Tagi

Moja dzisiejsza historyjka doskonale wpisuje się w cykl pt „W mojej kamienicy”, o zwyczajach, w niej panujących pisałam nie raz, o bliskości z ludźmi, mieszkającymi tu od prawie 40 lat – jeszcze częściej.
W ciągu tych lat zdarzyło się wiele – kilka rozstań, wyjazdów i rozwodów, parę sytuacji, o których nie chciałabym pamiętać, ale pamiętam, bo dałam ciała i wciąż mi głupio – najwięcej jednak jest takich, które wspominam chętnie, bo są naprawdę fajne i pokazują, że jesteśmy jak rodzina. Jak dobra rodzina, która wznosi się ponad pretensje o trzaskanie bramą i o parujący kubeł ze śmieciami, 2 dni zapuszczający korzenie na wycieraczce, bo jakoś wciąż nie było mi po drodze je wyrzucić… jak rodzina, która się wspiera, pomaga w drobiazgach i sprawach dużej wagi, a jednoczy i stoi murem w obliczu wyzwań typu „być albo nie być”.
Moja dzisiejsza historyjka tyczy spraw wagi może niezbyt wielkiej (ale i tak ją Wam opowiem    🙂 ) a początek ma w wannie.
Tam bowiem, podczas intensywnego prysznica, zastało mnie pukanie do drzwi.
Z tym pukaniem do drzwi to mamy taką niepisaną zasadę – że do drzwi sąsiadów właśnie stukamy, niektórzy (jak mój eks) mają taki swój własny rytm chrobotania, po którym natychmiast go rozpoznaję    🙂
Wiedziałam więc, że to nie kurier ani komornik czy coś – tylko ktoś z sąsiadów.
Wychyliłam się więc z wanny i wydarłam na pół dzielnicy „Kto tam? Bo w wannie jestem!!!”
I usłyszałam, że P.
No to wiedziałam, że nie ma bola, trza owinąć się bądź czym i otworzyć.
P. zajmuje mieszkanie pode mną, moja łazienka mieści się dokładnie nad wielkim pawlaczem w jego korytarzu i już niestety nie raz w podobnej sytuacji okazywało się, że biedna dziewczyna dobija się do mnie, bo ją zalewam, a dzieje się to dlatego, iż woda z nieczyszczonego zbyt regularnie syfonu pod wanną przelewa się, gromadzi i przesiąka przez podłogę i jej sufit.
Z nadzieją, że może jednak chodzi o coś innego, niż powódź, pokrzykując „już, już, chwilaaaa!!!” wytarłam się pobieżnie i założyłam w pospiechu jedyną rzecz, jaką miałam pod ręką – czyli nocną koszulę   😛
Na szczęście jednak moje zwyczaje związane z przestawionym rytmem dnia są doskonale znane w kamienicy i nikogo nie dziwi mój nocny strój w porze, dla większości, obiadowej   😛
Otwierałam więc bez poczucia obciachu, jedynie ze strachem, że znowu narozrabiałam.
Jednak P. nie wydawała się na mnie zła, wręcz przeciwnie, miała lekko zakłopotany wyraz twarzy i od razu zaczęła, że ma sprawę, że chciała mnie o coś poprosić.
Otóż właśnie pędzi na lotnisko, za parę godzin odlatuje jej samolot (dziewczyna sporo podróżuje, wiem, bo wtedy pożycza ode mnie wagę dla zważenia bagażu) a została jej pełna lodówka żarcia.
Ktoś tam miał się po to zgłosić, ale nawalił, ona już spakowana, gotowa do wyjścia i nie może czekać.
No i może by mi się przydało. Może wzięłabym?
Dopiero wtedy dociera do mnie, że stojąca obok malownicza żółta reklamówa, wielkości niedużej komódki, to nie jakiś egzemplarz zastępczy w miejsce podróżnej Samsonite tylko koszyk Czerwonego Kapturka, sąsiedzki podarunek wałówkowy   🙂
Wybałuszam gały, bo takiego prezentu jakoś się nie spodziewałam, słucham pośpiesznego monologu P.  że nie lubi wyrzucać jedzenia, że niby nic ale zawsze jakoś tak żal, ale jeśli coś się nie przyda to oczywiście wyrzucić – i ogarniam wzrokiem 2 pudełka śmietanki do kawy, kilka twarożków przeróżnej maści, spore opakowanie pieczarek, wytłaczankę jajek, jakieś pudełeczka i pojemniki (jak się później okazało z rukolą i tartym parmezanem) pomidory, paprykę, włoszczyznę i przeróżne jarzyny… i zanim znajdę odpowiedź na pytanie, co zrobię z ciężkostrawnymi, których moja dieta nie przewiduje – słyszę dzwonek domofonu.
Matko, zapomniałam, przecież umówiłam się z Moją Kochaną Przyjaciółeczką – ona z pewnością pomoże mi w „biedzie”   😉
I tak właśnie się stało – P. odleciała spokojna, że cały ten ogrom jadła się nie zmarnuje, a my rozdzieliłyśmy prowiant według naszych potrzeb i możliwości, nawet mój ex załapał się na śmietankę do kawy   😉

No i jasne – cieszy perspektywa paru dobrych obiadów, może jakiejś jarzynowej czy pizzy, ale chyba bardziej cieszą pozytywne skojarzenia z
https://drzoanna.wordpress.com/2015/10/19/nie-wyrzucam-jedzenia/
cieszy to, że moja młodziutka sąsiadeczka prezentuje w tej kwestii podobną do mojej postawę.

Szczęśliwej więc podróży, kochana P. i dzięki za wór prezentów, mniam mlask mniam   ❤

Drzoanna.jpg