Tagi

Już trzeci tydzień walczę z infekcją górnych dróg oddechowych i powoli dostaję pierdolca.
Prochy, inhalacje, opukiwania klaty, płukanie gardła – spoko, najgorsze to przymusowe siedzenie w domu.
Odpierdoliłam totalne przedświąteczne porządki, przewaliłam górę prania, oklejam też mieszkanie tapetą i plakatami, ale chwilowo zabrakło mi taśmy klejącej.
Buforują się już kolejne odcinki serialu na wieczór, czeka książka Grzebałkowskiej… ale to wciąż mało.
Przeglądając w desperacji pulpit znalazłam folder z fotkami, których jeszcze Wam nie pokazywałam.
Cyknięte w pierwszych dniach września, kiedy pogoda dopieszczała nas słoneczkiem i niemal letnią temperaturą – teraz będą jak znalazł na rozgrzanie i rozwianie jesienno-zimowych mgieł i depresji.
Ogrzejcie się i Wy    🙂

Na początek – kościół św. Józefa.

Uwielbiam okolice Rynku Podgórskiego, a urodę tego miejsca odkryłam zanim jeszcze zaczęłam tu mieszkać. W którąkolwiek stronę stamtąd się skierujemy – zawsze natrafimy na jakiś urokliwy zakątek. Albo na plac Lasoty z przeuroczą willą Mira, albo na którąś z dróg prowadzących na Krzemionki, możemy też zahaczyć o park Bednarskiego.
Jest tam jednak wiele innych miejsc, może mniej popularnych, ale  porównywalnej urody.
Stare kościoły są piękne po prostu z definicji, więc o urodzie niżej obfoconego nie mam zamiaru nikogo przekonywać, ale wkleję cytat z wiki na wszelki niewypadek: „budowla neogotycka, trójnawowa z transeptem i ambitem wokół prezbiterium oraz kaplicami przy nawach bocznych i ambicie.”
Brzmi pięknie, prawda?   😀
Niestety focenie utrudniało ostre, popołudniowe słońce, okazało się jednak także źródłem paru wizualnych niespodzianek  😉

Ok, zacznijmy od głównego wejścia:

Mogłabym godzinami gapić się na te ażurowe zwieńczenia kolumn i kolumienek, witraży, fryzów i pinakli…
Szłam więc z oczami wbitymi gdzieś wysoko – aż mnie rozbolała szyja  😉

Zaraz na rogu ul.Rękawka stoi sobie w ogrodzie przecudna kamienica:

Im dłużej się jej przyglądałam – tym bardziej bajkową mi się wydawała:

I ten magiczny nastrój nie chciał mnie jakoś opuścić…

miałam wrażenie, że czas się cofnął…

póki znowu nie oślepiło mnie wczesnojesienne słońce:

i nie przyciągnęły wzroku jasnoczerwone owoce głogu:

Szłam coraz wyżej i wyżej – wszystkie ulice prowadzące w stronę Krzemionek wznoszą się lekko do góry, co nadaje tej części Podgórza i Krakowa w ogóle jakichś tajemniczych, zamorskich cech    😉
Niestety, foty najpiękniejszych, a z pewnością najbardziej oryginalnych schodów w mieście zupełnie się nie udały    😦
„Zawiniło” tu i zachodzące słońce i pewna bardzo sympatyczna młoda rodzina   😉
Świeżo upieczony tatuś postanowił w tym właśnie uroczym zakątku obfotografować swoją prześliczną żonę z dzidziusiem. Jednak małemu ten pomysł chyba się nie do końca spodobał, bo ani myślał usiedzieć grzecznie na rękach Mamy, wiercił się, krzywił i marudził, a moja obecność te działania spotęgowała  😉
Poza tym sporą część kadru zajmował dziecięcy wózek z całym niezbędnym survivalovym majdanem, również młody tatuś, wraz z rowerem, statywem i innym fotograficznym osprzętem   😉
Chociaż dostałam pozwolenie na robienie fotek całej trójce – szybko z tego zrezygnowałam, no bo sami zobaczcie:

Ale i tak było miło    🙂

OK, czas na narożną kamienicę (na pierwszej fotce widoczny wyraźnie czerwony tiszert młodego taty   🙂  ):

Matko, uwielbiam takie klimaty, a moja radość wskoczyła na kolejny level, kiedy brama z ostatniego zdjęcia nagle się otworzyła i ktoś, wychodząc, pozostawił ją niedomkniętą…
Szybko, szybciutko cyknęłam 2 fotki i uciekłam, zabierając ze sobą dojmujące wrażenie, że oto znowu, kolejny raz tego dnia, uchylono przede mną drzwi nie tylko do ciemnej klatki schodowej, ale i do jakiejś tajemnicy, starej i mrocznej… że to, co poczułam, ten ponury chłód i zapach wilgoci to nie tylko z powodu źle wietrzonego wnętrza.

I znowu zaatakowało mnie słońce  🙂

Zawróciłam   🙂

Na Zamojskiego, przy schodach prowadzących do parku Bednarskiego popołudniowe słońce odbijało się w wodzie sadzawki z niewielką fontanną:

…zachęcając niektórych do „Co, ja nie wejdę? Właśnie, że wejdę!!!”    🙂

Tuż przy ogrodzeniu basenu jarzębiniły się jarzębiny:

A zaraz za rogiem roztaczała swoją urodę jedna z najpiękniejszych willi Podgórza:

Komu się uda dojrzeć wylegującego się tam kota?

Oooo,  już uciekł  🙂

Kawałek dalej zaciekawiły mnie dziwne odgłosy, dochodzące zza ogrodzenia.
Wielka, metalowa brama wejściowa miała solidny zamek, klucz też musiał być spory, sądząc po wielkości dziurki, przyłożyłam więc do niej obiektyw i….

ale to już materiał na zupełnie inną opowieść    😉  😉  😉