Tagi

, ,

1.WSTĘP, CZYLI O COVERACH.

To miał być kolejny felieton o coverach.
Planowałam szerzej rozwinąć pomijany dotychczas, ale znaczący wątek nowej twarzy muzyki, zwanej poważną albo klasyczną.
Zacząć od niezliczonych wariacji na temat mozartowskiego „Dies Irae”, griegowskiej „Groty Króla Gór”  i od miliona różnych odsłon „O Fortuna” Carla Orffa.
Bo coverowano już chyba wszystko, od utworów Bacha po Chopina, od Beethovena po Liszta.

Miałam zamiar podkreślić, że oczywiście to nie jest tak, że wystarczy do klasycznego tematu dołożyć perkusję i trochę sprzęgających gitar, że nie wszystkie covery klasyków są udane, nie wszystkie trafiają też w moją wrażliwość.
I zaproponować ten, który z pewnością do tych „trafiających” należy:

i ten:

a ten to już w ogóle:

❤ ❤ ❤

Pragnęłam bohaterem mojej opowieści uczynić włoską kapelę Kaledon, której zachwycające „Goodbye my Friend” puszcza niemal na okrągło moje ukochane radio Goth’N’Metal.

W utworze tym od pierwszego dźwięku rozpoznałam charakterystyczną melodię i tempo, uważam go bowiem za jedną z najpiękniejszych kompozycji muzyki poważnej ever, znam od zawsze i od zawsze gram, na swój kaleki sposób, ale gram – na pianinie.
( Nawet teraz zagrałam ją sobie, mam nadzieję, że nie słyszeliście, bo umiejętności nie ćwiczone zanikają, co doskonale widać, czy raczej słychać, na tym przykładzie   😉 )

No i super – tylko nie mogłam przypomnieć sobie ani tytułu, ani autora oryginalnej, klasycznej kompozycji, zaczęłam więc przeglądać w necie recki płyty Kaledon, z której ów cover pochodzi.
Szukając odrzucałam kolejne skojarzenia – nieeeee, nie Bach, nie Vivaldi, nie Corelli – ale chyba ta epoka…
Przecież któryś z muzycznych recenzentów MUSIAŁ o słynnym pierwowzorze wspomnieć, prawda?
No i tu się kurna zdziwiłam.
Bo przeglądam reckę za recką, po angielsku, włosku, hiszpańsku – jak leci, nazwisko kompozytora znam, jak zobaczę, to opadnięta klapka w mózgu mi się podniesie, zaskoczę od strzału…  tyle, że nima.

No nima.
Bez jaj, tyle stron recek – i nikt nie zauważył? Nikt się do tego nie odniósł? Przecież to cholernie istotna informacja.
Wreszcie na włoskim Metallus.it – jest    🙂

Co prawda nie zgodzę się z autorem recenzji, że tzw. większość zna temat dzięki Yngwie Malmsteenowi.
Mam nadzieję, że większość ta zna oryginał, w wersji orkiestrowej, jednak     😉
Oryginał, czyli Adagio g-moll, które skomponował w 18 wieku Tomaso Albinoni – przynajmniej tak sądziłam do dnia, gdy zaczynałam pisać ten felieton.
Moje przegrzebywanie netu w celu odszukania zapomnianego tytułu i personaliów kompozytora dało zaskakujące rezultaty a wyniki tego dochodzenia przedstawię niżej.
Sądzę, że zaskoczą one również wielu z Was, ponieważ ogromna większość osób, używając nazwy „Adagio Albinoniego”  ma na myśli, iż to właśnie Albinoni jest autorem kompozycji.
Otóż nie.

Obecnie autorstwo hitu przypisuje się  20-wiecznemu biografowi Albinoniego, o nazwisku Remo Giazotto.

Jeszcze inni dyskutują, ile procent autorstwa  należałoby przyznać któremu z panów.
Niektórzy mówią wprost, że ta piękna kompozycja – to oszustwo, że to jedna z bardziej udanych muzycznych mistyfikacji XX wieku.

1. SKRAWKI PO RAZ PIERWSZY.

I to tutaj tak naprawdę zaczyna się mój felieton, historia, którą chciałabym Wam opowiedzieć, efekty mojego internetowego śledztwa – które kurewsko utrudniała niemal zerowa znajomość języków obcych.
Ale, jak się przekonałam, autorzy pobieżnych, niedokładnych, a często wręcz błędnych  informacji nie zadali sobie chyba ćwierci mojego trudu, choć zapewne lepiej ode mnie posługiwali się niemieckim, angielskim, włoskim czy norweskim.
Tak na 100%  można mieć pewność co do faktu,  iż Tomaso Albinoni (1671-1751) skomponował wiele utworów instrumentalnych – oper, sonat, koncertów, symfonii, baletów i kantat.
Dziesięć (niektóre źródła podają, że 9, różnica wyjaśni się w następnym akapicie) zbiorów prac Albinoniego ukazało się za jego życia i w owych czasach były one stawiane na równi z dziełami Vivaldiego i Corellego, współczesnych mu kompozytorów.
Manuskrypty przechowywane były w drezdeńskiej Saksońskiej Bibliotece Państwowej i niestety większość została bezpowrotnie utracona z powodu bombardowań Drezna pod koniec 2 wojny światowej. Od tego czasu wielu muzykologów próbowało zrekonstruować te utracone prace z fragmentów odnalezionych gdzieś w archiwach. Muzykolog, krytyk muzyczny i kompozytor Remo Giazotto także starał się usystematyzować katalog dzieł Albinoniego i …
I właśnie.
Opowieść o tym, co zdarzyło się potem i jak dokładnie się wydarzyło – ma wiele, znacznie różniących się od siebie wersji.  Nawet polska wiki podaje inne info, niż jej włoskie czy angielskie wydanie, a  jeszcze inaczej wygląda niemieckie, zawierające najwięcej szczegółów.
(Zwróćcie sami uwagę choćby na tytuły notek wiki w kolejnych wersjach językowych –  różnią się one od siebie w znaczący, charakterystyczny sposób… podobne różnice zaobserwujemy, wpisując w google „adagio g-moll”  –  już to powinno dać do  myślenia   😉   sprawdźcie sami a zrozumiecie, o czym mówię. )
Szukając informacji w necie można znaleźć trochę artykułów na ten temat, ale nie jest ich wiele, zazwyczaj traktują sprawę skrótowo, a na dodatek zawierają sprzeczne opinie i opisują odmienne fakty.
(No i niestety niemal nic w języku polskim.)
Pozwolę sobie zauważyć, wyprzedzając nieco bieg mojej opowieści, że jeśli chodzi o owe różnice to nie ułatwiał sprawy sam zainteresowany – Giazotto z upływem czasu zmieniał istotne szczegóły całej tej historii (niektórzy twierdzą, iż kręcił, ile wlezie   😉  )
Jedna z alternatywnych opowieści głosi więc, jakoby Remo Giazotto, podkreślając charakter swoich prac przy katalogowaniu dzieł Albinoniego, zwrócił się z prośbą do Saksońskiej Biblioteki Państwowej w Dreźnie o wysłanie mu choćby szczątków zapisu nutowego, które się uratowały (inna wersja mówi, że to on sam odnalazł owe resztki w gruzach biblioteki, do niej skłania się polski autor niepodpisanego artykułu na stronie polskieradio.pl, na tym samym źródle opiera się wpis z polskojęzycznej wiki.)
To, co otrzymał, to miały być faktycznie skrawki – zawierały jedynie linię basso numerato (drukiem) z wolniejszej części sonaty i kilka fragmentów melodii a dokładnie odręczne zapisy, w sumie 6 taktów linii pierwszych skrzypiec.
 Giazotto twierdził, że otrzymane resztki rękopisu są fragmentem tzw sonaty kościelnej (Sonata Da Chiesa, jedna z dwóch standardowych form Sonaty Trio) skomponowanych w g-moll przez Albinoniego ok, 1708 roku, prawdopodobnie część jego op. 4.

(to tylko obrazek z neta, czy przedstawia prawdziwą okładkę jakiegoś wydawnictwa i co tak naprawdę wydawnictwo to zawierało –  jest dla mnie tajemnicą )

Co do słuszności przypuszczeń Giazotta nie ma więc pewności, polska wiki twierdzi, że owe „skrawki” to mógł być nawet fragment nieznanego koncertu Albinoniego, a w przedmowie do pierwszego wydania dzieła pomija się wszystkie te sensacyjne szczegóły, mówi się jedynie o fragmentach Sonaty Trio g-moll bez opusu, linii basso numerato drukiem i o 2 fragmentach rękopisu zawierających 6 taktów melodii, granej przez 1 skrzypce.
Powiedzmy to wyraźnie: w 1958 Mediolańskie Wydawnictwo Ricordi opublikowało (podaję tytuł w oryginalnym brzmieniu i zapisie)
„remo giazotto: adagio in sol minore per archi e organo su due spunti tematici e su un basso numerato di tomaso albinoni „

2. PIERWSZE WYDANIE I JAK ROZUMIEĆ TYTUŁ.

Tu więc zaczyna się najciekawsze.

Zarówno na stronie tytułowej, jak i w przedmowie utwór IMO jednoznacznie określa się jako kompozycję Remo Giazotta (włącznie z prawami autorskimi itepe)
Jednak już wkrótce po publikacji następuje jakaś magiczna przemiana: to Albinoniemu zaczyna się przypisywać autorstwo kompozycji, pozostawiając Giazotto jedynie rolę aranżera czy redaktora.
Później to już naprawdę wolna amerykanka –  w niektórych wydaniach nazwisko Giazotta „znika” zupełnie.
Inne źródła podają jako prawdziwy  proces dokładnie odwrotny, jakoby Giazotto opublikował pracę podając nazwisko Albinoniego, jako autora, a dopiero w 1965 roku zawłaszczył 100% zasług, zaprzeczając istnieniu owych „cudem odnalezionych skrawków” zapisu nutowego.
W artykule „Who Wrote the Adagio in G Minor? – A Musical Mystery” czytamy: „From only the bassline found in the slow part of the trio and a few fragments of melody, Giazotto magically constructed the Adagio. He published it in 1958, attributing it to Albinoni. Later, in 1965, he claimed full credit for the work.”
Ku takiej kolejności zdarzeń skłania się także autor „Tomaso Albinoni: Adagio in G minor”  (classicfm.com)

Moim zdaniem główny problem polega na właściwym odczytaniu tytułu dzieła.
Spójrzmy więc jeszcze raz:

(tak najprawdopodobniej wyglądała strona tytułowa pierwszego wydania)

później jednak:

żeby tutaj:

(ani słówka o Giazotto)

Skąd te zmiany? Gdzie upatrywać przyczyn tak różnych opcji autorstwa dzieła?
Opinie, które teraz Wam przedstawię, są moimi własnymi teoriami, które skonstruowałam parę dni temu i zawierają jedynie przypuszczenia, wyniki wnioskowania opartego na logice, jak sądzę.
Tak więc po pierwsze –  źródłem błędu mogła stać się nieumiejętność czytania ze zrozumieniem  😉

„remo giazotto: adagio in sol minore per archi e organo su due spunti tematici e su un basso numerato di tomaso albinoni

czyli

„Remo Giazotto: Adagio g-moll na smyczki i organy na dwóch pomysłach tematycznych i basso numerato Tomasa Albinoniego

Nie znam włoskiego, ale znajomość ta nie będzie tu chyba potrzebna.
W języku polskim może pojawić się ten sam kłopot.
Sami spójrzcie – sednem problemu jest sposób, w jaki odczytamy, do której części zdania, do czego konkretnie, odnosi się końcówka „Tomasa Abinoniego”.
Sądzę, że zamysł Giazotta, by nazwisko Albinoniego powiązać jedynie z tymi „dwoma pomysłami tematycznymi i basso numerato” został mylnie odczytany, jakoby Albinoni był autorem adagio.
Wydaje się to dziwne, bo nawet postawienie przecinków w tym przydługim tytule nie jest w stanie skojarzyć słowa „adagio” z nazwiskiem w końcówce.

No chyba, że diametralnie zmienimy szyk wyrazów w zdaniu na:

„Remo Giazotto: Adagio g-moll Tomaso Albinoniego na smyczki i organy na dwóch pomysłach tematycznych i basso numerato”

choć w tym wypadku końcówka staje się niezrozumiała, bo nie wiemy, kto jest autorem tych pomysłów i basso numerato i brzmi to dziwnie.
Więc może tak:

„Remo Giazotto: Adagio g-moll Tomaso Albinoniego, na smyczki i organy, na dwóch pomysłach tematycznych i basso numerato” –  ale nawet po dołożeniu przecinków te pomysły bez ich autora wydają się jakieś takie podejrzane   😉  no i co wtedy oznaczałoby to nazwisko Remo Giazotto na początku?

Jedynie sensowne, logiczne a zarazem zgodne z zasadami konstrukcji zdania jest IMO odczytanie Remo Giazotto jako kompozytora, a Tomaso Albinoniego – jedynie jako autora tych dwóch pomysłów tematycznych i basso numerato.
Co więc się stało?
Mam założyć, że kolejni wydawcy, autorzy nowych aranżacji czy transkrypcji na fortepian nie potrafią czytać ze zrozumieniem?
Czy raczej zdarzyło się tu coś na kształt:

A poważniej – rozumiem, że tytuł przydługawy i że po skróceniu mogło wyjść coś w rodzaju „Adagio Albinoniego”, ale raczej w znaczeniu porównywalnym z „Marszem Radetzky’ego” J.Straussa albo z Mazurkiem Dąbrowskiego”, gdzie nazwisko w tytule oznacza, komu utwór jest dedykowany albo do kogo zwraca się autor słów.
OK, skoro jesteśmy przy moich hipotezach, to tak sobie myślę, że strony tytułowe kolejnych wydań nut nie musiały się zmieniać przypadkowo.
Bo tak, na chłopski rozum, porównajmy poziom rozgłosu i ogólnie pojmowanego fejmu, a co za tym zapewne idzie  – poziom sprzedaży, spektakularnie odnalezionych nut utworu sprzed 2 i pół wieku, jedynie zredagowanego i zaaranżowanego współcześnie, z tym rozgłosem, fejmem i sprzedażą, jaki mogło wzbudzić pierwsze wydanie adagio w podanej wyżej postaci.
Może więc te skróty w tytule i okładki kolejnych wydań wyglądały, tak jak wyglądały – z innych powodów, niż w mojej pierwszej hipotezie?
Może stanowiły celowe, „promocyjne” działanie, miały spotęgować popularność i szum wokół publikacji ?

Tak czy inaczej – wygląda na to, że myli się polska wiki, informując: ” (Giazotto)  wydał je natomiast pod nazwiskiem Albinoniego (po raz pierwszy – Ed. Ricordi, 1958), wskazując siebie jedynie jako „redaktora”, a jeszcze bardziej autor niepodpisanego artykułu z 2011 roku, umieszczonego na stronie polskieradio.pl  „Tomaso Albinoni – kompozytor hitu, którego nie było.”
Już sam tytuł wydaje się nietrafiony – hit jak najbardziej był, i jest – tylko nie Albinoni jest jego autorem.
Nie jest też prawdą, iż „Dopiero po śmierci Giazotto w 1998 roku okazało się, że najpopularniejszy, obok „Czterech pór roku” utwór barokowy wyszedł najprawdopodobniej spod jego pióra. Mistyfikator odnalazł tylko fragment oryginalnej melodii oraz strzępy harmonii Albinoniego. Reszta adagia jest jego dziełem.”
Wygląda bowiem na to, że po śmierci Giazotto okazało się coś wręcz przeciwnego raczej (spokojnie, dojdziemy do tego niżej) a pozostałe z powyższych informacji nie są specjalną sensacją, wszystkie znane były już w 1958 roku, nie ma żadnego „najprawdopodobniej” a Giazotto nie jest żadnym mistyfikatorem.
Po prostu nadał swojej kompozycji zbyt długi tytuł   😉
(Przynajmniej na razie pozostańmy przy tej wersji wydarzeń   😛  )

3. SKRAWKI PO RAZ DRUGI, PRAWDA ZA MGŁĄ.

Mnie raczej zastanawia, dlaczego sam Giazotto nie dołożył wystarczających starań, by to właśnie JEGO nazwisko kojarzono z tak popularnym utworem.
Oczywiście, można domniemywać, jak wielka byłaby ta popularność, gdyby powszechnie uznawano adagio za utwór współczesny, nie barokowy.
Ale, jeśli nawet od rzeczowego i jednoznacznego wyjaśnienia powstrzymywała by Giazotta chęć sławy i żądza popularności – to co to kurna za popularność, jeśli Twoje dzieło zna prawie każde dziecko, ale kogo innego uważa za autora?
Proponuję wpisać w google „adagio g-moll” i spojrzeć na wyniki choćby na pierwszej stronie – 8 na 10 tytułów zawiera nazwisko Albinoniego, Giazotto nie widać  NIGDZIE..
Kliknęłam na chybił trafił którąś z następnych stron  – wynik identyczny.
Możliwe więc jest, że nazwisko Albinoniego tak mocno przylgnęło do tytułu hiciorskiego adagio, że żadne starania Giazotta, mające podkreślić jego udział kompozytorski, nie mogły odnieść już skutku…
Całkiem do kitu, panie Giazotto, całkiem do kitu.
Chyba nie o to panu chodziło  😉

Na dodatek okazuje się się, że z tymi „tajemniczymi skrawkami” oryginalnego zapisu nutowego autorstwa Albinoniego  – też sprawa jest niejasna.
Wspomniane wyżej źródło podaje, że na pewnym etapie życia sam Giazotto wyparł się pierwotnej wersji wydarzeń, zaprzeczył  ich istnieniu i próbował przypisać sobie 100% splendoru.
Inne podają jednak, że w liście z 1992 roku do Piera Buscarolego, dziennikarza muzycznego, Giazotto odnosząc się do genezy dzieła wyraźnie wspomina o owych fragmentach oryginału, na których oparł swoją kompozycję. Wersja, którą teraz przedstawia, różni się nieco od tej z roku 1958, (prezentowanej przy okazji pierwszego wydania dzieła) co do daty otrzymania „tajemniczych skrawków” i co do ich formy (co drukiem a co ręcznie).
Problem jednak tkwi w tym, że owych „strzępów” nikt nigdy, poza samym Giazotto nie widział. (Przynajmniej nikt się do owego faktu nie przyznawał)
Giazotto nigdy nie przedstawił ich publicznie i ani przed, ani po jego śmierci nie udało się na 100% potwierdzić, czy faktycznie były przechowywane w drezdeńskiej Saksońskiej Bibliotece Państwowej.
Już wkrótce po pierwszej publikacji biblioteka owa została zasypana korespondencją. Pisali przedstawiciele wydawnictwa Ricordi, pisali inni muzykolodzy i dziennikarze muzyczni – a odpowiedź niezmiennie, przez lata, do dziś, pozostawała taka sama: „Albinoni zugeschriebene angebliche Fragment des so berühmt gewordenen Adagios nicht in unserer Musiksammlung befindet und auch niemals hier vorhanden war“ (niezdarne moje tłumaczenie: przypisywany Albinoniemu domniemany fragment słynnego adagio nie jest i nigdy nie był obecny w naszej kolekcji muzyki.)
Biblioteka utrzymywała także, że nie sporządzała też dla Giazotta żadnego odpisu nutowego czy kopii i najwyraźniej  kompozycja  „od A do Z” jest jego samodzielnym dziełem.

Jeśli sądzicie, że zagmatwanie całej sprawy sięgnęło już zenitu – jesteście w błędzie  😛

Otóż niejaka Muska Mangano, muzykolog, ostatnia asystentka Giazotta, po jego śmierci odnalazła w jego posiadłości (teraz uwaga) ksero/fotokopię fotografii rękopisu (inne źródła podają, iż fotografia przedstawiała transkrypcję rękopisu/odpis) który faktycznie zawiera linię basso numerato (najprawdopodobniej 93 takty, czyli ok. 5 minut muzyki) i niecałe 6 taktów skrzypiec.
Datowanie kopii jest sprzed 1945 a nagłówek (w języku niemieckim) „Sonata Trio g-moll Albinoniego” na niej widoczny jednoznacznie przypisuje pracę Albinoniemu. (Niestety, nie udało mi się ustalić tego oryginalnego, niemieckiego brzmienia, odnalazłam jedynie wersję angielską: „Albinoni ‚s Trio Sonata in G minor”)
W prawym górnym rogu fotokopii (lub fotografii) widoczny jest zatarty stempel, na którym czytelne są jedynie słowa: „Dresden. Lichtbild von” (Drezden. Photo of,  inni autorzy tłumaczą: Dresden. Photo by  )

Reprodukcję w/w dokumentu i obszerne omówienie materiału możemy odnaleźć w dysertacji (najprawdopodobniej pracy doktorskiej) Nicoli Schneider „La tradizione delle opere di Tomaso Albinoni a Dresda,” (Facoltà di musicologia dell’Università delgi studi di Pavia, Cremona 2007) na stronach 179-188.

Wydawałoby się więc, że wzmacnia to tezę Giazotta, jakoby Albinoni był  źródłem jego inspiracji, ale czy  faktycznie dowodzi, iż fotografowany manuskrypt pochodził ze zbiorów drezdeńskiej biblioteki, czy jedynie zdjęcie wykonano w Dreźnie i czy jest to rzeczywiście kompozycja Albinoniego… to wszystko pozostaje sprawą otwartą, ponieważ autentyczność tego dokumentu została zakwestionowana przez muzykologów.

No i w tym kontekście kompletnie niezrozumiały staje się upór biblioteki w zaprzeczaniu faktom tyczącym owych „skrawków” i ich ewentualnych kopii.
Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż pracę dr Schneider (o ile dobrze zrozumiałam – w 14 egzemplarzach) przechowuje właśnie biblioteka w Dreźnie, powstała z połączenia wielokrotnie już wymienianej Saksońskiej Biblioteki Państwowej z Uniwersytetem Technicznym.
Ciekawa jestem, czy za jakiś czas historia się nie powtórzy i w odpowiedzi na nagabywanie dziennikarzy muzycznych nie otrzymamy znowu eleganckiego „przypisywana dr Schneider praca, zawierająca kopię domniemanego fragmentu słynnego adagio nie jest i nigdy nie była obecna w zbiorach naszej biblioteki”  😉

Jak więc widać, moje wielodniowe śledztwo stawia w rezultacie więcej pytań, niż daje stuprocentowo pewnych odpowiedzi.

I, oczywiście, żeby było jasne – nie jestem muzykologiem, nie znam ani jednej kompozycji Albinoniego na tyle dobrze, aby móc, przykładowo, porównać z nimi adagio g-moll i dywagować na temat możliwego albo niemożliwego autorstwa. Nie mam nawet cienia wiedzy, niezbędnej do wydania opinii, czy adagio g-moll brzmi jak utwór współczesny, czy można rozpoznać w nim stylizację i czy w ogóle takie rozróżnienie jest wykonalne. Mój felieton zajmuje się wyłącznie próbą wyciągnięcia wniosków na podstawie informacji dostępnych w necie.

Dodajmy – aktualnie dostępnych, bo jak widać, świeże informacje o kolejnych odkryciach wciąż napływają, te nowe często przeczą starym, prawda wciąż ukrywa się za mgłą   😉

Na koniec chciałabym melancholijnie zaakcentować pewien gorzki paradoks: z całego dorobku Albinoniego, naprawdę niezwykle płodnego kompozytora, najbardziej znane dzieło (czy nawet JEDYNE powszechnie znane) nie jest w rzeczywistości jego autorstwa.
A Remo Giazotto, faktyczny (ta opinia wydaje mi się bliższa) kompozytor przecudnego adagio niezwykle rzadko jest z nim kojarzony.
Pewnie (gdzieś tam w niebie, bo tylko tam mógł trafić w związku z perełką, której jest autorem)  zgrzyta zębami ze złości, kiedy po raz trylionowy słyszy „Adagio Albinoniego”.

PS.

IMO opisana wyżej, zawikłana historia, stanowi świetny materiał na film.
Nawet na kilka, zależy, ku której wersji „prawdy” zdecydowalibyśmy się przychylić.
Ja widziałabym ją jako dramat Remo Giazotto, który uczciwie przedstawił swój i Albinoniego udział w kompozycji i proporcje tego udziału, jednak jego intencje zostały błędnie odczytane, przeinaczone i obrócone przeciwko niemu. Nazywany mistyfikatorem i oszustem był w rzeczywistości ofiarą zabiegów marketingowych wydawnictw muzycznych.

I jeszcze w  kwestii rzekomej „mistyfikacji”, już bez kontekstu filmowego  🙂
IMO żeby mieć do czynienia z mistyfikacją, a jeszcze bardziej  – z oszustwem, należałoby nie tylko wskazać podejrzanego, ale także udokumentować i udowodnić mu winę.
Z niczym podobnym nie mamy tu do czynienia.
Absolutnie.
Trudno by nawet udowodnić Giazotto sam zamiar wprowadzenia kogokolwiek w błąd w kwestii autorstwa dzieła.
Mnie i jego intencje i czyny wydają się uczciwe, o żadnej mistyfikacji nie może być tutaj mowy.

I jeszcze jedno – w kwestii odmiany włoskich imion i nazwisk.
Tak, wiem, że należy odmieniać.
Tak, wiem, że to błąd, a przynajmniej brak konsekwencji, iż jedynie personalia Remo Giazotto w powyższym felietonie oparły się tej deklinacji. Jeszcze bardziej z czapy – że oparły się częściowo, bo dopełniaczowi – jakoś nie    😉
Skąd taka dziwna forma, dlaczego tak to napisałam?
Odpowiedź brzmi: bo tak mi to lepiej brzmiało.
Skrócona wersja: „bo tak”.

😛

PS 2.

To powtórzone chyba z 20 razy określenie „basso numerato” (basso continuo, bas generalny, bas cyfrowany, generałbas) to popularna w XVII i XVIII wieku forma zapisu linii głosu basowego, stanowiącej harmoniczny fundament utworu. W zakresie teorii muzyki moja wiedza jest kiepściutka, więc popytajcie mądrzejszych ode mnie, albo niech Was zadowoli określenie, że to w uproszczeniu schemat akompaniamentu, coś podobnego do tego, co na pianinie zazwyczaj gra lewa ręka, ale zapisywany w niezwykle oszczędny, wręcz szyfrowany sposób przy pomocy nut i cyfr – stąd nazwa.
W języku polskim częściej używa się określenia „basso continuo”, w niemieckim – „generalbass”, ja jednak, dla prostoty i jasności postanowiłam ograniczyć się do jednej formy, występującej we włoskim oryginale tytułu utworu.

PS 3.
Podczas mojego żmudnego i drobiazgowego „internetowego śledztwa” zdarzały mi się odkrycia w rodzaju – kto jest autorem artykułu, a kto artykuł po prostu skopiował… Zdarzało się także, że „złodziej” tłumaczył tekst na „swój” język dokładnie słowo w słowo, co momentami wyglądało groteskowo, kiedy, przykładowo, w niemieckiej wersji językowej pojawiały się nagle angielskie formy gramatyczne, że tak to oględnie ujmę.
Kto, kogo, jak i gdzie – ten temat zostawiam innym dociekliwym, stanowić to bowiem może materiał na kolejny artykuł  😉
A uogólniając, kolejny raz okazało się, iż wpisów w wiki absolutnie nie można traktować jak wyroczni, artykuły umieszczane w necie, nawet takie z „poważnych” stron i portali, bywają niedokładne albo wręcz totalnie przekłamane. Nasza wiedza, budowana na dostępnych źródłach, bywa dziurawa a to, w co mocno wierzymy  – często bywa dyskusyjne.
Czasem nie sposób dociec prawdy, oddzielić fakty od zmyśleń, szczególnie po latach.
Natomiast trud włożony w te poszukiwania, niezależnie od końcowych rezultatów –  nigdy nie idzie na marne.

—————-

——————

https://spinditty.com/misc/Who-Wrote-the-Adagio-in-G-Minor-A-Musical-Mystery

https://de.wikipedia.org/wiki/Adagio_g-Moll_(Giazotto)

https://en.wikipedia.org/wiki/Adagio_in_G_minor

https://pl.wikipedia.org/wiki/Adagio_Albinoniego

https://en.wikipedia.org/wiki/Tomaso_Albinoni

http://www.polskieradio.pl/6/242/Artykul/300371,Tomaso-Albinoni-kompozytor-hitu-ktorego-nie-bylo

http://www.classicfm.com/composers/albinoni/music/tomaso-albinoni-adagio-g-minor/#YIUXqSXcO1qZCVtV.97

https://snl.no/Remo_Giazotto

http://imslp.org/wiki/Trio_Sonata_in_G_minor_(Albinoni,_Tomaso)

http://memim.com/adagio-in-g-minor.html

http://www.prattmusic.com/brass/Albinonis%20Adagio%20Preview.pdf

http://imslpforums.org/viewtopic.php?t=6943

 

Kaledon – Recensione: Legend of the forgotten Reign – Chapter 4: Twilight Of The Gods

The Albinoni Adagio Mystery

 

——————-

Reklamy