Tagi

Oto kolejny meldunek z linii frontu, czyli – mój pokój „na chwilę obecną”, jak mówią puryści językowi    😉
Tę tymczasowość mocno podkreślam, ponieważ zmiany są nieustanne, ciągłe i chyba nieskończone    😉
Bo ani brak kasy mnie nie powstrzyma, ani na znudzenie tematem się nie zanosi  🙂
Jeno odejście moje z tego łez padołu proces zakończy, choć, prawdę mówiąc, tak mocno się w zakupowo-dizajnową zabawę wkręciłam, że chyba nawet tam, w tajemniczym miejscu po drugiej stronie nie odpuszczę    😉
A to się zdziwią moi spadkobiercy, kiedy raz po raz budzić ich będzie kurier Poczty Polskiej czy InPostu z kolejną, miejmy nadzieję – nie połamaną przesyłką    😉

Ale póki co – prosz.

Rozpocznę od przypomnienia mojego „dzieciowego” nakastlika od Pani Dorotki, której strona

Nutka Nostalgii

i jej niezwykle bogata oferta w stylu shabby chic na allegro jest moim natchnieniem i radością.
Powiedzmy to wprost – to tam znika większość mojej krwawicy, ale wszystkie zakupione meble, szafka, komódka, taboret, wielka skrzynia i małe skrzyneczki czy inne cudeńka warte są każdziuteńkiej zainwestowanej przeze mnie złotówki.
Swoją opinię mogłabym uzasadniać na wiele sposobów i podawać dziesiątki argumentów – ale w skrócie chodzi o 4 główne: mebelki, odnowione przez Panią Dorotkę, czasem ratowane ze stanu, w którym przedmiot wygląda po prostu jak kupa nieszczęścia, albo i bez „nieszczęścia” – są po prostu przepiękne. Utrzymane w jednolitym stylu, większość biała, przecierana, z czarnymi, „babciowymi”, (albo raczej w stylu francuskim) aplikacjami, (i te podobają mi się najbardziej, kupuję je najchętniej) choć trafiają się też inne kolory – blady róż, mięta, wzory lawendowe itepe.
Wszystko jest naprawdę solidnie wykonane, porządnie naprawione i starannie wykończone.
A ceny tych śliczności są zdecydowanie konkurencyjne w porównaniu z innymi sprzedającymi – uwierzcie, rozmawiacie z ekspertem, co na codziennym, uważnym przeglądaniu ofert allegro spędza długie godziny.
Moje zakupy u Pani Dorotki to sama więc radość, żadnych, nawet najmniejszych skrupułów czy wyrzutów sumienia   😉
A rezultaty sami oceńcie:

nakas.jpg

Powiem Wam – sama się dziwię, jak tyle lat mogłam sobie radzić bez takiego przyłóżkowego, nocnego pomocnika…
Gdzie postawić budzik, gdzie położyć komórkę, jakieś picie, jakby się w nocy zachciało… gdzie umieścić leki, szczególnie te, które trzeba zażyć na pół godziny przed śniadaniem (teraz sięgam, po omacku, niemal się nie budząc, łykam i wracam do drzemki    😉  )
Wreszcie też znalazło się miejsce na wszelkie dokumenty domowe, rachunki, umowy, testament, takietam    😉

Teraz – kącik muzyczny 🙂
Sterta płyt, książek, zinów …

Kiedyś więc wyglądało to tak:

kiedys.jpg

Potem pojawiły się skrzyneczki, oczywiście też wyczarowane przez Panią Dorotkę:

skrzyns.jpg

aż w końcu:

tera2s.jpg

tera1.jpg

OK – spójrzmy jeszcze dalej w prawo, oto zupełnie odmieniony mój kącik do pracy i do wieczornego spamowania    😉

kacik1.jpg

 

kacik2s.jpg

Lampa stylizowana na secesyjną cudownie komponuje się z mebelkami od Pani Dorotki i odmienionym blatem biurka.

lampa1.jpg

Popatrzcie na prześliczny taborecik i uroczą komódkę na wszelkie matematyczne materiały, siostrzyczkę tego przyłóżkowego nakastlika    🙂
Stoją sobie jedno naprzeciw drugiego i pewnie się do siebie uśmiechają   🙂

us1.jpg

is0.jpg

Na zdjęciu wyżej zaczyna się już zupełnie inna opowieść   🙂   Przyjrzyjcie się, oczywiście, przecudnej „francuskiej” aplikacji na blacie komódki – ale rzućcie też okiem bardziej w prawo   😛

 

trawki1.jpg

 

trawki2.jpg

Opowieść ta tyczy mojego pomysłu na blat biurka.
Biurko, a właściwie stół z Ikei:

stol.jpg

wymiary 135/75, lita sosna, na stronie sklepu możemy wyczytać jeszcze „naturalny materiał, który pięknieje z wiekiem”.
Aha, może. Może i pięknieje, ale nie u mnie, pod łapami setek uczniów.
Co prawda zdarza mi się być podłą suką i wysyłam tego czy owego delikwenta do łazienki, celem umycia czarnych łap – ale to nie wystarcza.
Do tej pory praktycznie co tydzień musiałam szorować szczotą i Cifem ćwiartkę stołu, gdzie zazwyczaj sadzam swoje matematyczne ofiary, żeby pozbyć się stamtąd wyraźnej, kleistej plamy koloru błota.
Szorowaniem usunęłam lakier, co spowodowało jedynie szybsze i mocniejsze przywieranie tej błotnistej kleistości.
Potrzebne były rozwiązania systemowe – tak wpadłam na pomysł odmiany blatu.
Najpierw roiło mi się, żeby blat okleić samoprzylepną okleiną, nawet wzór wybrałam – ale bogowie mieli mnie w opiece i odwiedli od tego pomysłu.
Stuningowany projekt wyglądał więc tak: kupuję na allegro arkusz grubej folii i  białe naklejki. Reszta prac przypada Belit, która ma artystyczne zdolności i mnie kocha, więc pomoże (prawda, że świetny pomysł?    😀   ) ona więc arkusz docina do wymiarów blatu stołu, następnie przyklejamy (ja raczej kibicuję) te trawki, kwiatki, motylki i ptaszki – od spodu, żeby zewnętrzna powierzchnia blatu była odporna na wycieranie i ewentualne czyszczenie.
Z przycinaniem nie było problemu, szkoda tylko, że naprawdę odpowiedni, ostry nożyk z wysuwanym ostrzem, znalazłam w domowych szpejach dopiero pod sam koniec roboty  😉
Ale największe jaja były z naklejkami.
Podczas żmudnego procesu przyklejania, milimetr po milimetrze, wygładzania, aby przylegały całą powierzchnią, podczas prób wypychania milionów, miliardów bąbelków powietrza – co chwilę przypominałyśmy sobie ten pomysł z okleiną na całej powierzchni, gdzie podobne problemy musiałyby wystąpić  w zwielokrotnionej ilości…
Dziękowałyśmy Boskiej Opatrzności, że trzymała tu rękę na pulsie.
Każda z nas z igłą w ręce powtarzała do znudzenia proces: namierzenie bąbelka, przekłucie, wygniecenie powietrznej bańki, namierzenie kolejnego, przekłucie, wypych…
A wcześniej oczywiście to Belit przykleiła metrową aplikację przedstawiającą źdźbła trawy, taką na prawie całą długość blatu… przymierzyła, zbliżyła, przymierzyła jeszcze raz, przyłożyła i kurwa, krzywo jest, tyle mierzenia a jednak krzywo, próbuje oderwać – ni chuja, złapało mocno, nie oderwiesz i nie poprawisz, nie ma bola.

A tu nie tylko odległość od brzegu zwiększa się na całej długości o 2 centymetry, ale i jakieś chujowe fale się porobiły, jesu… więc milimetr po milimetrze naprostowujemy te fale, Belit poci się i kombinuje, ten odstęp zostawiamy jak jest, pocieszam matematyczno-filozoficznie, że symetria jest estetyką głupców.
Z drugiej strony poszło już lepiej, ale nie możemy odwrócić i tą „ładniejszą” stroną dać od strony, gdzie siedzę z uczniem, bo po przycięciu krawędź folii jest bardzo ostra i po prostu mogłaby poranić.

Pocieszam więc Belit, jest git, wszystkie bąbelki w liczbie trzech miliardów poprzebijane, zwiększający się odstęp uznajemy za celowy zabieg artystyczny, spoko.
Z dzwoneczkami na długiej łodyżce idzie nam lepiej, bąbelków do przebicia już tylko setki 😉

Zostały do przyklejenia 4 jaskółki w locie, niewielkie, nie powinno być problemów, Belit mówi ok, to robota dla Ciebie, dasz radę.
I faktycznie, daję radę.
Tyle, że trochę źle wymierzam odległość od brzegu i okazuje się później, że jedną ptaszynę całkowicie zasłoni komputer, drugiej „utnie” spory kawałek, widać więc jakieś dwie i pół, z czterech.

odwrotnie.jpg

No i w którymś momencie okazuje się, możliwe, że już w końcówce roboty, kiedy podkładka już na blacie i ustawiamy monitor, komp i inne szpeja – że jaskółki, wszystkie, co do jednej, przykleiłam „do góry nogami”.
Z pozycji, z jakiej najczęściej będę na nie patrzeć, czyli ze swojego przy-komputerowego stanowiska widać wyraźnie, że brzuszki mają skierowane ku górze.
Przychodzi mi do głowy, że może to tak trochę, jak z rybkami, jak do góry brzuchem – to martwe.
No i od razu montypajtonowskie – ta jaskółka nie jest martwa, tylko śpi.
Drzemkę sobie ucina.
Jaskółki lubią się tak drzemnąć od czasu do czasu, w locie.
W tym momencie moich dywagacji wyjemy już zgodnie i dziko  😀
Co się uspokoję i popatrzę, na te, częściowo jedynie wystające spod kompa ptaszki, ze skrzydełkami melancholijnie opuszczonymi w dół – zaczynam wyć z powrotem.
Już nocą, po wyjściu Belit, piszę do niej priva: wiem, już wiem, te jaskółki się po prostu naćpały!!!!
Za każdym więc razem, kiedy Belit zaczyna przymarudzać, że mogła zrobić to lepiej, że mogło być równo i bez bąbelków – przypominam jej o naćpanych jaskółkach    😀
Jeszcze jedno w związku z odnowieniem blatu – na sam koniec Belit zauważa na samym środku folii jakąś taką, tęczową smugę, może tłustą?
Ochoczo biorę się do roboty, najpierw Ludwik, nie pomaga, więc Cif.  Tęcza znika, zgodnie z przewidywaniami, natomiast pojawia się znacznie, znacznie większe „zadymienie”, taka jakby mgła drobnych zarysowań.
Czym prędzej chwalę się dziełem moich zgrabnych rączek słowami „patrz, już nie ma tej tęczy” i znowu mamy powód do przewracania się ze śmiechu.
Po kilku tygodniach użytkowania okazało się, że nie było się czym przejmować – calutką powierzchnię folii pokrywają już cieńsze i grubsze zarysowania, powstałe na skutek przesuwania klawiatury i innych przedmiotów. Poza tym folia spisuje się doskonale, pełni swoją rolę i wygląda zajebiście, wpasowując się w shabby chicowy styl.
Chrzest bojowy w postaci wylania na nią pół kubka kawy zniosła bez problemu a usunięcie szkód trwało 5 sekund.
I o to mi chodziło właśnie.

🙂

A zmiany w łazience, przedpokoju i kuchni – następną razą    😉

 
Drzoanna.jpg