spotkałam się z grzeczną odmową, jednak, po wyjaśnieniach, że dla mnie to symboliczny wyraz serdeczności i dobrych życzeń, nic więcej, żadnej religijnej agitacji, nie w moim przypadku – podzielili się ze mną opłatkiem wszyscy    🙂
Pub w osobie Magdy M. podzielił się z nami szocikami wiśniowymi (pewności nie mam ale było pyszne) a potem skusił mnie do baru jakimś nieco większym i mocniejszym trunkiem 🙂
Będą kompromitujące foty: ja za barem, z wódką, z miną jak debil, znowu z miną jak kretyn, no takietam   😛
Już się zaczynam bać    😀

A potem spontanicznie zaczęły się tańce     🙂
Moi młodzi znajomi rozjechali się już grzecznie do domów, na polu boju zostałam jedynie ja, Drzo, czyli 61 lat metalowego ducha i gotyckiej ekscytacji   😀
I nie pamiętam już, czy sprawił to Kat, czy Rammstein, czy coś z zupełnie innej beczki, ale i ja dałam się ponieść.
Nawet bardzo się dałam   🙂
Jak napisałam potem w wydarzeniu: „jak ja buty ściągłam i na boso po parkiecie popierdalałam znaczy, że super było”.
Faktycznie, choć nie wiem, czy ktoś to uwiecznił (nasze wyczyny cały czas filmowano z baru     😉 ) ale w pewnym momencie zrobiło mi się już za ciepło w zimowych trzewiczkach … zresztą welurowa fioletowa narzutka także zaczęła mnie grzać w plecki zbyt mocno i szalałam z gołymi   😀
Dziś, jak zwykle, boli mnie cała ja, nawet mięśnie pośladków, ale najbardziej napierdala mi kręgosłup szyjny, wiadomka    😛
Nie wiem, czy to od „Tak… tak..” Republiki czy od „Jesteś lekiem na całe zło”, czy od „personalnego Jezusa”… a może od Kultu czy Big Cyca, nie mam pojęcia    😀
Ale najpewniej od „Alma Mater” wiadomokogo    😀

Krzysiek zatrzymał mnie jeszcze Siostrzyczkami, kawałek odtańczyłam już w płaszczu i rękawiczkach – ale o 5 rano moje niezłomne zasady wskazują mi kierunek dom i nie ma, że boli      😛
(Krzyś, wysłałam Ci zapro na urodziny, obczaj na fb    🙂

Dzięki więc, K. za spontaniczne „poczęstowanie” fajnistym balsamikiem do łap.
Dzięki, P. za rozmowy o pasjach i o niesamowitym znajomym, „najlepszym składaczu rowerów na świecie” https://www.facebook.com/pilisiecki/

Dzięki, Kaja, za rozmowy o różnych rodzajach związków i uczuć.

I Cerek – za opowieści o podróżach i podróżnikach.
Dzięki całej Waszej Kochanej Grupie za przeniesienie się na ten cały dansflor z palarni, gdzie siedzieliście sobie wygodnie a ja byłam jedyną niepalącą w towarzystwie    ❤

Dzięki Tris i Miłe Trisowe Towarzystwo za przyjęcie mnie do stolika i pilnowanie okularów, które chyba planowałam tego dnia zgubić    🙂
Dzięki wszystkim moim parkietowym współwymiataczom za urocze towarzystwo w machaniu fryzurami    🙂

Ale to jeszcze nie koniec    🙂
Bo czekał mnie jeszcze powrót do domu.
Już wychodząc na imprezę zorientowałam się, że gotówki mam w domu paręnaście zeta. Planowałam skorzystać z bankomatu na przystanku tramwajowym, ale piździło drobnym śnieżkiem, co samo w sobie jest urocze, jednak gdy wiesz, że kwadrans na wilgotnej piździawie zamieni Twoją fryzurę w trafioną piorunem kopkę siana – to jakby mniej, a tramwaj już podjeżdżał.
Postanowiłam więc za piwo w Schizo płacić kartą (niech Was Szmatan błogosławi za terminal w barze) a wracać jakimś nocnym może… albo zamówić taksę z terminalem.
Kiedy jednak wychodziłam bladym świtkiem, wymęczona do krwi, raczej słabo marzyła mi się przechadzka na przystanek i z przystanku autobusu.
Stanęłam więc pod klubem i wystukałam nr EKO Taxi. Okazało się jednak, że żadnego auta z czytnikiem kart nie mają w pobliżu, a takie bez jest tuż za rogiem i mogłoby podjechać w ciągu 2 minut.
Miły pan dyspozytor doradził, żeby po prostu po drodze zahaczyć o jakiś bankomat – i gites.
I zmęczona Drzo zgodziła się bez chwili namysłu, bo wizja puszystej kołderki, pod którą znajdzie się za chwilę, zmaterializowała się jakby wyraźniej i mocniej    🙂
Auto faktycznie podjechało błyskawicznie, ale nie na tyle, żeby rozsądek nie podsunął mi w międzyczasie uporczywej wątpliwości „i gdzie Ty, sieroto jedna, będziesz teraz szukać tego bankomatu? Przecież nawet kartą we właściwy otwór nie trafisz…” 😉
Odnoszę także wrażenie, że osoba kierująca taksówką podzielała moje wątpliwości.
Piszę „osoba” bo – wstyd się przyznać – nie byłam w stanie rozpoznać jej płci    😛
Czy to poimprezowe zmęczenie siadło mi na oczy, czy w moim Irish piwie tudzież w szocikach znajdował się jakiś winny temu dodatek – nie byłam w stanie za cholerę.
Osoba mówiła wysokim dość głosem, posiadała gładką twarz bez zarostu, siwą wypielęgnowaną fryzurkę i przypominała trochę Václava Neckářza w średnim wieku. (jest w google    😀 )
Tak więc przez całą drogę unikałam zwrotów bezpośrednich, wymagających określenia płci rozmówcy, żadnych „czy mógłby Pan” czy „Dziękuję Pani” co wymagało naprawdę sporo wysiłku, biorąc pod uwagę moje ogólne wymęczenie     😀
A konferowaliśmy dość zawzięcie, ponieważ najpierw musiałam wytłumaczyć Panu/Pani, gdzie też ta moja Orawska się znajduje… i gdzie ewentualnie mógłby znajdować się bankomat… przeliczyłam także swój stan złotówkowego posiadania i wyszło na to, że mam przy dupie dokładnie 14 zeta i 32 grosze.
Pan/Pani dość długo coś wyliczał(a), mnożąc i dodając – aż wyszło mu/jej 14,60 prognozowanej należności.
Ustaliliśmy więc – że olewamy szukanie bankomatu, jedziemy i już.
Zgodnie z zaleceniami obserwowałam wskazania taksometru, miałam poinformować kierowcę/kierowniczkę, kiedy wyświetli się kwota bliska moim nędznym zasobom i tak też zrobiłam.
Jakieś 3 przecznice przed moim domem, po miłych pogaduszkach na temat Świąt, korepetycji, aplikacji na telefon i takich tam, wyciągnęłam w kierunku przedniego siedzenia łapę z tymi 14,32, uprzejmie dziękując za kurs.
I tu Pan Kierowca, albo też Pani Kierowniczka, totalnie mnie zaskoczył(a)
Usłyszałam bowiem, że nie, spoko, proszę nie wysiadać, że zawiezie mnie na miejsce, pod sam dom, gdzie się tu będę szwendać po ciemnej nocy… totalnie zszokowana opowiadałam wprawdzie, że mieszkam tu już naprawdę długo, że jest bezpiecznie, że szanuje mnie nawet miejscowa patologia, ale Pan/Pani z uśmiechem jechał dalej, dodając coś o paru groszach różnicy i wyjątkowym dniu w roku   🙂
Kiedy wysiadałam poczekał(a) aż uporam się z wszystkimi zasuwami, na jakie rygluje się moją kamienicę na noc i ruszył(a) dopiero w momencie, gdy brama za mną do końca się zamknęła.
Wcześniej wziął/wzięła moja kasę nawet nie przeliczając i jeszcze na odchodnym rzucając „wesołych świąt i wszystkiego dobrego”.
Nojapierdole no.
Jakiś duch poprzednich wigilii czy co?   😉

No w każdym razie takie Wigilie to ja, kurna, rozumiem.

Wesołych Świąt Wam wszystkim !!!!!

 

PS:

AAAAAAaaa zapomniałabym, wszystkiego superowego w dniu urodzin, Tris !!!!!