Tagi

Pani Żaneta zgłosiła się do mnie na korki zaraz na początku lipca.
Jej sytuacja była dość poważna: zdawała maturę 5 lat temu, z matematyką się nie udało, więc termin sierpniowy był ostatnim możliwym terminem na poprawkę, przepis bowiem głosi, że jeśli teraz by jej nie zaliczyła – to przy następnym podejściu musiałaby zdawać jeszcze raz wszystkie maturalne przedmioty.
W ramach próby podeszła do egzaminu w maju – jednak osiągnięty wynik był jeszcze niższy, niż w 2011, co nie dziwi wcale, wziąwszy pod uwagę, że przez minione 5 lat nie zajrzała nawet do podręczników, więc większość matematycznej wiedzy zdążyła przez ten czas wyparować.
Deklarowała jednak gotowość do solidnej pracy i do przychodzenia na zajęcia kilkakrotnie w ciągu tygodnia, nawet na 2-3 godziny na raz.
Wszystko to ustaliłyśmy telefonicznie, jednak, gdy pierwszy raz stanęła w w drzwiach mojego mieszkania… nie wiem, jak to ująć, ale gdzieś, w głębi duszy, westchnęłam zrezygnowana.
Jasne, nie powinno się ludzi oceniać po wyglądzie i kto mnie zna  – wie doskonale, jak bardzo jestem od tego daleka, ale moje nauczycielskie doświadczenie podsuwało mi liczne przykłady, wygrzebując je z pamięci jeden po drugim… patrzyłam więc na nią i widziałam jej pomarańczową nieco opaleniznę, sugerującą samoopalacz czy zamiłowanie do solarki. Widziałam jej makijaż i sztucznie, niczym szczotki, zagęszczane rzęsy.
Widziałam jej markowe i z pewnością bardzo drogie ciuchy, złoto i drogie kamienie biżuterii.
Jej buty stanowiły osobny rozdział – wysokiej klasy szpile, tak na oko z 12-centymetrowym cieniusieńkim obcasem. Dodajcie do tego fryzurę, jak się później mogłam przekonać – niezmiennie dopracowaną,  tipsy – co rusz to nowe, podobnie jak luksusowe bluzeczki – co raz to inne.
Pracowałam już z podobnymi dziewczynami.
Przychodziły pełne pretensji do świata, że ten, obdarzając ich urodą i kasą (tą ostatnią to najczęściej rodziców) oczekuje od nich czegoś więcej, prócz pięknego wyglądu – na przykład, żeby się uczyły.
Że na dopa z matematyki muszą się trochę powysilać.
Że po co w ogóle ta głupia majca jest na maturze i że oczywiście nauczycielka się na nie uwzięła.
Strzelały focha, a w najlepszym wypadku robiły wielkie oczy – kiedy zadawałam im jakieś ćwiczenia/zadania do samodzielnego przerobienia.
Zmyślały, często patrząc bezczelnie prosto w twarz,  coraz to nowe powody, dla których tych zadań nie udało im się wykonać.
Stąd wzięło się właśnie to moje westchnienie.
I za to właśnie westchnienie chciałabym teraz bardzo gorąco Panią Żanetę przeprosić.
A wszystkie moje durne myśli i bezzasadne uogólnienia uroczyście odszczekać.
Ponieważ błyskawicznie zrozumiałam swoją pomyłkę.
Po pierwsze – Pani Żaneta okazała się być osobą zupełnie niepodobną do tych, wyżej opisanych: żadnego tam zadufania czy zarozumiałości, wręcz przeciwnie – skromność i bezpretensjonalność, a co do kasy, kupowania rzeczy markowych czy powszechnie uważanych za „drogie” to odbyłyśmy kilka fajnych pogawędek. Dyskutowałyśmy o dziwnym, często wręcz chorym w naszym kraju, traktowaniu ludzi, którzy kasę mają; jakichś takich chyba pozostałości po czasach „komuny” – kiedy po prostu „wypadało” być biednym, a każdego posiadającego nieco więcej od innych traktowano podejrzliwie i niechętnie. Nawet jeśli możliwość kupna rzeczy, nazwijmy to „luksusowych”, osiągasz dzięki ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeniom – i tak pojawią się nieprzychylne, często wręcz chamskie komentarze na temat Twoich zakupów i zakupowych priorytetów, niezależnie, czy kupujesz kosztowne szkła, konieczne przy Twojej skomplikowanej wadzie wzroku, czy coraz to nowe mebelki czy biżuterię, która Cię uszczęśliwia. I tu podobała mi się postawa Pani Żanety, jej szczere i rzeczowe podejście do problemu.
Ale najważniejsze, że szybko przekonałam się,  z jak bardzo pracowitą uczennicą miałam do czynienia. Ile wysiłku i samozaparcia wkładała ona w przygotowanie się do każdych zajęć.
I choć na początku faktycznie było ciężko, zaczynałyśmy niemal od zera i wielokrotnie trzeba było wydobywać z mroków niepamięci spore partie materiału nawet z gimnazjum – to progres był zauważalny, powoli, krok po kroku, pokonywałyśmy barierę za barierą.
Przyznam szczerze – nie pamiętam podobnie zawziętej uczennicy, nie przypominam sobie żadnej osoby w mojej długoletniej karierze korepetytora, aby tak wytrwale, sumiennie i solidnie walczył z każdym maturalnym zadaniem. Żeby  z lekcji na lekcję – choć czasem odbywały się one dzień po dniu, potrafił rozwiązać, a przynajmniej spróbować –  tak wielu zadań i problemów.
Najbardziej cieszyło mnie to, że Pani Żaneta mnie uważnie słucha. Że zapamiętuje i stosuje wszystkie moje rady i  podpowiedzi, „sztuczki” i drogi na skróty, że zastanawia się, analizuje – że po prostu  MYŚLI,  co wbrew pozorom nie jest wcale zbyt częste. Że jeśli korzysta z internetowych wskazówek  czy rozwiązań  – to robi to ze zrozumieniem, a jeśli czegoś nie rozumie czy jej gdzieś uleciało z pamięci – to zawsze to wyraźnie artykułuje.
Pod koniec drugiego miesiąca intensywnych przygotowań widać było wyraźnie ogromny, ale to ogromny postęp.
Zauważałyśmy to obie – i obie bardzo się z tego cieszyłyśmy.
Powiedziałam wtedy nawet, że gdybyśmy miały tylko odpowiednio dużo czasu – to spokojnie byłoby można walczyć o ocenę dobrą, o czwórkę, bo widzę w niej spory potencjał, a możliwości poparte pracą to prosta droga do sukcesu.
Czasu jednak nie było wcale – z konieczności musiałyśmy skupić się na tych ustawowych 30%.
W dzień matury, już po południu, Pani Żaneta przybiegła ogromnie zdenerwowana.
Ściskała w ręce zanotowane na jakimś skrawku odpowiedzi, jakie zaznaczyła w teście i roztrzęsiona zaczęła opowiadać o egzaminie.
O tym, że tematy zadań, czy raczej ich poziom, bardzo ją zaskoczył, że w pierwszej chwili totalnie się załamała, bo odniosła wrażenie, że nie rozwiąże ani jednego…. kiedy odnalazłam je w necie szybko zrozumiałam, że to nie żadna wymówka, że faktycznie stopień trudności zadań  był wyraźnie wyższy od tych umieszczonych w licznych zbiorach czy w maturach z poprzednich lat.
Zrobiłam więc po kubku kawy dla każdej z nas i powoli, zadanie po zadaniu, zaczęłam sprawdzać rozwiązania Pani Żanety.
Początek był bardzo kiepski: pierwsze zadanie – niedobrze, drugie – też omyłka, trzecie strzał w ciemno – ale pudło, niestety.
Czwarte ok, ale piąte znowu skopane. I szóste także. Tłumaczyłam cierpliwie, co zostało zrobione nie tak i byłam bliska płaczu, Pani Żaneta także.
Jezuniu – tyle pracy, tyle wysiłku, i tyle kasy  i wszystko miałoby iść na marne?
Ze łzami w oczach  – a łapy mi drżały tak, że nie mogłam utrzymać długopisu – sprawdzałam zadanie po zadaniu.
Ale potem było już OK.  🙂
Pojawiały się kolejne, poprawnie rozwiązane zadania.
Nawet jakiś strzał w ciemno okazał się trafiony   🙂
Jednak im bliżej było końca zadań zamkniętych, tym większy ogarniał nas popłoch – czy wystarczy tych punktów, czy nazbiera się tyle procent, ile trzeba… co chwilę sprawdzałyśmy nasze podsumowanie. I w końcu, rzutem na taśmę przy przedostatnim zadaniu, minęłyśmy ten magiczny procentowy próg.
Obie zaczęłyśmy płakać, jak jakieś durne – a tu kolejne zadanie też okazało się prawidłowo rozwiązane.  🙂
Nie wierząc własnym oczom zabrałam się za zadania otwarte no i patrzcie państwo – jedno od początku do końca przepięknie i bezbłędnie, w kolejnym bardzo obiecujący początek…
Kiedy moja weryfikacja dobiegła końca – naliczyłyśmy jakieś 36%, co najmniej.
Jest, kurna, jest!!!!
Trafiony i zatopiony!!!!
Popatrzyłyśmy  z Panią Żanetą na siebie i padłyśmy sobie w objęcia znowu zalewając się łzami   🙂
Bo powiem wam, że żaden sukces ucznia nie ucieszył mnie tak mocno, chyba nawet 94% z rozszerzonej matury w wykonaniu Kuby, no, może 40% Ancika na poprawce, ale wiadomka, Ancika kocham, więc to się samo przez się rozumie.
Ale wynik Pani Żanety, która w ciągu 6 tygodni intensywnej pracy zdobyła wiedzę i umiejętności, których niektórym nie udaje się osiągnąć w ciągu 6 lat nauki w szkołach ponadpodstawowych – ten wynik to dla mnie niezwykłe i godne pochwały osiągnięcie.
Tym bardziej mi głupio i wstyd w związku z tą początkową, niesprawiedliwą oceną sytuacji.
Z moją przedwczesną i powierzchowną opinią opartą na pozorach.
To, co prawda, moje myśli jedynie, swoje przypuszczenia i przewidywania zachowałam tylko dla siebie – ale i tak mi łyso.