Tagi

Dzisiejszego późnego popołudnia Drzo postanowiła sprawdzić naocznie, jak wyglądają tak całkiem z bliska te całe Dni Młodzieży i zaopatrzywszy się w aparacik foto wyruszyła na spacer.
Było po 18tej, słońce za chmurami, termometr wskazywał całkiem znośną temperaturę – więc w drogę.
Początkowo wszystko wydawało się całkowicie spoko: powitał ją rześki wiaterek, nad Wilgą pustawo, żadnych tłumów, 2 kierowców miniaturowych polewaczko-zamiataczek ucięło sobie pogawędkę chwilowo tarasując przejazd ulicą Przedwiośnie – luz.
Już koło mostu Retmańskiego pojawiły się pierwsze grupki pielgrzymów, ale niewielkie i słabo hałasujące.
Naiwna Drzo poszła dalej wzdłuż wiślanego bulwaru  i skręciła w lewo, mostem Piłsudskiego, w Krakowską.
I tu, z każdym krokiem i z każdym metrem, ilość rozśpiewanych, rozgadanych, niestety także dziko rozwrzeszczanych młodych ludzi z plecakami i flagami zaczęła rosnąć wykładniczo.

czyli najpierw niby nic, delikatnie – a potem jak nie pierdolnie!!!!!
Oszołomiona tym obrotem spraw Drzo naiwnie pomyślała, że to chwilowe i postanowiła jakoś przebić się do Rynku.
Po chwili namysłu wybrała lewą stronę ul. Krakowskiej, by za chwilę, totalnie zablokowana i nie chcąc co chwilę schodzić z chodnika – przejść na prawą.
To nie był dobry pomysł – na Placu Wolnica obywały się jakieś występy/śpiewy i kilka grup pielgrzymów zdążających pod scenę/wycofujących się spod sceny, wysiadających z tramwaju/czekających na tramwaj/biegnących do tramwaju znowu ją zablokowało.
Bidula stanęła pod ścianą kamienicy, nie mając sił ani ochoty przebijać się przez dwie nitki rwącej rzeki tłumu – popychającego ją to w tę, to w drugą stronę.
Naiwna miała nadzieję, że jakoś tę nawałnicę przeczeka.
To po raz kolejny okazało się słabym pomysłem.
Odniosła bowiem wrażenie, że w okolicy temperatura podniosła się gdzieś o 10 stopni – pewnie po części uczyniły to parujące ciała mijających ją grup i grupek, pachnące tak, jak może pachnieć w upalny, parny dzień, zmęczony wędrowiec    😉
Bo termometr może i pokazał właściwą temperaturę – ale duchoty to już nie.
Tak więc Drzo po kilku minutach zrozumiała, że stanie w miejscu nie jest ani wygodne ani skuteczne, a strumień mijających ją  młodych ludzi zdaje się nie mieć końca.
Zaparła się więc i ruszyła w kierunku Wawelu, lawirując wśród kolejnych i kolejnych grup.
Najgorszy jednak wydał jej się nie natrętny zapach rozgrzanych ciał, nie otaczająca duchota – ale hałas, jaki te grupy czyniły.
Matko jedyna, za wszystkich stron dobiegała muzyka z megafonów, śpiewy i okrzyki pielgrzymów, tych z daleka, lekko wygłuszone, stopione w jeden niemal rumor i brzęk – i tych z bliska, gdzie można było rozpoznać słowa i melodię, wzmocnioną oklaskami, przytupywaniem itp… raz po raz mijały ją tramwaje – to w jedną, to w drugą stronę, przez okna których dobiegał stopiony w jedno gwar śpiewających, krzyczących coś rytmicznie lub mniej rytmicznie głosów.
Drzo, weteran imprezowy i koncertowy, która z niejednego  metalowego pieca chleb jadła, sama wrzeszczała i skakała pod sceną i nadal to czyni, głuchnąc od decybeli wytwarzanych przez nagłośnienie – ta sama Drzo nie była w stanie znieść tego otaczającego ze wszystkich stron śpiewnego zgiełku, dzikiej wrzawy.
Dodajcie jeszcze nieustanny warkot nisko przelatujących helikopterów (na szczęście bez zapachu napalmu, niestety bez Wagnera) sygnały  i dobiegające zewsząd klaksony samochodów policyjnych we wszystkich barwach i tonacjach.
Drzo poddała się w okolicy ul Dietla.
Przeszła na druga stronę ulicy i zawróciła łudząc się, że w podcieniach znajdzie choć odrobinę przestrzeni, choć trochę ciszy.
Już samo przejście na światłach stanowiło nie lada survival, ponieważ z przeciwnej strony nadbiegła ze śpiewem na ustach jakaś grupka młodych i niemal pociągnęła Drzo za sobą.
Drzo przebiła się jednak, przełożyła plecak na jedno ramię, bo na obu zaczynał przyklejać jej się do pleców – i zaczęła powrót do domu.
Pokręciła przecząco głową, gdy z jednej grupki oderwała się jakaś babeczka i chciała porozmawiać z nią o zbawieniu; wolnym krokiem, żeby nie zmęczyć się jeszcze bardziej – ale zdecydowanie wracała na swój Ludwinów.
Jakiż teraz wydawał się jej wyciszony, jak bardzo na uboczu, jak sielski… myśl o tym przywracała spokój i dodawała jej skrzydeł.
Jakaś idąca w przeciwną stronę liczna grupa okrzykami, śpiewem i oklaskami zaczęła z wysokości mostu pozdrawiać 2 inne, płynące Wisłą  –  statkiem i sporej wielkości wiosłową łodzią… nic to, Drzo była już prawie w domu, już, już zaraz znajdzie się po właściwej stronie rzeki…
Przypomniała sobie o zakupach i postanowiła jeszcze skręcić w stronę ul. Brodzińskiego, do Delikatesowa, po jakieś pyszne domowe naleśniczki czy sałatki.
Z przeciwnej strony powitała ją śpiewem grupa Niemców, machając tak przyjaźnie, tak wesoło, tak wyraźnie do niej właśnie, że Drzo zapomniała o swoim fochu i pokazując kciukiem okejkę także im odmachała, co zostało przyjęte z radosnym entuzjazmem   😛
Zbliżając się do Delikatesowa Drzo zorientowała się, że tuż obok, na płycie Rynku Podgórskiego, także odbywają się jakieś śpiewy, tu akurat takie bardziej w stylu latino, ale bliskość domu dodawała jej otuchy, poza tym tłum zgromadził się już w okolicach sceny, nikt jej nie atakował z bliska   😉
W Delikatesowie niestety nie było już żadnych obiado-podobnych wyrobów, natomiast można było uciąć sobie pogawędkę z całą Delikatesową ekipą  🙂
Drzo zwierzyła się ze swoich przeżyć, opowiedziała o atakującej ją zewsząd świętości, atakującej tak dotykalnie, dousznie i doocznie.
I także o tym, jak się w tym wszystkim tak zapomniała – że nawet tym hałasującym pielgrzymom na machanie – odmachała. I okejką też się pochwaliła.
I że musi się teraz, po tym wszystkim,  jakoś oczyścić duchowo… wśród wybuchów śmiechu Delikatesowa ekipa jęła doradzać, że najlepiej to Behemoth, zapuścić sobie Behemotha, to z pewnością pomoże.
Drzo, śmiejąc się także, podziękowała gorąco za dobrą radę dodając, że ma jeszcze sporo black metalu w zanadrzu, albo może jakieś dark elektro czy coś…
Jednak zanim ten Behemoth, black metal i harsh – na skrzyżowaniu z Legionów minął ją kolejny rozśpiewany tramwaj i jakiś długowłosy przystojniak pomachał jej łapą wychylając się z okna.
Uśmiechał się przy tym tak radośnie i blondfryzura tak cudnie powiewała mu na wietrze – że Drzo znowu się zagalopowała z tym machaniem, ech.  😉
No i po drodze do domu odmachiwała już wszystkim, pieszym i ztramwajowanym, odpowiadała na okrzyki „dobry wieczór” powykręcane brzmieniowo tak, że trudno było poznać, ale i tak słodkie  🙂
Poużalała się z kolejną grupką, kolejka których wiła się przed chińską knajpką na Kalwaryjskiej, że głodni a trzeba czekać… może przychodziło jej to łatwiej z powodu bliskości domu? a może raczej dlatego, że tu stężenie pielgrzyma na metr kwadratowy Krakowa było całkiem znośne i do przyjęcia?

Teraz Drzo z błogością zasłuchuje się w Orbicide, pisząc relację z ich sobotniego koncertu w Naukowej.
Równowaga w przyrodzie została przywrócona  😉

Drzoanna.jpg