Tagi

Tytuł tego felietonu miał pierwotnie brzmieć „pierdolenie w necie”, jednak z obawy, że niektórzy pomyślą o sexie online, a wordpress karnie usunie mi  bloga – postanowiłam zatytułować go inaczej.   🙂
Zaraz więc postaram się wyłuszczyć, co mam na myśli, zacznę jednak od początku.

Mamy z moim dzieckiem taką „zabawę”, którą praktykujemy od lat ze sporym zaangażowaniem.
Nazywamy ją, cytując klasyków –  „tu zaszła zmiana w polu mego widzenia”    🙂
Oznacza to, że ze skupieniem obserwujemy otaczającą nas rzeczywistość i zwracamy uwagę na zachodzące w niej zmiany, a dokładniej –  punktujemy, co za naszego życia pojawiło się nowego, a co umarło czy mocno zbladło.
Oczywiście na początku „wygrywałam” ja, wskazując choćby na całą górę technicznych gadżetów  – jak  kasety video czy magnetofonowe, telewizję, czarno-białą a potem kolorową, komputer stacjonarny, po akcesoria do kobiecej higieny intymnej, że się tak enigmatycznie wyrażę    😉
Zabawiałam siebie i syna także, cytując wyrażonka, które w czasach mojej wczesnej młodości były elementami młodzieżowego slangu, natomiast w czasach obecnych stały się praktycznie niezrozumiałe – a z pewnością niekonieczne zabawne ( jak retoryczne pytanie „jedzie mi tu czołg?” albo określenia typu „wdechowo”    😛   )
Jednak z upływem lat coraz więcej takich przedmiotów/zjawisk/idiomów mógł dorzucić on sam, stawały się one naszym wspólnym odkryciem, naszą wspólną zmianą.
Telefon komórkowy z wszystkimi wariacjami typu smartfon, laptop, tablet… żarówki ledowe, monitor ciekłokrystaliczny, gry video, płyty dvd, koniec monopolu Poczty Polskiej, śmierć korespondencji papierowej (prawie) –   to tak spod dużego palca.
Z lubością cytowaliśmy też nowo poznane językowe wygibasy mowy potocznej, jak wszechobecne „zajebiście” czy nowsze „najgorzej”, ale chyba najwięcej kolejnych zmian generował internet.

Bo to i nowy rodzaj kontaktów międzyludzkich, publikacji i wymiany myśli, nowa możliwość handlu i prezentacji swojej twórczości … te wszystkie grupy dyskusyjne, fora, portale, internetowe wydania czasopism, blogi, strony www….
Kiedyś, żeby zyskać wiedzę o otaczającym świecie, o tym co się wydarzyło i nie tylko o tym – kupowałeś gazetę, włączałeś radio czy telewizor, dziś odpalasz onet, fejsa albo po prostu serfujesz w sieci.
Zalew informacji jest wszechogarniający.
Jak jakiś kurwa strumień czy wodospad raczej – informacje mieszają się z reklamami, opinie z faktami, wspomnienia, dywagacje o przyszłości, analizy historyczne i statystyczne, opowieści, pouczenia, ostrzeżenia, hejty, pochwały, relacje, recenzje – wystarczy kliknąć.
Ten ogrom informacji/wiedzy z neta jest na wyciągnięcie już nawet nie ręki a palca – i to jest właśnie jedna z tych naszych, wspólnych dla mnie i mojego dziecka, zmian w otaczającym świecie.
A także i to,  że umieścić to wszystko w sieci może każdy, absolutnie każdy.
Opublikować swoje przemyślenia, dywagacje, opinie.
Podać do publicznej wiadomości znane mu fakty.
Albo i nieznane, tylko gdzieś tam zasłyszane, niesprawdzone…
Już wiecie, w czym rzecz?
Dziś pisać/publikować w necie może każdy, czy posiada rzetelną wiedzę w temacie, czy nie, może, jeśli ma taki kaprys potraktować upubliczniane fakty wybiórczo, albo je naciągnąć, mniej lub bardziej, przeinaczyć, albo wręcz zmyślić wszystko od początku do końca.
Mówię tu więc o niekompetencji i nieznajomości faktów, o zbyt pochopnym wyciąganiu wniosków, o generalizacji, o bezmyślności i o głupocie, o uprzedzeniach, które zakłócają przebieg rozumowania i o  braku umiejętności wnioskowania w ogóle.
Kłamstwo w necie może więc wypływać z lenistwa, zwykłego pośpiechu i niechlujstwa – ale także może być działaniem zamierzonym, w określonym celu, politycznym i każdym innym.
Bo można zebrać fakty i półprawdy i na nich oprzeć swoje opinie „pod daną tezę”, pod dyktando, pod presją – albo dla korzyści.
Można więc powiedzieć, że mamy tu pełen przegląd i reprezentację całej skali problemu: od braku rzetelności – po celowe matactwo, oszustwo i kant.
Czyli zwykłe pierdolenie głupot – i pierdolenie tendencyjne, w obronie jakiejś  tezy i przeciw innej tezie… pierdolenie nienawistne, pierdolenie z żądzy hejtu, władzy, z zemsty.
Z możliwością weryfikacji bywa różnie, bo jak szukać prawdy w tym zalewie informacji?
Zawsze przecież możesz trafić na pierdolenie oszołoma z przeciwnego obozu, niekoniecznie politycznego…szukając opinii na temat trwałości francuskiej porcelany trafiasz na miłośników porcelany angielskiej i ciach – masz opinię przeciwną. I póki nie kupisz tego cholernego imbryczka i nie sprawdzisz tego sam – wciąż będziesz jak dziecko w rękach dorosłych manipulantów.
Oczywiście, upraszczam – ale pamiętacie moją historię z drążkiem do ćwiczeń?
Dopiero po bolesnym upadku i poważnym skręceniu stopy, udało mi się dogrzebać w necie do opinii, które wskazywały na możliwość odkręcenia się drążka rozporowego i jebnięcia na podłogę razem z ćwiczącym.

https://drzoanna.wordpress.com/2015/08/15/w-temacie-drazkow-porady-cioci-drzo/

Tę gorzką prawdę odkryłam dopiero po długim i mozolnym przegrzebywaniu neta, strona producenta i inne, z nim związane, nawet o tym nie miauknęły – ten rodzaj pierdolenia w necie zaliczyłabym więc do kategorii „przemilczeń”.

Z prawdą o Addagio Albinoniego/Giazotto było inaczej – opinie, na jakie trafiałam, także „poważne” wpisy w Wiki zwodziły i dezinformowały z powodu, skrótowo rzecz ujmując – braku rzetelności i dziennikarskiej dociekliwości..

https://drzoanna.wordpress.com/2016/07/07/albinoni-vs-giazotto-zagadka-w-tonacji-g-moll/

Przyznaję, dotarcie do prawdy, czy raczej konstrukcja opisu wypadków, najbliższego stanowi faktycznemu, wymagały kurewskiego wysiłku, samozaparcia, cierpliwości i kupy czasu.
A, jak sprawdziłam – niektórym autorom po prostu się nie chciało.
Wrzucali w translator  gotowce, dodając dla przyzwoitości  kilka zdań od siebie… powtarzali słowa innych nie poddając tych analiz żadnej weryfikacji… w rezultacie jestem chyba jedną z niewielu osób na tej planecie, które wiedzą, jak było naprawdę – to dosyć zabawne uczucie    😉

W fejsbukowej grupie „Ogarniamy seriale” wątpliwej jakości popularność zdobyła pewna dziennikarka (litościwie nie podamy jej personaliów) w której filmowych recenzjach roi się od nieścisłości i poważnych błędów merytorycznych, przekręconych nazwisk gwiazd filmowych i nazw stacji telewizyjnych, a jej opinie często poparte są argumentacją w rodzaju „bo tak” i rozumowaniem w rodzaju „jeśli coś się nie podoba mnie – to jest słabe”  😛
Pani owa „wsławiła się” między innymi niedbałą i bełkotliwą  oceną doskonałego serialu, napisaną po obejrzeniu słownie jednego jego odcinka, przepisaniem z wikipedii całego rozwoju akcji wraz z charakterystyką bohaterów (czyli wielce uroczymi spojlerami) i odniesieniem się do tych przepisanych rewelacji, nie odniosła się natomiast do meritum, czyli do tego – czym serial stoi.
Pierdoły wypisywane przez ową panią to cały, niemal pełny wachlarz charakterystycznych typów i rodzajów netowej bredni, to nie recenzja – a lipa, pic na wodę i fotomontaż  😛

Trochę trudniej poszłoby mi chyba, gdybym chciała upchnąć do jakiejś szufladki autorów artykułów z Wyborczej, Natemat i Rzeczpospolitej.
Mówię o    https://drzoanna.wordpress.com/2016/07/25/byc-dziennikarzem/
Ale zaraz, chwila… przecież chodzi tu o treści publikowane w gazetach papierowych – tyle, że ja czytałam ich elektroniczną wersję…
Wygląda na to, że pierdolenie w sieci to nie żadne novum, zjawisko to okazuje się  całkiem dobrze zadomowionym we wcześniej dostępnych źródłach informacji, to więc, że rozsiadło się wygodnie w necie, jest tylko poszerzeniem terytorium działania o nowe, wygodne miejsca.

Co nie zmienia faktu, że kiedyś wyglądało to tak, że jeśli chciałeś jakąś swoją opinię podać do szerszej wiadomości albo wręcz lansować swoje poglądy czy (radosną) twórczość – to musiałeś podczepić się pod jakąś istniejąca gazetę czy rozgłośnię radiową, dostać program w TV, albo samemu założyć/stworzyć coś w tym guście, jeśli miałeś na to kasę i możliwości.
Dziś  – pstryk! Zakładasz bloga, fanpejdża na fejsie czy stronę www – i gotowe.
Kiedyś więc publicznie pierdolić głupoty mogli jedynie wybrańcy, którzy dopchali się do „środków masowego przekazu” – dziś może to robić dosłownie każdy.
I na tym polega różnica, to jest ta („dobra”)  zmiana.
Kiedy więc przy jakiejś okazji wrócimy z moim dzieckiem do naszej gry – będę musiała opis tej „zmiany” odpowiednio sformułować – inaczej nie zaliczy mi punktu   🙂

I oczywiście, mogłabym podać ot tak, spod dużego palca, nie tylko tytuły artykułów ale wręcz nazwy witryn, które pierdolą od rzeczy praktycznie zawsze i w każdym przypadku, odnoszę nawet wrażenie, że ten bełkot stawiają sobie za cel i im większe jego stężenie – tym bardziej jarają się jego czytelnicy.
I niestety nie chodzi mi o ASZdziennik, a portale, serwujące tzw poważne wiadomości z kraju i ze świata, zajmujące się przeróżną tematyką – od nauki po, że tak to ujmę, ogólnie pojętą duchowość.
Prezentowane przez nich teorie i sensacje jeszcze długo dostarczać będą pomysłów na fabuły seriali w rodzaju „Utopii” i potwierdzać słynny aforyzm Stanisława Lema.
Moje doświadczenie w tym względzie jest podobne  🙂

No i jak widać, nie tylko ja się nad problemem zastanawiam:   http://wyborcza.pl/magazyn/1,153917,20538870,kultura-internetowej-wrzutki.html?disableRedirects=true
Ten felieton akurat z Wyborczej, ale jestem pewna, że w mediach, prezentujących stronę zupełnie przeciwną, można by bez trudu odnaleźć artykuły w podobnym tonie.

Tak czy inaczej, moje ostatnie doświadczenia skłoniły mnie do znacznie uważniejszej lektury informacji z neta, znacznie ostrożniejszych wniosków i do bacznego przyglądania się autorom w ogóle –  na równi z każdorazową oceną rzetelności artykułów. Weryfikowanie informacji przy pomocy tekstów innych autorów, mam nadzieję, wejdzie  mi w nawyk, podobnie jak próby dotarcia do materiału źródłowego, o ile to możliwe.
To może okazać się pracochłonne – ale w wielu wypadkach konieczne, jeśli chcę się znaleźć bliżej prawdy i nie narazić na komentarze: „no niestety, ale pierdolisz, Drzo.”      🙂